piątek, 18 maja 2012
Zupełnie czym innym jest zadawać się z kotem i nawet zajmować nim towarzysko, a czym innym być kota właścicielem i odpowiadać za niego. A wielką już odpowiedzialnością jest doglądać kota powierzonego. A co dopiero czterech. Tymczasem Dorolka Tylko nie przekarmiaj! za całą instrukcję mi powiedziała, do samochodu z Tatinkiem wsiedli i do tej Pragi złotej wybyli. No i prawie dzień cały myśli miałam zajęte - a to, czy Antek szczęśliwie na miejsce dotarł, a to, czy oni tym samochodem cali i zdrowi dojadą. Ale, jak pod wieczór esemesy dostałam, że Antek już w hotelu w Londynie, a oni w Pradze – spokojna już całkiem byłam. I zaraz coś mnie tknęło i zapytałam mego męża: Widziałeś ty dziś jakiegoś kota od czasu, jak pojechali? - Tylko rudego i Pana Czesia – odpowiedział. No tak – Zima i Franek przepadły! O Franku to zaraz doszliśmy do wniosku, że go Dorola we worku z sobą wzięła, by go do jakiej mijanej po drodze rzeki z mostu zrzucić. Nic dziwnego by w tym nie było zważywszy, że to Franek właśnie tuż przed wyjazdem skwapliwie i obficie obsikał wielką torbę podróżną, niezwykle elegancką, co to ją siostra Tatinka z samej Ameryki w prezencie im przysłała. Dorolka tylko na sekundę zostawiła torbę na podłodze w dużym pokoju i to już Franiowi wystarczyło, by torbę obsikać tak, że już żadne powierzchowne prania i czyszczenia na nic się zdały. Nie było rady – zamiast za granicą super-duper bajerancką torbą szpanować i chwałę ojczyźnie przynosić, musieli się biedacy pakować w stare byle jakie torbiska, czym zapewne skompromitują ojczyznę bardziej, niż Tusk niewykończonymi autostradami.
No, to Franio, a Zima? Nie wiadomo. Do późnej nocy co chwilę głowę na dwór wystawiałam nawołując, aż w końcu się zjawiły. Oba, Franio też. To już zupełnie spokojna spać się szykuję, ale coś Karolka nie widzę. Pytam męża: Dynię wypuszczałeś? - mówi, że nie, ale kota ani śladu. Wyjrzałam jeszcze raz przed dom, zawołałam – nie przyszedł. Zrobiliśmy obchód domu – nic.
Na pewno jest w szafie - twierdził mój mąż, no to przejrzałam wszystkie torby na dole w szafie, gdzie jest jedno z ulubionych miejsc Karolka, ale Karolka nie było. W szafie go nie ma – powiedziałam, a mój mąż wziął latarkę i poszedł do sypialni, a ja za nim. Ty to szukasz tak konwencjonalnie – powiedział z wyrzutem i oświetlił latarką Karolka śpiącego smacznie na najwyższej półce w szafie.
I tak dzień doglądania kotów się zakończył.
Na drugi dzień wstaliśmy późno, Dynia wygramolił się z szafy i przydreptał do kuchni na śniadanie, wypuściłam psy do ogrodu, wrócił Franio z nocnego życia, a Zimy i Pana Czesia ani śladu. Zwykle o tej porze już dawno po dworze biegają, bo je Antek idąc do szkoły wypuszcza, a jak na górze spokój i cisza, to kociska zaspały tak, jak i my. Poszłam na górę, spały sobie w najlepsze – Zima w starym fotelu na strychu, a Pan Czesio u Antka na łóżku.
Na moje przyjście otworzyły ślepia, ziewnęły, przeciągnęły się i zażądały śniadania. Trochę tylko pojadły i oczywiście zaraz zjawił się Dynia, przepędził od miski Pana Czesia i przysiadł się do śniadania (już drugiego!) z Zimą. Musiałam biednemu Czesiulkowi do pokoju miskę wstawić.

No i dzień potoczył się aż do wieczora. O dziwo, wszystkie koty stawiły się przed nocą karnie w domu, poszły na górę na kolację, a Dyniek na dole na przyzlewowej półeczce po swoje specjalne przysmaki się ustawił.
Najadł się do syta, przysiadł na półce i patrzył, jak krzątam się po kuchni. Pogłaskałam go, a on z miejsca rozmruczał się przepięknie, grzbiet wygięty nastawiał i łepek pod rękę mi wpychał. Głaskałam go dłuższą chwilę i nagle, tuż za uszkiem napotkałam coś dziwnego – ni to kleszcz, ni to strup zaschnięty. Wzięłam Dyńkę pod lampę, przyjrzałam się, a to coś twardego bardzo i chropowatego w skórę wbite. Wzięłam to w palce, poruszać lekko tym zaczęłam i wyciągnęłam wbite w skórę coś, zakończone ostro jakby maleńkim szpikulcem. Za uszkiem Karolka wyraźna dziurka się pokazała.
Pokazałam to wyciągnięte mężowi, obejrzał – Dziwne - powiedział i dodał: Wyrzuć do kibla. I dopiero, gdy to coś charakterystycznie brzękło uderzając w muszlę, zaskoczyłam, co to: śrut! Taki sam, jaki swego czasu weterynarz z noska Zimy wyciągnął. To trzeci już taki wypadek, bo najpierw Zimka właśnie, potem kot sąsiadów, a teraz Karolek... Martwię się tym bardzo, bo może przecież to się kiedyś skończyć tragiczniej niż dotychczas. Karolek szczęśliwie tym razem specjalnie nie ucierpiał, ale gdyby nie gęste futerko, kto wie, czy śrut nie wbiłby się głębiej?
I zupełnie pojęcia nie mam, co by zrobić można było, by koty te od nieszczęścia uchronić, bo przecież zamknąć w domu to one się już nie dadzą. Zresztą zamieniać ich szczęśliwego, wolnego kociego życia na więzienie w żadnym razie bym nie chciała.
A dalej wszystko toczyło swoim rytmem, jutro już wszyscy do domu wracają, moje doglądanie kotów się skończy i jak przeżyję te wszystkie nerwy pod tytułem czy dojadą cali i zdrowi? - życie wróci do normy.
A psy mówią: może byś zostawiła te koty i nami się trochę zajęła?

niedziela, 13 maja 2012
Straaasznie długo już z Wronką na prawdziwie dużym spacerze nie byłyśmy i dziś po obiedzie wyruszyłyśmy zaległości nadrabiać. Postanowiłam sprawdzić, co też się dzieje na drodze prowadzącej do psiego wybiegu. Cały park wokół wybiegu i dalej za wybiegiem - przez Las Arkoński aż do jeziora Głębokiego - jest przebudowywany na potrzeby przyszłego Ogrodu Botanicznego. W parku przede wszystkim osuszono bagniste zarośla i dość głębokim korytem z kamiennym dnem poprowadzono rzeczkę, która teraz biegnie przez cały park i lasek, przeciskając się przez pięknie wymurowane tuneliki pod ścieżkami.
Od ostatniego naszego spaceru niewiele się zmieniło, tyle że teren został uporządkowany i wywieziono gałęzie z wycinki krzewów. Było pustawo, chłodno i zanosiło się na deszcz, ale nawet nam się to podobało, bo Wronkę mogłam ze smyczy spuścić i szczęśliwa sobie hasała ile dusza zapragnie. Biegała po rozległych trawnikach ile sił w łapach, wywijała kółka i ósemki, przynosiła mi porozrzucane w trawie patyki do aportowania, a ja szłam powoli wzdłuż sennie płynącej rzeczki i przyglądałam się ptakom, które żerowały na spadzistych jej brzegach. Sporawe, wielkości mniej więcej sroki lub gołębia, szare z rdzawym, wróblowatym wierzchem – jednym słowem – kukułki.
Łaziły po spadzistej skarpie, przeczesywały rosnące zielsko i bardzo były zajęte. Gapiłam się na nie i w myślach prosiłam, by która dzioba nie rozwarła i kukać nie zaczęła. Jak zwykle na leśnym spacerze, ani żadnego portfela ni portmonetki, ani nawet najmniejszego grosika w kieszeni nie miałam, a wiadomo – jak kogo kukułka bez pieniędzy okuka, już mu tylko bieda z nędzą na wieki pisane! Szczęśliwie jednak bez złowróżbnego kukania przejść nam się udało. Doszłyśmy do miejsca, gdzie rzeczka z parku przechodzi w las, przypięłam Wronkę, spojrzałam – a przed nami, najwyżej ze 20 metrów, sarniak – koziołek się pasie! Najspokojniej w świecie nad rzeczką trawkę sobie skubie. Stanęłyśmy obie, jak wryte i na koziołka się gapimy – my na niego, a on na nas. Powolusieńku podeszłyśmy jeszcze kilka metrów. Widziałam dokładnie małe różki i czujny wyraz oczu koziołka. Jestem pewna, że gdybym miała aparat, spokojnie dałby się sfotografować, bo długą chwilę stał spokojnie i może nawet właśnie pozował? Ale nie miałam aparatu, nic się nie działo i koziołek zsunął się po skarpie, przeskoczył rzeczkę, wspiął się na drugi brzeg, a tam (przysięgam!) czekała duża sarna i razem nieśpiesznie znikły w zaroślach.
Nie mogłam odżałować, że zdjęć zrobić nie mogłam. Mówił mi mąż nieraz, że przecież mogę aparat na swe wyprawy zabierać. Ale to zaraz bagaż wielki się robi – sam aparat ciężki, do tego obiektywy – no, cała torba do dźwigania. To mi się nie chce. Kupię sobie mały aparacik, taki, żeby do kieszeni móc go schować. Tak postanowiłam i już!
Dotarłyśmy na wybieg. Psów trochę było. Wronka powypijała wodę z cudzych misek, wdrapała się na swój punkt obserwacyjny i rozejrzała po okolicy. Następnie odebrała patyk wielkiemu owczarkowi, a na koniec pokazała, że może nie jest już tak szybka, jak dawniej, ale labrador to jej żaden nie dogoni na pewno.
No i zebrałyśmy się do powrotu. Przez całą drogę kukułki okukiwały nas, jak szalone. W tej sytuacji, mój zakup małego, poręcznego aparatu fotograficznego stanął pod dużym znakiem zapytania.
sobota, 12 maja 2012

Anim się obejrzała, a kalina na końcu ogrodu obwiesiła się wielkimi białymi kulami niczym bombkami na choince. Przypatrywałam jej się dziś w porannym słońcu, a po głowie mi się snuło:
Za krzywym mostem, za wiatrakiem
Cichutko jakby siał ktoś makiem
Tam ciebie czekam, aż z daleka
Przez opuszczony przyjdziesz sad
Przywiodą ciebie koleiny
Koralem błysnę ci kaliny
Na koralowo - kalinowo odmienię nagle świat.
Kalinowe noce, kalinowe dni
Kalinowy uśmiech, kalinowe sny
Niby żar w iskierce jarzy się i tli,
Kalinowe serce, które weźmiesz mi
Przyjdź mój chłopcze kalinowy
Przez dąbrowy
I zaśpiewaj mi piosenki kalinowe
Kalinowe noce, kalinowe dni
Kalinowe serce, które weźmiesz mi
Nie przyjdziesz nigdy zapomniałeś
Dla ciebie chmurki przyjdą białe
I kalinowe sny dziewczęce
Tym sadem, który w srebrze śpi
Bo ciebie pewno nie ma wcale
Jest tylko księżyc i korale
Te od Kaliny, które nocą pukają w moje drzwi
Wszyscy pamiętają Kalinę Jędrusik jako skandalistkę i symbol seksu, a mało kto wie, jak bardzo kochała zwierzęta i jak wiele dla nich robiła. Wspierała bezdomne zwierzęta, a swe domowe koty kochała tak bardzo, że mimo dręczącej Ją astmy i zaleceń lekarzy, do ostatka nie pozbyła się ich z domu.
http://www.youtube.com/watch?v=1W5XmZq2uyc
wtorek, 08 maja 2012
W tym roku, ze wszystkich wiosennych kwiatów najdorodniejsze są bratki. Pokazały się bardzo wcześnie w przeróżnych rozmiarach i kolorach, więc i ja piękne bratki w wielkiej donicy przy schodach posadziłam, a potem dokupiłam jeszcze trochę drobniejszych do donicy na szeroki parapet przy schodach. Ślicznie to wyglądało i z przyjemnością sobie popatrywałam z domu wychodząc lub przychodząc.
Tę piękną poduszkę to specjalnie dla Frania zrobiłaś? - zapytali Dorola z Tatinkiem wracając skądś do domu. - Jaką poduszkę? - zdziwiłam się. - No w donicy na murku - odpowiedzieli.
Wyszłam przed dom. Frania już nie było, tylko smętne bratki mocno przyduszone świadczyły, że Dorola i Tatinek nie żartowali. No to zaczęłam nieszczęsne rośliny ratować. Skrupulatnie podnosiłam każdy przygnieciony kwiatek, rozprostowywałam łodyżki i listki, a kiedy bratki odzyskały utraconą rześkość, obficie podlałam je wodą.
Wieczorem wygłosiłam Frankowi długą przemowę, tłumaczyłam mu, że jest tyle na świecie miejsc do spania, a bratki wcale się do tego nie nadają i że przecież też na pewno by chciał, byśmy przed domem ładne kwiatki mieli. I jeszcze dla większej mocy dodałam, że jest dobrym i mądrym kotem. Słuchał tego wszystkiego z życzliwą wyrozumiałością, miałam więc nadzieję, że bratkom nic już więcej nie grozi.
Minęło dni parę, a mąż mój oświadczył: Kotum musiał popędzić kota. No, tom już wiedziała – Franek na bratkach! I znów – łebków podnoszenie, listków wygładzanie... Ale tym razem byłam cwańsza: wzięłam pęczek długich patyczków do szaszłyków, na pół je przełamałam i między bratki, ostrzami w górę poutykałam. Palisada się z tego zrobiła niekiepska i zaczaiłam się patrzeć, co też teraz dziać się będzie. Franek, jak wszystkie koty ciekawski jest przeokropnie i gdy tylko zmianę jakąś w donicy zauważył, podszedł, przyjrzał się bacznie memu dziełu, najpierw obwąchał powtykane patyczki, potem ostrożnie postawił łapkę między nimi, potem drugą, następnie stanął w donicy na wszystkich czterech łapach, a w końcu spróbował swój gruby tyłek usadowić. Próbował, próbował i musiało go zdrowo kujnąć, bo wyprysnął z bratków jak z procy i jak niepyszny smyrgnął w krzaki.
I teraz bratki kokoszą się w donicy bardzo zadowolone:

A Franio śpi na twardym betonie:
Wszyscy mówią, że jestem podła.
niedziela, 06 maja 2012
Niezapominajki
to są kwiatki z bajki

rosną nad potoczkiem
patrzą modrym oczkiem
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Wracałam z rynku obładowana zakupami, dochodziłam już do naszego placyku, gdy z mijanego ogrodu wyfrunęło coś na uszach, nóg moich dopadło i z niezwykłym entuzjazmem tańczyć i okręcać się wokół mnie zaczęło. Wystraszyłam się mocno, bo z tego właśnie ogrodu przywędrował swego czasu Pan Czesio i obawa była poważna, że się nam niespodziewanie znowu menażeria powiększy. Na razie przykucnęłam, by się z szalonym stworzeniem przywitać i przyjrzeć mu się dokładnie. Nie kotek to był tym razem, a piesek malutki, właściwie malusieńka psinka.
Gdy tylko nachyliłam się nad nią, pyszczek jej się roześmiał od ucha do ucha, a ogonek rozmerdał się tak energicznie, że tylko patrzyłam, czy jej przypadkiem tyłeczka nie urwie. Pogłaskałam jej tyci łepek – rękę całą mi natychmiast oblizała i z zapałem zaczęła drapać się po mej nodze na kolana, by stamtąd do twarzy mi dosięgnąć.
Wyprostowałam się i z ulgą zobaczyłam, że w głębi ogrodu krząta się sąsiad. Kamień spadł mi z serca, bo pewna już byłam, że gdy psinkę do domu odprowadzę, nie zastanę na opustoszałym tarasie samotnej miseczki tak, jak to z Panem Czesiem było*.
Przyprowadziłam psinkę – zawołałam do sąsiada, a gdy podszedł bliżej poprosiłam, by w nagrodę pozwolił szczeniaczka sfotografować.
Przyszłam do domu i zawołałam do męża: Chodź prędko do sąsiadów zrobić zdjęcia szczeniaczka!
Mąż tkwił pod sufitem spocony i utytłany farbą i minę zrobił taką, że prędko dodałam: Sama bym poszła, ale na pewno takich dobrych nie zrobię. Podziałało, mina męża złagodniała – Weź torbę z obiektywami – rzucił i zlazł z drabiny.
Weszliśmy do ogrodu sąsiadów i psinka ruszyła tym razem męża mego witać. Podskakiwała, okręcała się w kółeczko, popiskiwała z przejęciem jeszcze chyba większym niż przy spotkaniu ze mną, a frajdę miała większą na pewno, bo gdy mąż mój na ręce ją wziął i w górę podniósł, z ogromną uciechą brodę mu wytarmosiła.
I zaczęło się polowanie. Psinka latała po ogrodzie jak szalona, była w stu miejscach naraz, przyjmowała przecudne pozy, a gdy tylko zobaczyła skierowany na siebie obiektyw, pędziła co sił w łapkach w jego kierunku i nijak jej uchwycić nie było można.
Naprawdę, ciężko się musiał mój mąż napracować, bym mogła tę psią panieneczkę na blogu przedstawić.
Nazywa się Bella i jest trzymiesięcznym szczeniaczkiem rasy Cavalier King Charles spaniel:



------------------------------------------------------------------------------------------
*Początek historii Pana Czesia znajduje się we wpisie Upór i konsekwencja:
http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Upor-i-konsekwencja-sierpien-2009.html
To zdjęcie nie wiąże się z tematem, ale nie mogłam mu się oprzeć. Niestety, to nie mój ogród. Ale moja ulica.
niedziela, 29 kwietnia 2012
Zrobiłam sobie tapetę z tego pięknego zdjęcia motyla z wpisu o nieśmiałej wiośnie. Zdjęcie widniało na ekranie komputera, a mój mąż zaczął: Kiedy robiłem to zdjęcie.... No aż mnie zatkało! Jak to robiłeś??? Przecież to ja zrobiłam to zdjęcie!
I się zaczęło – na nic moje przysięganie i zarzekanie się, na nic tłumaczenie, że to wtedy, kiedy nieśmiałą wiosnę fotografowaliśmy, ja właśnie na ściętym pniaku laurowiśni motyla upolowałam i całą serię mu zdjęć napstrykałam, ale tylko jedno się nadawało, bo na pozostałych jakaś butla po oleju w kadr się wpakowała. I na nic mężowi moje przypomnienia były, że kiedy w motyla tego obiektywem celowałam, stał obok i rad fachowych mi udzielał. Nie, nie i nie! On zdjęcie to zrobił i on doskonale pamięta, jak motyla fotografował.
Bo i faktycznie, fotografował motyla, ale dawno i nie tego. I nie na laurowiśni ściętej, a na budlei, czyli motylim krzewie właśnie.
Zadałam sobie trud, archiwa przegrzebałam i proszę, oto jego motyl:
A ten tu motylek jest mój, najmojszy:
I wiecie, co mi mąż mój na to powiedział? - No może.... Ale jestem przekonany, że to jednak ja robiłem, bo to jest bardzo dobre zdjęcie.
sobota, 21 kwietnia 2012
Ale szyje..., ale szyje...! - powiedział mój mąż wchodząc do domu. Kto szyje? - spytałam. Sroka. Na gruszy – odpowiedział. Wyszłam na werandę i zadarłam głowę akurat w chwili, gdy sroka ze sporym patykiem w dziobie siadała na czubku drzewa. Trochę niżej, w rozwidleniu gałęzi tkwiła dość pokaźna sterta badyli. Sroka zsunęła się na wierzch sterty i zaczęła upychać w niej przyniesiony patyk. Słusznie mój mąż powiedział, że szyje gniazdo, bo ze wszystkich robót ręcznych, właśnie szycie najbardziej praca ta przypominała. Najpierw sroka na oślep dźgając stertę znalazła miejsce, w które koniec patyka wetknąć się udało. Potem cierpliwie popychała patyk coraz głębiej i głębiej, od czasu do czasu na drugi brzeg sterty przeskakując, by sprawdzić, czy patyk już tam dotarł. W końcu koniuszek patyka po drugiej stronie chwycić się udało i teraz sroka centymetr po centymetrze patyk przez całą stertę przeciągała. Długa i żmudna była to praca i co czas jakiś ją przerywała, by na gałąź sąsiednią przefrunąć i stamtąd w odpowiedniej perspektywie dzieło swe obejrzeć, a i odpocząć przy tym choć odrobinę.
Wreszcie patyk umocowany został jak należy i sroka z gruszy odleciała. Szybko zjawiła się z nową gałązką w dziobie, a wkrótce okazało się, że nie jedna, a dwie sroki gniazdo szyją, bo na gruszy pojawiła się druga. Przyleciała właśnie w chwili, gdy pierwsza, gałązkę swoją w stercie upchawszy, podziwiała swe dzieło z czubka gruszy. Druga przysiadła obok, coś tam sobie pogadały i pierwsza sfrunęła na sam środek sterty, gdzie przysiadła wyraźnie do gniazda się przymierzając.
Druga przyjrzała się temu bacznie, a gdy pierwsza odleciała, zabrała się do poprawiania niedoróbek, jakie tamta poczyniła.
A potem to już się pogubiłam – sroki latały w tę i z powrotem, gałęzie znosiły na potęgę i nie wiadomo już było, która jest która. W każdym razie raz jedna, raz druga do gniazda właziła, raz jedna drugą w gnieździe uważnie oglądała i obydwie z zapałem budulec na budowę znosiły.
Gniazdo rosło w zawrotnym tempie, oglądane z werandy wyglądało dość byle jak i, co tu kryć – mocno paskudnie, ale srokom najwyraźniej się podobało i były ze swej roboty zadowolone.
Wiadomo zresztą, że sroki do urody swych gniazd zbytniej uwagi nie przywiązują i wystarczy im, że budowla jakoś kupy trzymać się będzie i jajka w niej da się wysiedzieć.
Może i rację mają, bo stare gniazdo na brzozie, które od początku po dziś dzień wyglądało i wygląda jak splątany kłąb patyków i śmieci, rok w rok kolejnym pokoleniom srocząt schronienie daje.
Zastanawiałam się, szycie nowego gniazda obserwując, czy sroki te to mieszkanki starego gniazda, które nowy dom wybudować zapragnęły, czy może to całkiem nowa rodzina do ogrodu mi się wprowadza?
Poszłam popatrzeć na brzozę – stare gniazdo tkwi wysoko w gałęziach jak tkwiło i nie wygląda nic gorzej niż przez wszystkie te lata wyglądało. Ale cisza wokół niego i spokój, żadnej sroki w pobliżu nie widać.
No i nie wiem teraz, jak to ze srokami tymi będzie. Czy do starego gniazda starzy lokatorzy przylecą? I czy to nie za dużo będzie dwie rodziny srocze w takim niedużym ogrodzie? No cóż – zobaczymy! A na razie gniazdo na gruszy rośnie.

A to nie są sroki, tylko gołębie na spacerze:
czwartek, 19 kwietnia 2012
Uradowana Wronka:
|
|