Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Blog > Komentarze do wpisu

Sentymentalnie...

Narobił mój mąż pierogów ruskich. No i przeboleć nie mógł, bo poniósł klęskę. Nie, nie – pierogi wyszły pyszne, wczoraj jedliśmy ze skwareczkami, a jeszcze na dzisiaj do odsmażenia zostało. A klęska była taka, że ciasto całe wyszło, a farszu zostało. Jednym z rozlicznych powodów do dumy mego męża jest to, że zawsze przewidzi. Spojrzy na pokój, po ścianach się rozejrzy i już wie, ile farby do malowania trzeba. Kupimy, pomalujemy i rzeczywiście – nie zabraknie, ale i nie zostanie. Szykuję ja sobie pojemniczek żeby jedzenie jakieś do lodówki  wstawić, mąż spojrzy i za duży – mówi. Daje mi mniejszy i faktycznie, pasuje akuratnie. I zawsze, kiedy pierogi robi, wychodzi mu tak, że ostatnia łyżeczka farszu do ostatniego kawałeczka ciasta włazi. A tym razem  ciasta zbrakło, a farszu  w misce jeszcze całkiem sporo. Grzech żeby się taki pyszny farsz miał  zmarnować, więc  rzucił się mój mąż ciasta dorabiać.  No i kiedy ostatnią porcję farszu w pierogu zalepiał, spory jeszcze kawałek ciasta na stole leżał.  Mocno się mój mąż zaczął zastanawiać czyby farszu nie zacząć znowu robić, jak w tej opowieści, co to  raz kończyła się gęś, a raz pół litra, ale mu wyperswadowałam. Zgłupiałeś? Do takiego kawałeczka farsz będziesz robił? Przecież to tylko trochę mąki z wodą. Wywal i już. Oburzył się na mnie okropnie. Na szczęście nie jestem tak rozrzutny, jak ty – powiedział – bo już dawno z torbami byśmy poszli i w nędzy żyli. I postanowił z ciasta domowy makaron zrobić. Rozwałkował je na cieniutki naleśnik, który leży teraz na lnianej białej ściereczce w pokoju na stole i czeka na pocięcie w cieniutkie makaronowe niteczki.

 

 

A ja, co do tego pokoju wejdę, przypominam sobie, że kiedyś, kiedyś tu właśnie była sypialnia moich rodziców - z ogromnym podwójnym łóżkiem pośrodku, równiutko zaścielonym kapą, na której w sobotnie przedpołudnia suszyły się rozłożone wielkie koła cieniutkiego ciasta na makaron do niedzielnego rosołu.

Wtedy jeszcze mieszkali z nami babcia i dziadek, ciotka z wujkiem i moją kuzynką. Do obiadu zasiadaliśmy licznie, rosół pachniał pięknie, gorący był, jak piekło-szatani, a ja z kuzynką siorbałyśmy niczym prosiaki wciągając sprytnie długaśne nitki makaronu...

 

Fajnie bardzo się stało, że tym razem nie udało się memu mężowi tak dokładnie z farszem i ciastem utrafić.

sobota, 13 kwietnia 2013, damakier1

Polecane wpisy

Komentarze
2013/04/13 13:36:21
I tylko dzieki przypadkowemu a wyjatkowemu nieutrafieniu ilosci ciasta z farszem, a potem farszu z ciastem przez Twojego perfekcyjnego na codzien meza, udalo Ci sie wrocic myslami do czasow, kiedy swiat byl jeszcze na swoim miejscu, a bliscy przy Tobie.
Jak to czasem przypadki dobrze nam robia.
Przyjemnej soboty, Damo.
-
2013/04/13 14:20:12
Mnie też się zdarza,że zostaje farsz , ale nie walczę już z dorabianiem ciasta.Zawsze mam w lodówce ciasto francuskie i piekę wtedy paszteciki.Mam też takie wspomnienia niedzielno-makaronowe.To były piękne dni...
Pozdrawiam
-
2013/04/13 14:57:02
Damo, czy bierzesz pod uwagę możliwość wymiany mężów? Chociaż na chwilę. Bo mój do kuchni to dwie lewe górne kończyny posiada:(
A poważnie, to bardzo miła opowieść. Ciepła, serducho ogrzewa. U Babci, dawno, dawno temu, w bardzo odległej galaktyce, obowiązkowo na niedzielny obiad był taki rosół, że klękajcie narody, a makaron ...
Zgłodniałam.
-
2013/04/13 15:07:47
Ech wspomnienia ....
Taki chłop to skarb, bo ja uwielbiam ruskie pierogi :-)
-
2013/04/13 15:46:09
Damo, mam dwie rzeczy do powiedzenia, a nawet trzy.
1. Super wpis.
2. W podstawówce mojego syna robili placki z takiego farszu od ruskich, niechybnie dodawali jajka i jeszcze panierka była. I bachor mi potem w domu marudził, że chce takie kotlety!
3. Nadmiarowe ciasto babcia Gierunia też przemieniała na makaron, oprószała mąką, rolowała i ciach, ciach, cieniutko i potem rozsypywała po stolnicy do wyschnięcia. Kojarzyło mi się z sianokosami.
-
2013/04/13 15:55:01
Aniumaniu, Krysiu, z nostalgią się świat dawny wspomina, ale i obecny nie jest najgorszy...

Lucy - paszteciki francuskie z farszem na pierogi ruskie? Podpowiem mężowi. I o tych kotletach, które lubi syn Almetyny, też.
Almetyno, dzięki za pochwałę:)

Eulalijo, nie wiem czy byś się chciała wymieniać, gdybym również o wadach mego męża pisać zaczęła ;)
-
2013/04/13 17:07:43
W moim pipidówkowym domu na niedzielne obiady były koncerty życzeń, ale u mojej śląskiej babki było tak właśnie jak u Damowych przodków: na wielki podwójnym łozu dziadków (najpierw zaścielonym pierzynami na baczność, gładzonymi specjalnym kijem, na to pierwsza kapa jednobarwna, ale za to z falbaną, a dopiero na wierzch - kremowa, ażurowa, szydełkiem chyba robiona) na arkuszach pergaminu schły makaronowe placki. No nie mógł istnieć niedzielny obiad bez rosołu z domowymi nudlami na pierwsze i roladami z gumiklejzami i modrą kapustą na drugie. A całość jak w westernie - w samo południe!
Miło powspominać...
-
2013/04/13 18:13:16
istny skarb ten Twój mąż, Damo. mnie już wpadł w oko jak powiedział, że trzeci piesek się zmieści. a teraz jeszcze błysnął jako producent ruskich i makaronu domowego. zazdroszczę Ci, i to bardzo!
-
2013/04/14 13:39:56
W aproposie ruskich to super są wszelakie naleśniki nadziewane ruskim nadzieniem, a już najlepsze takie wytrawne same w sobie, czyli maka pszenna pół na pół z gryczaną, albo pszennaąz pełnego przemiału, albo kukurydzianą, a mleko zastąpione kefirem albo jogurtem pół na pół z wodą. Później można z takich naleśników zrobić krokiety na tak zwany zaś :)
-
2013/04/14 16:25:01
Ciekawy blog, miło jest do Ciebie zaglądać. Zapraszam po wyróżnienie do mnie: lucyzglowawchmurach.blogspot.com/
-
2013/04/16 04:07:20
zawsze mi się marzył taki dom, gdzie mieszkaliby rodzice,
i babcia i dziadek, ciotka z wujkiem, kuzynami , dzieciami oraz kto tam jeszcze zechce.

no i masą zwierzyny.