Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
sobota, 08 kwietnia 2017

Umrzeć - tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś sie tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf sie zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek

 

Dama odeszła dziś po południu. Walczyła, niemal do końca pozostała sobą. Bardzo ją kocham, wiem, że i Wy Ją kochaliście, a obiecałam Jej, że się za moim pośrednictwem z Wami pożegna. Do zobaczenia, Damo! 

Dorola

18:01, damakier1
Link Komentarze (90) »
sobota, 25 marca 2017

xxx



Na blogu Gosianki znalazłam przepis na barszczyk buraczany. Ponoć bardzo pyszny, a przede wszystkim bardzo pomocny w walce z chorobą nowotworową. Już sam przepis był bardzo smaczny, postanowiłam więc zakisić i wypróbować. Z podanych potrzebnych składników brakowało mi:

buraków, selera, marchewki i korzenia pietruszki. Spisałam to na kartce i kartkę wręczyłam mojemu mężowi. Kiedy wrócił ze sklepu, wyjęłam z torby buraki (cztery), seler, sporą marchewkę i pietruszkę. Wszystko to, czyli: buraki, seler, sporą marchewkę i pietruszkę schowałam do najniższej szuflady w lodówce, bo zrobiło się późno i postanowiłam przełożyć robotę na jutro. Nazajutrz po obiedzie wyciągnęłam z szuflady Cztery buraki, seler i pietruszkę. Marchewki nie było! - Wyjąłeś marchewkę z lodówki? – spytałam męża – Nie wyjmowałem – odpowiedział, jak mogłam się byłam spodziewać.

Poszłam do Antka – Zżarłeś mi marchewkę... – zaczęłam oskarżająco – wzniósł oczy ku niebiosom i podniósł dwa palce do góry – Niczego nie zżarłem, przysięgam...! Uwierzyłam mu, bo Antek wprawdzie od czasu do czasu buszuje w mojej lodówce, ale marchewka to z pewnością nie jest to, co by go szczególnie mogło skusić.

 

Dorolka z Tatinkiem byli poza podejrzeniem, bo na moje pytanie, czy przypadkiem nie ukradli marchewki, Dorolka bez słowa wyciągnęła ze swej lodówki szufladę pełną marchwi. Jasne, że nie będzie kradł jednej marchewki ktoś, kto ma lodówkę zawaloną marchwią.

Wybrałam z szuflady marchewkę równie dorodną, jak zaginiona i zeszłam na dół zadowolona, że mam wszystko, co do kiszenia potrzebne.

 

Pozostawało jeszcze wyjaśnić, co stało się z marchewką, którą mąż mój na pewno kupił i którą na pewno włożyłam do szuflady w lodówce. Podejrzana jeszcze została Agnieszka, najlepsza przyjaciółka Dorolki, jeszcze z liceum, która od rana była u Dorolki w gościach. Ale przyznać za nic się nie chciała no i w końcu skąd niby miałaby wiedzieć, że na dole w lodówce schowana jest marchewka?

W tej sytuacji mój mąż, a i ja sama, zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie jeśli nie w szufladzie, mogłam skitrać nieszczęsną marchewkę? Na nic nie zdały się poszukiwania. Nie było jej ani w kuble na śmieci, ani na parapecie na werandzie. Nie spadła ze stołu i nie potoczyła się za kuchenne schodki. No kamień w wodę... Zgubiłam marchewkę na amen i los jej pozostanie wieczną tajemnicą...

A co z barszczykiem? Dokładny przepis jest Tutaj:

http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/2017/03/magiczny-barszczyk-marysi.html

Kiedy minęły trzy doby, przyniosłam słój z zawartością z sieni, gdzie, jak podano w przepisie stał w zimnie, i zlałam barszczyk do słoików. Już na pierwszy rzut oka widać było, że coś jest nie halo, bo barszczyk był anemicznie blady. Spróbowałam i ledwo przełknęłam tak był słony i paskudny.

Dałam do spróbowania mężowi. Przełknął i powiedział Ohyda!

Już byłam gotowa wywalić wszystko do śmieci i dać sobie spokój z kiszeniem, ale mój mąż powiedział, że jak on zna się na kiszeniu, to kisić powinno się nie w zimnie, a w cieple i że tę drugą partię on sam nastawi po swojemu.

Akurat następne trzy doby spędziłam w szpitalu, a gdy wróciłam, mój mąż nalał mi do kubeczka gotowego już barszczyku, cudnie czerwonego i pysznego! Popijam go teraz z wielkim smakiem i myślę, że ten „z pierwszego kiszenia”, gdybym go nie trzymała w zimnie, byłby jeszcze lepszy.

Bardzo Was namawiam - ukiście sobie tego barszczyku. Jest pyszny no i w dodatku samo zdrowie! Tylko nie przesadzajcie z tym trzymaniem w zimnie.

 

xxx

 

 

23:26, damakier1
Link Komentarze (29) »
sobota, 18 marca 2017



Przepadł gdzieś i długo go nie widziałam. Co dzień sypałam do wystawionej na werandę miseczki suchą karmę, ale sądziłam, że znika ona w przepastnych brzuchach naszych kotów. Aż któregoś dnia weszłam do kuchni, a przez okno zaglądał do środka nie Franio, nie Karolek tylko:

 

xxxx

 

Czmychnął, gdy tylko zbliżyłam się do drzwi, ale za jakiś czas zobaczyłam go znów. Tym razem siedział na murku i w nadzwyczajnym skupieniu patrzył w kierunku schodów.

 

xxxxxxxxxxxx

 

Zerknęłam i ja i dopiero po chwili zauważyłam, co to aż tak bardzo przykuło uwagę Escobara:

 

xxxx

 

Karolka kocham najwięcej i zaraz przez myśl mi przebiegło, że się Escobar na niego rzuci i jeszcze jaką krzywdę mu zrobi. Szybko otworzyłam drzwi i obydwa koty przemknęły przez werandę w przeciwnych kierunkach – jeden śmignął ku schodom i zbiegł do ogrodu, a drugi wpadł do kuchni i dalej, już majestatycznie, pomaszerował ku przyzlewnej półeczce.

 

A potem widywałam Escobara coraz częściej aż stało się to banalne i nie chciało mi się latać po aparat, by uwieczniać jak wsuwa karmę z miseczki lub siedzi na murku. No, ale gdy zobaczyłam go bezczelnie wylegującego się na ławce, którą zarezerwowali do wyłącznego użytku Franio z Karolkiem, to już po aparat poszłam.

 

xxx

 

Pewna byłam, że takiej bezczelności to mu Karolek z Franiem nigdy nie darują, a tu jednego dnia ujrzałam go w najlepszej zgodzie z Franiem, a drugiego – z Karolkiem. Zdjęcie z Karolkiem jest fatalnej jakości i przepraszam, że pokazuję Wam coś tak marnego technicznie. Jednak uznałam, że najważniejsza jest tu jego wartość dokumentalna.

 

xxxx

 

xxx

 

Fotografowałam i fotografowałam Escobarka na werandzie aż on sam uznał, że to staje się nudne i niespodziewanie pokazał mi się na bzie za oknem w sypialni. Poczekał cierpliwie bym poszła po aparat i pięknie pozował w czasie całej sesji.

 

xxx

 

xxx

 

Dopiero na tych zdjęciach zobaczyłam, jaki jest dorodny i tak sobie myślę, że bezdomny kot na samej misce strawy, którą dodatkowo wyżerają nasze koty, taki wypasiony by nie był. Nie wiem, czy przypadkiem nie jest z nim tak, jak z Ciapkiem, psem z mego dzieciństwa? - Miliony lat temu na rynku w miejscu, gdzie teraz stoi społemowski Sam „Pogodno” były ustawione drewniane długie stoły, na których gospodynie z pobliskiego Krzekowa (wtedy pod szczecińskiej wioski, a dziś dzielnicy Szczecina) wykładały produkty ze swych gospodarstw, a same rozsiadały się na stojących przy stołach ławach.

 

W tamtym czasie i samo Pogodno bardziej wioską było niż miejską dzielnicą, samochodów na lekarstwo, cisza i spokój... Toteż psy były puszczane swobodnie i beztrosko włóczyły się po okolicy. Włóczył się i nasz Ciapek i czasami potrafił przepadać nawet na kilka dni.

 

Wysłała mnie raz mama na rynek po pyszną wiejską śmietanę, podeszłam do stołów, a tam pod jednym zwinięty w kłębek śpi nasz Ciapek! A ty co tu robisz??? - a przekupka zza stołu mi na to - Nie krzycz, to taki biedny, bezdomny pies. My go tu wszyscy karmimy śmietanką i twarożkami...

 

xxx

 

 

O tym, skąd wziął się Escobar jest tu:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2017/01/Ten-kot.html

 

I dalej tu:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2017/01/Dalej-o-tym-kocie.html

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tagi: koty
22:06, damakier1
Link Komentarze (12) »
czwartek, 16 marca 2017



Aż sama byłam zaskoczona, jak ciężko mi było znieść tę przerwę. Brakowało mi pisania i Waszych komentarzy. Każdy dzień rozpoczynałam z nadzieją, że dziś już zbiorę się w sobie i ogłoszę koniec przerwy. Ale dzień mijał, a ja wziąć się za pisanie wciąż sił nie miałam i tylko w głowie sobie układałam, co bym napisała gdyby...

 

No i wczoraj umyśliłam, że pierwszy wpis będzie o losach Escobara. Wybrałam zdjęcia, poukładałam sobie w głowie, co napiszę i dziś od rana miałam losy Escobara opisywać.

 

Ale wczoraj wieczorem nadeszła wiadomość o śmierci Wojciecha Młynarskiego...

 

Dużo jest artystów i twórców, których lubię, podziwiam i bardzo cenię ich dzieła. Ale są też tacy, których oprócz tego pokochałam tak, jak kocha się bliskich przyjaciół. Tak było z Jeremim Przyborą, Agnieszką Osiecką i z Wojciechem Młynarskim. Wszyscy Oni nazywali siebie tekściarzami piosenek, a w rzeczywistości byli poetami najwyższych lotów. I żadnego z nich nie da się zastąpić.

 

W licznych dzisiejszych wspomnieniach o Wojciechu Młynarskim przewija się zdanie, że wraz z Nim odeszła cała epoka, w której prawdziwymi wartościami były mądra refleksja, finezyjny żart, piękna polszczyzna. I to wielkie szczęście dla naszego pokolenia, że mogło dorastać i wychowywać się obcując z dziełami tych wielkich Twórców.

 

Panie Wojtku, dziękuję Panu. Może Pan i umarł, ale na pewno Pan nie odszedł...

 

https://www.youtube.com/watch?v=TniEe4ay_0Y

 

 

 

 

sobota, 04 marca 2017

xxx

Te piękne przebiśniegi wygrzebałam w starych zdjęciowych zapasach, ale mówił mi Tatinek, że tuż koło furtki, pod świerkiem, pokazały się już tegoroczne. Nie miałam jednak sił ani chęci, żeby wyjść je sfotografować, czy choćby popatrzeć...

W ogóle tak mnie ta ciężka zima i moje chorowanie rozłożyły, że ani chęci, ani sił na nic nie mam i tylko patrzę, gdzie by tu w jakim kątku się zagrzebać i schować na lepsze czasy.

Znam takie jedno miejsce w Kosmosie - malutkie, maciupeńkie, mięciutko wyścielone i pachnące lawendą. Tam wlezę i będę siedziała aż wydobrzeję.

A do tego czasu - przerwa.

Poczekajcie na mnie, moi kochani Czytacze i Zaglądacze. Wrócę!

 

16:53, damakier1
Link Komentarze (29) »
wtorek, 14 lutego 2017

Wyciągnęłam naczynie żaroodporne (żaloodporne, jak mawia się u nas w domu), posmarowałam dno olejem rzepakowym i ułożyłam na tym plasterki ugotowanych wczoraj ziemniaków. Posypałam kminkiem, tymiankiem i oregano.

 

xxx

 

xxx

 

 

Kapnęłam też kroplę oleju na patelnię i gdy się rozgrzał na gazie, wrzuciłam pokrojoną w grube plastry cebulę, a wśród niej schowane dorodne zęby czosnku. Przyprawiłam bez wyrafinowania, tylko solą i pieprzem. Musiałam chwilę odczekać, aż się cebula poddusi na tyle, bym mogła ułożyć ją w naczyniu na ziemniakach. No to pomyślałam, że co się będę bezmyślnie gapić na patelnię z cebulą, jak mogę w tym czasie sprawdzić w internecie, jak też przedstawia się dzisiaj stan zdrowia naszej stukniętej pani premier.

 

Ledwo siadłam przed komputerem – łups! - i na biurku wylądował Franio. Stanął dokładnie na wprost mnie, łeb zadarł do góry, wpatrywał mi się w oczy maślanym spojrzeniem i łaskotał mnie w nos swym mocno nieświeżym oddechem.

 

xxx

 

 

Nie dało się tego przeżyć! Nie dowiedziawszy się, jak miewa się nasza stuknięta pani premier, zbiegłam z pokoju i powróciłam do kuchni zająć się cebulą. W samą porę, bo była ona już podduszona dokładnie tak, by wylądować na ziemniakach.

 

xxx

 

 

Potem układałam w naczyniu kolejne warstwy: na cebuli znowu ziemniaki posypane kminkiem i obficie oregano, bo lubię posypywać garściami oregano wszystko to, co się znajdzie w kuchni w zasięgu mej ręki. Potem poddusiłam pieczarki, tylko popieprzone i posolone, znowu ziemniaki i znowu pieczarki tym razem z cebulą. No i na koniec ziemniaki. Między kolejne warstwy wrzucałam niedbale duże plastry żółtych serów - różnych, jakie znalazłam w lodówce. Ostatnią warstwę okryłam tym razem starannie trzema plastrami sera, z jednej strony położyłam urodziwą kiełbaskę, a z drugiej ułożyłam dwa czerwone serca wycięte z papryki. Dla jeszcze większej pięknoty nasypałam dookoła posiekanego szczypioru i wstawiłam wszystko do piekarnika.

 

W piekarniku zapiekanka miała tkwić co najmniej godzinę, zanim będę mogła polać ją śmietaną, zagęszczoną odrobiną mąki i zrumienić od góry. Nadszedł więc doskonały moment, bym mogła powrócić do komputera, zaspokoić ciekawość co do samopoczucia naszej stukniętej pani premier.

 

Przed komputerem Franio czekał w najwyższej gotowości. Powitał mnie z entuzjazmem, czule uściskał, ucałował, a na koniec wyszeptał mi do ucha - Kocham cię...!

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

 

Mój Boże...! Aż mi się ciepło na sercu zrobiło od tego wyznania. Franiu, kocie najmilszy, a cóż to ci się zebrało na takie wyznania? - zapytałam. A Franio, leciutko skonfundowany, mruknął pod wąsem - No przecież są Walentynki...

 

Ach, Walentynki...! Jaki miły dzień:

 

Franio wyznał mi miłość.

 

Dostałam od męża róże

 

xxx

 

 

Podarowałam mężowi ziemniaczaną zapiekankę

 

xxx

 

xxx

 

 

A Wam, moi blogowi Zaglądacze i Czytacze, daję w prezencie te piękne kwiatki (sama wiosna!)

 

xxx

 

 

 

Kochajmy się!!!

 

 

 

 

 

sobota, 04 lutego 2017

Zima z mroźnej i białej przemieniła się w burą i ponurą, gdzie nie spojrzeć – i za oknem, i na zaprzyjaźnionych blogach, wszędzie spleen, chandra i smuta...

 

A przecież trwa karnawał i zamiast mendzić i smędzić czas się bawić i weselić. Tak, jak Tatinek i Dorolka, którzy dziś od rana szykowali się na wielki bal.

 

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

No i poszli...

 

xxx

 

 

 

 

Tagi: karnawał
22:45, damakier1
Link Komentarze (10) »
czwartek, 02 lutego 2017



Siedział na wprost okna, na splątanych gałązkach wiciokrzewu. Nastroszył czarne piórka i tylko po sterczącym żółtym dzióbku mogłam poznać, gdzie ma główkę.

 

Wzięłam aparat, otworzyłam drzwi i wyszłam na werandę. Nie odleciał, dalej siedział bez ruchu i patrzył na mnie, a ja na niego. Z wycelowanym obiektywem powoli podchodziłam coraz bliżej. Wciąż nie odlatywał, a nawet zaczął pozować do zdjęcia - przygładził nastroszone piórka, kręcił czarną główką prezentując raz jeden, raz drugi profil. Gdy byłam już całkiem blisko, przycupnął na gałązce i byłam pewna, że zaraz odleci. Ale nie, pozostał na miejscu i tylko przestępował z jednej zmarzniętej nóżki na drugą.

 

I co ty, biedaku, robisz tu na tym zimnie? - spytałam -

 

Czekam na wiosnę!

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

Tagi: kos
14:51, damakier1
Link Komentarze (10) »
niedziela, 29 stycznia 2017



Pan Czesio jest kotem pośpiesznym. Kiedy idę wczesnym rankiem do łazienki, mijam śpiącego na zakręcie schodów Karolka. Karolek otwiera oczy, ziewa, przeciąga się i wtedy na górze pojawia się Franio. Podchodzi do Karolka, witają się i dalej już razem idą na dół. A wtedy – tup, tup, tup - z samej góry pędzi Pan Czesio, wyprzedza ich zanim jeszcze dotrą do ostatniego stopnia i już jest przy drzwiach. Wyciąga łapska do klamki, otwieraj, otwieraj - pogania mnie i depcze po Franiu i Karolku, którzy też już czekają pod drzwiami. Gdzie się tak śpieszysz? - pytam, a Pan Czesio nie zaszczyca mnie ani jednym spojrzeniem, rzuca tylko przez ramię – nie mam czasu! - i wyskakuje na dwór, jak wystrzelony z armaty podczas gdy Karolek z Franiem stoją w progu, zastanawiając się, czy wychodzić na ten ziąb, czy raczej wrócić jeszcze trochę dospać.

 

Gdy wracam z łazienki, przez okno małego pokoiku widzę Pana Czesia krzątającego się po placyku - obchodzi pośpiesznie zaparkowane samochody, sprawdza, czy kto nie siedzi pod spodem, obwąchuje zderzaki, czy jakiś obcy kot nie nasikał.

 

Zachodzę jeszcze do kuchni zerknąć, czy może Escobar pożywia się z wystawionej na werandę miseczki, a tam owszem pożywia się, ale Pan Czesio, jakby przed chwilą nie wychodził z dorolkowej kuchni zastawionej miseczkami pełnymi kociego żarcia.

 

Dostrzegam jeszcze Pana Czesia mijając okno sypialni. Nie sprawdza już samochodów, a czai się przy płocie sąsiadki. Stoi w bezruchu i tylko koniuszek ogona drga mu w zawrotnym tempie. Nie czekam, by zobaczyć na co się Czesiulek tak czai i wracam do łóżka.

 

Wczesny ranek zamienia się w późne rano i kiedy wstaję już na dobre, zaraz za drzwiami natykam się na Pana Czesia. Przemyka się w pośpiechu przez przedpokój i choć nie wiem, co – wiem na pewno, że coś zbroił...

 

I tak już jest do wieczora, gdzie nie spojrzeć widać Pana Czesia. Idę do piwnicy - wyskakuje Pan Czesio. W łazience, w kabinie Pan Czesio gorączkowo bada, gdzie podziewa się woda kapiąca z prysznica. W dużym pokoju przebiega spod kanapy pod kredens, by skryć się przede mną i zostać sam na sam ze stojakiem z płytami wiadomo po co...

A ile razy zjawia się raz pod jednymi, raz pod drugimi drzwiami bym go naprzemiennie wpuszczała i wypuszczała, to już sama nie zliczę.

 

Nie mam czasu..., nie mam czasu... powtarza Pan Czesiulek albo rzuci mi w przelocie westchnienie – taki jestem zabiegany....!

 

Ale nawet najbardziej zabiegany kot, od czasu do czasu musi przysiąść i zadumać się nad tym światem...

 

xxx

 

xxx

 

xxxx

 

xxx

 

 

 

 

Tagi: koty
22:12, damakier1
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 16 stycznia 2017



Zima trudna, zima brudna, zima nudna - żaden bal.
Zima ziębi, zima gnębi, ale zimy, zimy żal.
Zima mrozi, zima grozi, nie dowozi, w zaspach tkwi.
Ale mimo zmartwień z zimą - żal tej zimy, zimy mi. 

 

 

Wielbię pana Przyborę i jego twórczość, ale z jego słowami - żal tej zimy, zimy mi nie zgadzam się i już!

 

 

Już za długo zima trzyma

Tak nie może dalej być.

Nie lubimy my tej zimy

I mówimy – sobie idź!

 

 

Tak zimowy czas spędza Karolek:

 

xxx

 

xxx

 

 

Tak Franio:


 

xxx

 

xxx

 

 

A tak Franio i Karolek:

 

xxx

 

xxx

 


 

 

 

 

 

 

Tagi: koty zima
23:01, damakier1
Link Komentarze (24) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71