Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Blog > Komentarze do wpisu

Studzinina czerwona...

Całe życie na Boże Narodzenie robiło się bigos, a na Wielkanoc studzininę. Wiadomo, nie ma to, jak po powrocie z mroźnego spaceru rozgrzać się solidną porcją bigosu, a przy wielkanocnym śniadaniu zakąsić kieliszek zmrożonej wódki kawałkiem studzininy.

Aż tu nagle, rok czy dwa lata temu, przed Bożym Narodzeniem mąż mój świńskich nóżek nakupił i oświadczył, że w święta studzinina być musi. I że zrobi. No i robił.

Ale w tym roku nie dość, że przez moją chorobę mnóstwo obowiązków na niego spadło, to jeszcze głowę miał zaprzątniętą nowym meblem do zrobienia i ciągle po coś do Castoramy musiał jeździć. Wszystko przez Zimę.

Było tak: weszłam tuż nad ranem z sypialni do pokoju, coś spod okna smyrgnęło do przedpokoju, zdążyłam dostrzec, że to Zima i nagle, jak nie huknęło! Jak się z wieży radiowej snop iskier nie posypał! Zamiast przytomnie rzucić się wyciągnąć wtyczkę z gniazda, stałam osłupiała i darłam się Rysiek! Rysiek!, jak jaki głupol. Na szczęście wszystko ucichło i tylko smród spalenizny pozostał.

Poszedł amplituner i odtwarzacz. Oszczędzę Wam przytaczania mowy, jaką wygłosił mój mąż, kiedy wyciągnął spalone sprzęty obficie oblane kocim sikiem.

Na szczęście teraz na Allegro można kupić wszystko, bardzo szybko to, co trzeba się znalazło i paczka przyszła już przedwczoraj. Mojemu mężowi humor się poprawił, porzucił myśl o zabijaniu Zimy i wszystkich kotów i w chwilach wolnych od innych zajęć poświęcił się projektowaniu mebla na wieżę i czarne płyty takiego, że żaden sukinkot naszczać do środka nie zdoła. No i w związku z tym co chwilę jeździ do Castoramy, żeby zgromadzić cały materiał i zacząć budować zaraz, jak drugi dzień świąt się skończy.

Po tej przydługiej dygresji przejdę do adremu. Kiedy się chłopina po jakieś patyczki do Castoramy udał, pomyślałam sobie, ze zrobię mu tę studzininę. Wyciągnęłam z zamrażarki stadko świńskich nóżek, kawał wołowiny, kawał kury, nakroiłam włoszczyzny, wrzuciłam do gara, zalałam wodą i zabrałam się za przyprawianie. Wiadomo, w przyprawianiu cała sztuka i sens gotowania...

Posoliłam, dodałam pieprzu, angielskiego ziela, liści laurowych, czosnku, czosnku i czosnku i sypnęłam łychę słodkiej mielonej papryki. Kiedy mój mąż wrócił wszystko to radośnie pyrkotało w garnku. Nastawiłam ci studzininę - zawołałam - spróbuj, czy dobra...

Podszedł do kuchenki, podniósł pokrywkę i - A to nie barszcz? - zapytał.

Potem się mnie pytał, co mi przyszło do głowy, żeby do studzininy sypać paprykę, a ja się upierałam, że do tej pory zawsze paprykę dodawałam. Choć po prawdzie, to nie jestem pewna, czy kiedykolwiek wcześniej sama tę studzininę gotowałam.

Najważniejsze, że dziś na kolację mój mąż pierwszą michę zdegustował i studzinina okazała się bardzo dobra i jeszcze na dodatek ładna. Bo wiadomo: co czerwone, to ładne.


xxx

 

xxx



PS. Dla Ewy: Części do wieży dostarczono w bardzo ładnym pudle, co natychmiast docenił Pan Czesio.

 

xxx

 

xxx



czwartek, 22 grudnia 2016, damakier1
Tagi: studzinina

Polecane wpisy

  • Lucyna

    Cześć, tu Dorola :) Bardzo długo się zastanawiałam, czy kontynuować pisanie bloga Damy, bo wiem, że część z Was tęskni, chce wiedzieć, co się dzieje ze zwierzam

  • Mamusiu:

    Umrzeć - tego się nie robi kotu. Bo co ma począć kot w pustym mieszkaniu. Wdrapywać się na ściany. Ocierać między meblami. Nic niby tu nie zmienione, a jednak p

  • Święta, święta i już po...!

    To już ostatni raz! mówię sobie każdego roku i głośno pytam, kto to wszystko ma jeść i zapowiadam, że na następne święta już się tak zwariować nie dam i takiego

Komentarze
Gość: jałosia, *.play-internet.pl
2016/12/23 00:13:38
No, to podkoloryzowałaś "ten galart"! Ale jak smaczny, to nawet zielony być może. Lis też warzy studzieninę, to spytam, czy pomyślał o kolorze. ;-) Smacznego!
-
Gość: jałosia, *.play-internet.pl
2016/12/23 00:15:20
Panaczesiowe spojrzenie mówi wyraźnie: teren prywatny - nie podchodzić!
-
2016/12/23 08:06:03
Esteta z Pana Czesia.
-
2016/12/23 09:09:05
Też nie słyszałam o dodawaniu papryki do galaretki z nóżek, ale od takich pomyłek powstają najwspanialsze kulinarne cuda, więc pewnie będziecie mieli nową potrawę świąteczną - czerwoną studzininę ;)

Pan Czesio bardzo się kolorystycznie do pudła dopasował ;)
-
2016/12/23 09:11:39
Dzień dobry, Pan Czesio dobrał kolor pudła do swoich kolorów.

A Zima... być może nadrabiał brak opadów i zimy za oknem? Kto wie, co myśli kot?

A ponieważ za pasem święta: zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia, a jak będzie jeszcze miejsce pod choinką, to do tego spokoju, sił i cierpliwości (osobliwie dla Pana Domu - do kotów ;) )
-
2016/12/23 09:12:31
PS. Na studzininie KOMPLETNIE się nie znam (nie to, że nie robiłem, w życiu nawet nie skosztowałem), więc się nie wypowiadam...
-
2016/12/23 10:19:12
Ach jej, ach jej! Z początku miałam duchy na ramionach obu, bo myślałam, ze ten sik to Franiowy ( jako recydywiście chyba groziłaby mu już czapa) albo, niedajbuk, Panaczesiulkowy, ale gdy przeczytałam, że tym razem w roli głównej wystąpił Zimek, odetchnęłam z ulgą, bo tak grzecznemu i delikatnemu pankotu Erte chyba by łebka nie ukręcił ani ogona nie wyrwał ;)
Moim omdlałym duchom naramiennym siły zwrócił dodatek z samiwieciekim! Pan Czesiulek, wiadomo, elegant i esteta! Widzę, że powiększają się rzesze jego wielbicieli płci obojga, co mnie oczywiście cieszy, ale i zazdrość gdzieś tam cicho pika ;)
Damo, wszystkim Wam pożyczę skromnie: spokoju i zdrowia, całej reszcie damy radę we własnym zakresie!
-
2016/12/23 11:04:50
Jałosiu, a czy Lis też ma taką misę, "z której nic nie ubywało, choć Witalis jadł niemało"?

Ange, moja największa taka pomyłka to obfite użycie aptecznej mieszanki ziół do płukania gardła zamiast majeranku.

Quackie, może skosztowałeś tylko o tym nie wiesz. Studzinina to w gruncie rzeczy taka galareta pod setę.

Dziękuję za życzenia. Ja swe życzenia świąteczne złożę Wam w osobnym wpisie wigilijnym.
-
2016/12/23 20:16:55
jest kilka słów, które znam wyłącznie z Twojego bloga. należy do nich właśnie studzinina, a z pozostałych w tej chwili tylko gawruki pamiętam.
nigdy nie miałam kota, bom alergiczka i bardzo bardzo żąłuję. jednakowoż ich sikanie gdzie popadnie to mocno średni interes...
.
-
2016/12/23 20:39:46
Naszym domowym językowym wynalazkiem są jeszcze "bylełapki", które miała Papsiuka i Szopek.
O, przepraszam! Nasze koty nie sikają, gdzie popadnie, a w sposób nadzwyczaj perfidny i przemyślany ;)