Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
wtorek, 28 stycznia 2014

Przygotowywałam obiad i zerkałam znad kuchenki w okno małego pokoiku, gdzie pracował mój mąż. Na ekranie komputera miał fragment stalowego wałka modułowego z wieńcem zębatym.

 

moduł 

 

 

Jak to pięknie wygląda!  -  zawołałam  -  całkiem jak jesienny krajobraz: na pierwszym planie pola, dalej jakieś krzewy i na końcu wysokie drzewo, albo wieża jakaś....    Zerknął mój mąż na ekran i najwyraźniej nie dostrzegł tam niczego takiego, bo odwrócił się do mnie z miną tyleż kpiącą, co pytającą. 

Człowiek prawdziwie wrażliwy i z wyobraźnią dostrzeże piękno wszędzie i we wszystkim  -  wyjaśniłam.
Pewnie dlatego tak ci się ten suczek spodobał...   -   skwitował mój mąż.
 

 

 

piękny suczek

poniedziałek, 27 stycznia 2014

 

za oknem zima

 

 

Franio

 

 

Pan Czesio

 

KarolekKarolek

 

 

A kiedy wszyscy śpią, Zima...

 

 

Zima

sobota, 25 stycznia 2014

 

Wrona na śniegu

 

Pod jednym z niedawnych wpisów znalazłam taki komentarz: 

Hee, Damokier Ty to masz poczucie humoru :) Z przyjemnością czyta się posty napisane przez Ciebie! :) Twoje zwierzaki też mają taki dar. Wiesz , co, poproś Wronkę, żeby wypowiedziała się na temat bezdomności. Szopek też ma tu wiele do powiedzenia... Niech zwierzęta mówią, jak to jest być bezdomnym i co się czuje, gdy pewnego dnia ktoś je zaadoptuje... Wypowiedź, za Twoja zgodą, umieszczę na blogu " Ratujmy z Psim Aniołem". Zamieszczę też informację, że wywiadu udzielił/a ..... - " Wrona i inne zwierzaki". Co Ty na to? Pozdrawiam, Ania 

Anusiex to bardzo  młodziutka blogerka, którą bardzo lubię i szanuję za pasję i zaangażowanie w niesienie pomocy bezdomnym zwierzętom, więc postanowiłam jej prośbę spełnić. No i dlatego, że pomysł wydał mi się niegłupi.

 

Usadziłam Wronkę w fotelu, siadłam naprzeciwko i powiedziałam:  Wroniu, opowiedz mi o swoim dzieciństwie. Ale Wrona głowę odwróciła, w oczy mi spojrzeć nie chciała i udawała, że w ogóle nie słyszy. Na próżno prosiłam i nalegałam. O swym dzieciństwie wcale gadać nie chciała.

No i nic dziwnego, pomyślałam, bo szczęśliwe to dzieciństwo z pewnością  nie było. Jeszcze teraz, choć na wiosnę już piąty rok minie, jak Wronia jest z nami, wystarczy by kto do ręki jakiś pasek wziął, a już się robi malutka, ogon podwija, uszy po sobie kładzie i w najciaśniejszy kątek się wciska. Nieźle bidula musiała pasem kiedyś obrywać.... 

Nie chciała mi też Wronka opowiedzieć, jak to się stało, że znalazła się niespodziewanie sama jedna na ruchliwej ulicy w środku Pogodna. Dowiedziałam się o tym nie od niej, a od jednej pani, którą spotkałyśmy kiedyś na spacerze.  Ta pani mieszka przy ulicy Mickiewicza i z okna zobaczyła, jak przerażony czarny pies miota się rozpaczliwie między samochodami, usiłuje się wcisnąć do zatrzymujących się na przystanku tramwajów, skąd przepędzany znowu bezładnie biega po ulicy. To właśnie była nasza Wronka.  

Dopiero na drugi dzień udało się tej pani zwabić ją kawałkiem kiełbasy i przypiąć smycz do obroży, którą miała na szyi. Wcale nie chciała Wronka z tą panią iść. Nie chciała, bo rozpaczliwie czekała na przystanku na tego człowieka, który co prawda nie był za dobry – karmił marnie, bił często, a na końcu tramwajem w nieznane wywiózł i na poniewierkę wyrzucił, ale był jej człowiekiem.  A dla psa jego człowiek, to świat cały.

Kiedy już Wronka u tej pani w domu się znalazła, bardzo była niepewna, co to dalej z nią będzie. Ale dzień jeden i drugi upłynął, a nikt jej nie uderzył, ani nawet w złości nie krzyknął, kąt własny do spania dostała i pełną miskę w kuchni ustawioną. I poczuła się wreszcie bezpieczna i szczęśliwa, jak nigdy przedtem nie była. O tym to nawet chętnie opowiedzieć by mi chciała, gdyby nie to, że się to szczęście tak nagle skończyło. Bo, jak dalej opowiadała mi ta pani, najbardziej ze wszystkiego bała się Wronka tego, że swych nowych ludzi utraci. Na krok  swej nowej pani ani jej mężowi ruszyć się samym nie dawała. Pilnowała, by jej ktoś ich nie zabrał i na każdy szmer na klatce schodowej rzucała się do drzwi z ujadaniem tak straszliwym, że cały dom, od parteru po piętro najwyższe, stawiała na nogi. No i nie mogli sobie ci państwo, mocno już starsi i schorowani, z tym poradzić.  Po tygodniu podjęli ciężką decyzję: schronisko... 

Tego, co działo się dalej, to już zupełnie Wronka opowiadać ani choćby wspominać nie ma ochoty. Kiedy wrzucono ją do klatki, a jej państwo odwrócili się i sobie poszli, świat się jej spod łap usunął. W nowym miejscu wszystko byłe nieprzyjazne i obce. Bała się wielkich psów, z którymi dzieliła klatkę, denerwowało ją nieustające zewsząd dobiegające ujadanie, bolały ją boki od leżenia na twardym betonie i była ciągle głodna, bo te wielkie psy wszystko przed nią zjadały. I strasznie, strasznie pragnęła mieć człowieka, który by ją polubił, pogłaskał i jakieś dobre słowo powiedział.  Jedynym takim człowiekiem był pracownik schroniska, który oporządzał klatki i na niego przelała Wronka całą swą miłość i nadzieję, ale on, mając tyle psów i tyle z nimi roboty, wcale na nią nie zważał. To już jej tylko pozostało w rozpaczy pozostać, przyłączyć się do chóru stale ujadających psów i biegać bezradnie po ciasnej klatce od kraty do kraty... 

I któregoś wiosennego dnia 2009. roku zajrzałam w internecie na stronę szczecińskiego schroniska dla zwierząt.

 

O tym, co było dalej  -  jak postanowiliśmy Wronkę do domu zabrać, jak początkowo z nami iść nie chciała, bo bała się tę marną namiastkę domu, jaką stała się schroniskowa klatka, utracić, a później o tym, jak przekonywała się powoli, że ten nowy dom i ci ludzie to już taki dom prawdziwy i prawdziwa  rodzina na zawsze i jak jej od tego kłapciate ucho, które zwisało smętnie i beznadziejnie, zaczęło zwisać fantazyjnie i zawadiacko   –   o tym wszystkim można zacząć czytać tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Przyjmujemy-do-rodziny-nowa-suczke-maj-2009.html

I wpis po wpisie doczytać aż do tego miejsca.

 

Wronka i jej człowiek

 

 

                                             
***

 

Aniu, przyjmij ten wpis w prezencie ode mnie i Wronki. Jeśli zechcesz go zamieścić na swoim blogu, bardzo będziemy rade. 

A to link do bloga Ani:

http://psianiol.blog.onet.pl/

 

piątek, 24 stycznia 2014

Na placyku

 

Wypuściłam rano psy do ogrodu jednocześnie wpuszczając zmarzniętego Zimę. Potem mój mąż wpuścił najpierw Pana Czesia, później Wronę, a ja z powrotem wypuściłam Zimę, a wpuściłam Karolka. Wszystko to za każdym razem okropną zamatuchę powodowało, bo z powodu mrozu mój mąż między drzwi werandy gruby pas gąbki włożył, żeby zimnem nie wiało. I jakoś tak w tym ustawicznym wpuszczaniu i wypuszczaniu z każdorazowym wyciąganiem i upychaniem gąbki, nikt nie zauważył, że Szopek, jak rano wyszedł, tak do tej pory z ogrodu nie wrócił.

Otworzył mój mąż drzwi werandy, gwizdnął donośnie  -  nic. Szooop!  - zawołał  -  odczekał i dalej nic. To wyszedł z kuchni na ogród popatrzeć, a pod schodami werandy stoi biedny Szopek. Przednie łapki bezradnie na najniższym stopniu postawił, łepek do góry zadarł i  zmiłowania boskiego czeka. Na widok mojego męża ucieszył się ogromnie i wprawił ogonek w nadzwyczaj szybkie obroty, co najwyraźniej znaczyło błagalne pomóż mi, pomóż...!

Ledwo zszedł mój mąż po schodach, tak strasznie były oblodzone i śliskie. Nie ryzykował już wnoszenia biedaka na górę, bo bał się, że obaj na zbitą twarz zlecą. Podsadzał  tylko do góry szopkowy tyłeczek i tak, schodek po schodku, na górę weszli. W domu zaraz Szopek podreptał na swój materacyk i zwinięty w kłębuszek ciężko wzdychał i pojękiwał. Pewnie spadł z tych schodów i potłukł się trochę...

A kiedy zasnął i dalej przez sen cichutko popłakiwał i użalał się nad sobą, przysiadłam na podłodze obok, głaskałam jego mięciutkie futerko i pocieszająco szeptałam mu do uszka  -  sorry, Szopciu, taki mamy klimat...

 

 

Szopek śpi

 

 

czwartek, 23 stycznia 2014

Jadłam śniadanie jednocześnie zerkając w telewizor, gdy ze zlewu w kuchni doleciało dziwne jakieś pobrzękiwanie. Oczywiście to Pan Czesio buszował w stojących tam naczyniach. Minę miał numer 128., więc zaraz zapytałam: Panie Czesiu, co kombinujesz?  Wzruszył ramionami, natychmiast zmienił minę na numer 215. (urażona niewinność plus święte oburzenie) i uspokojona wróciłam do pokoju.

 

Pan Czesio na zlewie

 

Kończyłam śniadanie, a z kuchni nie dobiegał żaden odgłos. Głucha cisza. Głęboka. Bardzo podejrzana... Wstałam i poszłam sprawdzić. Pan Czesio siedział na lodówce i z napięciem wgapiał się w lampę.  Ani się waż!  -  powiedziałam, na co prychnął i ostentacyjnie odwrócił się tyłem do lampy.

 

O, lampa!

 

tyłem do lampy

 

Zostawiłam go, poszłam dopić poranną kawę i wróciłam do kuchni. Pan Czesio, bardzo zadowolony, spacerował po kuchence. Na mój widok zeskoczył, zadarł ogon i wymaszerował na korytarz.

 

na kuchence

 

Stanęłam i rozglądałam się szukając, co też udało mu się zgrandzić. Zajrzałam do zlewu, popatrzyłam na stół, sprawdziłam, czy nic nie jest poprzewracane na szafkach. W kuchni wszystko było w porządku, za to w pokoju, jak coś nagle nie huknęło!

 

Bo to wcale nie chodziło o kuchnię. Szło o to, żebym wreszcie z pokoju na dobre  wylazła i żeby się Pan Czesio spokojnie mógł dobrać do tego pięknego storczyka, którego nam Antek na Dzień Babci z Dziadkiem podarował.

 

udało sie go dopaść!

 

upadły storczyk i kot

 

 

 

PS.
Anusiex, o obietnicy pamiętam. Zbieram się w sobie.

 

 

środa, 22 stycznia 2014

Jak już koniecznie musiała, niechby przyszła. Ale nie, przylazła paskudna, rozmemłana, mokra i przemarznięta. Jezu, co też się wczoraj u nas działo!  Najpierw przymroziło i wiało wstrętnym, przenikliwym wiatrem. Po obiedzie zaczęło padać coś dziwnego, ni to deszcz, ni to mżawka. Mimo mrozu wcale w śnieg się toto nie zamieniało, dopiero przy samej ziemi robiły się z tego małe kuleczki, niby grad i oblepiały wszystko twardą, śliską skorupą.
Mieliśmy jechać z Szopkiem na zastrzyk i mąż mój, który nieopatrznie samochód na podjeździe przed garażem zostawił, potwornie z odskrobaniem zamarzniętych szyb namordować się musiał. Do przejechania mieliśmy malutki kawałeczek, a i tak to zlodowaciałe świństwo zdążyło nam na nowo szyby oblepić i zamrozić. Wycieraczki prawie mdlały z wysiłku, żebyśmy  cokolwiek widzieć mogli.

Wróciliśmy, a Wronka, już wyszykowana czekała przy drzwiach, bo obiecane miała, że jak wrócimy od weta, to na spacer pójdziemy. Siedź w domu  - mruknął jej Szopek  - nie masz pojęcia, jak jest obrzydliwie... Ale Wronka ani myślała go słuchać. W oczy mi znacząco patrzyła, smycz nosem tyrpała i - obiecałaś..., obiecałaś....  -  powtarzała z wyrzutem.  To otworzyłam drzwi na oścież, żeby sobie sama poszła i się przekonała, jak jest. Zbiegła radośnie ze schodów, minęła furtkę i wybiegła na placyk. Akurat wiatr z wielką siłą dmuchnął, zakręcił tym obleśnym gradodeszczem, pooblepiał nim dokładnie cały wroni pysk i rozhulał się po całym placyku. Wronka przystanęła, popatrzyła dookoła, zrobiła w tył zwrot i szurnęła z powrotem do domu. Nawet jej się na chwilę przykucnąć i wysikać nie chciało...

Dzisiaj dzień już lepszy był. Spojrzałam rano przez okno  –  wszędzie biało. Jakby kto taki gust miał, to nawet ładnie. Pomyślałam, że trzeba tę biel wykorzystać i zimowe zdjęcia  porobić. Poszłam na górę poszukać jakiego kota, żeby go na śnieg wystawić. W pokoju były trzy. Spały zawzięcie, wytrwale i intensywnie, ułożone  jak trzy poduchy  –   na przeciwległych końcach kanapy Pan Czesio i Masia, a pośrodku, na stole Zima.

 

trzy poduszki

 

Mowy nie było, żebym którego dobudzić mogła! Nawołałam się, nagadałam, palcem szturchałam – żadna poducha nawet nie drgnęła. To poszłam dalej. W kuchni, na porzuconych opakowaniach po pizzy, leżał Franio. Bardzo malowniczo, ale ledwo poruszyłam aparatem, poderwał się i przepadł na strychu.

No i już mi tylko niezawodny Karolek pozostał.

 

niezawodny Karolek

 

Zła byłam, że mi się zimowa sesja zdjęciowa nie udała i z mocno markotną miną ten wpis robiłam. Aż Wronka, która z wiadomego fotela mi się przyglądała, zapytała : a czy to, jak ktoś chce koty na śniegu obejrzeć, nie może sobie na stare zdjęcia popatrzeć?

No, jasne, że może. Tutaj: 

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/12/Zasypalo-na-bialo.html

 

 

 

00:28, damakier1
Link Komentarze (22) »
sobota, 18 stycznia 2014

To będzie mój ulubiony  -  pomyślałam, ledwo zobaczyłam go w wielkiej hali meblowej nieopodal mojego domu. Stał pośród wielu innych przecenionych „ostatnich sztuk”, dokładnie taki, jaki powinien być fotel -  z miękkimi poduchami pod pupę i plecy, z wyściełanymi podłokietnikami, przepastny tak, że siedząc można swobodnie podwinąć nogi, jak lubię i w dodatku obity szarym, workowatym materiałem, jak mi się podoba. No to kupiliśmy.

O, ale fajny fotel!  -  zawołała Wrona i jak tylko postawiliśmy go na podłodze, hycnęła i zwinęła się w obwarzanek na miękkiej poduszce.

 

Wronka

 

Od tej pory rozpoczął się długi spór o to, komu miejsce na fotelu się należy i jaka jest kolejność siadania. W końcu, po wielu tłumaczeniach, perswazjach, a niekiedy ostrych sprzeczkach, zrozumiała Wronka, że nie ona jest jedyną użytkowniczką fotela i w dodatku nie najważniejszą. Wprawdzie to ona najwięcej wyleguje się w fotelu, zwłaszcza gdy obok, przy komputerze siedzę ja lub mój mąż, ale wystarczy, że któreś z nas weźmie do ręki książkę albo gazetę, zaraz Wronka ustępuje miejsca do czytania. Przy czym to ustępowanie bardzo jest ostentacyjne  - najpierw słychać rozdzierające westchnienie po czym Wronka bardzo powoli zsuwa przednie łapy na podłogę, a za nimi powolnym, posuwistym ruchem zwleka długaśny tułów, za którym ciągną się przez całą swą długość łapy tylne. Kiedy stuknie o podłogę ostatni psi pazur, Wronka wydaje jeszcze jedno ciężkie westchnienie i dryp, dryp... drepcze do sypialni walnąć się na łóżko.

 

Wronka

 

Inaczej jest, gdy na fotelu zechce siąść ktoś inny. Siądą dla naprzykładu Antek lub Dorola, zaraz Wrona przychodzi, nosem trąca, narzeka, marudzi i w końcu najpierw jedną łapę na fotelu stawia, za nią drugą i za chwilę cała już na fotelu stoi z przednimi łapami na oparciu albo na biurku, a kto tam pod nią siedzi, ledwo zipie i tylko marzy, żeby z fotela uciec.

 

No i czyj ten fotel?

 

Również Zimce fotel do gustu przypadł i często nad ranem, kiedy  Wronka lubi z nami w łóżku dosypiać, widywałam Zimkę smacznie na wolnym miejscu śpiącego. Ale na odgłos mych kroków szybko ślipia otwierał i zmykał, bo dobrze wiedział, że żadnych uprawnień do fotela nie ma. Aż raz, gdy Wronka akurat w wyjątkowo dobrotliwym nastroju była, władował się bezczelnie do niej na poduchę i skoro go nie zjadła, to już teraz ostentacyjnie na fotelu się wyleguje.

 

duet

 

Zima

 

Z pozostałych jeszcze tylko Franio na fotelu pospać sobie lubi, ale on ogranicza się tylko do bocznego oparcia.

 

Franio

 

Karolka, Pana Czesia i Mani najwyraźniej fotel nie interesuje, a Szopka może i by zainteresował, ale jak się ma takie króciutkie bylełapki i taki pękaty brzuszek, to o fotelu zapomnij!

 

 

PS.  Szopek powoli, ale systematycznie dobrzeje.

Tagi: fotel koty psy
11:59, damakier1
Link Komentarze (20) »
środa, 15 stycznia 2014

Wronka z Szopkiem z tyłu, a przed nimi rzędem: Franio, Zima, Pan Czesio, Karolek i Maszeńka – takie zdjęcie mi się marzyło i marzyć nie przestało.  Może bym nawet  zaraz przy tytule bloga je wkleiła...

Wronkę z Szopkiem usadzić dość łatwo jest, wystarczy kazać im siedzieć, ale koty przed nimi to chyba na butapren przyklejać bym musiała.

Ile to ja już mam ten aparat fotograficzny?  - i choć próbuję wytrwale, całej ferajny nigdy mi się złapać nie udało. Dwie sztuki to nie problem, z trzema nieraz się udawało, ale czterech to już pewnie nigdy razem w kadrze nie miałam. A zawzięłam się, żeby przynajmniej całą kocią piątkę w komplecie pokazać. I co?  - nigdy, przenigdy nie zdarzyło się tak, żebyśmy w jednym miejscu się znaleźli: kotów pięć, ja i aparat fotograficzny.  I zrezygnowałam już prawie, a dziś mi Antek dał taki prezent:

komplet

 

 

 

Szopek wczoraj był u weta, dostał zastrzyk i choć noc nadal była ciężka, dziś w dzień był już znacznie lepszy.

 

niedziela, 12 stycznia 2014

I co się jeszcze nadarzy  -   mam napisane w podtytule bloga i to jest właśnie nie o zwierzakach, a o tym, co się nadarzyło: 

Jurek, nasz serdeczny przyjaciel, ten od Suni i Piesulka/Kajtusia, w końcu grudnia obchodził urodziny. Nie byle jakie, bo równe siedemdziesiąte. Z tej okazji zostaliśmy zaproszeni na okolicznościową uroczystość. Ucieszyliśmy się bardzo, zakupiliśmy prezent o stosownej do okazji zawartości procentów i odpowiednio długim czasie leżakowania i czekaliśmy na umówiony termin.

W przeddzień zadzwoniła do nas żona Jurka, Dzidka, z wiadomością, że Jurek w szpitalu i spotkanie odwołane. Coś tam z sercem niepokojącego się wydarzyło, na szczęście nic poważnego i po tygodniu Jurek do domu cały i zdrowy wrócił. Wpadli do nas parę dni temu i zaprosili nas na dzisiejszą sobotę.

We wtorek zadzwoniła Dzidka, że akurat w tę sobotę ksiądz po kolędzie będzie u nich chodził i czy możemy przyjść w piątek. Oczywiście było nam wszystko jedno i przemówiliśmy się z soboty na wczoraj. Ale wiadomo, jak ciężką noc z czwartku na piątek miał Szopek i nie chciałam go w domu zostawiać samego tym bardziej, że Dorola w piątek późno z pracy wraca, więc z samego rana zadzwoniłam do Dzidki, że niestety przyjść nie możemy, bo Szopek bardzo chory. Chory pies to dla naszych przyjaciół powód aż nadto poważny i przyjęła go Dzidka z pełnym zrozumieniem. Pożartowałyśmy jeszcze chwilę, że fatum jakieś na te urodziny padło i skończyłyśmy rozmowę. A za chwilę Dzidka zadzwoniła, że może w takim razie spotkamy się jednak w sobotę, czyli dziś, zaraz po kolędzie. Bardzo dobrze, odpowiedziałam i znów byliśmy umówieni. 

A kiedy dziś rano umyłam głowę i szykowałam sobie fryzurę na popołudniowe wyjście, do łazienki zajrzał mój mąż i z głupawą miną powiedział  -  dzwonił Jurek, że właśnie jadą do szpitala, bo Dzidka potknęła się w łazience, upadła na wannę i chyba ma pęknięte żebro. Powiadam Wam, że  śmiech pusty i trwoga mnie ogarnęły, bo to już na działanie jakiś sił nieczystych zaczęło wyglądać.  

Bierzcie wy lepiej tę flachę i do szpitala z nią jedźcie, bo nie wiadomo co jeszcze będzie, jak się tego nie przerwie  - powiedziała Dorola gdy jej dyżur przy Szopku odwołałam. To samo pewnie pomyśleli przyjaciele nasi, bo jak okazało się, że żebra ma Dzidka całe, zadzwonili, żeby koniecznie przyjeżdżać.

No to pojechaliśmy, nie szczędząc sił ni zdrowia złe moce przepędziliśmy i w końcu godnie urodziny naszego przyjaciela uczciliśmy. 

Zdjęcie poniżej nie jest przypadkowe, a przeciwnie  –  wybrałam je bardzo skrupulatnie, bo chciałam ten wpis zilustrować kimś równie przystojnym, jak Czcigodny Jubilat.

 

Baryła

Tagi: urodziny
02:06, damakier1
Link Komentarze (15) »
piątek, 10 stycznia 2014

Nawalił mi komputer i nie miałam jak napisać, co z tym Szopciem. Ale i ochoty na pisanie nie miałam, bo z Szopciem było coraz  gorzej i gorzej. Lataliśmy co drugi dzień na kontrole, panie wetki głowami kiwały i widać było, że mimo wielkiego starania są całkiem bezradne. No i jednej nocy Szopek rozkaszlał się tak przeokropnie, że już zupełnie nie wiedziałam, co począć i jak mu pomóc mogę  – chrypiał koszmarnie, brzuszek mu się nadymał  i zapadał w szalonym tempie, biedaczyna trząsł się cały i bałam się, że się psina w tych męczarniach wykończy. Wpadło mi do głowy, że może na dworze więcej powietrza złapie i wyszliśmy przed dom. Szopcio usiadł przy furtce i rzeczywiście –  przestał kaszleć, siedział spokojnie i wpatrywał się w ulicę.

Noc była ciepła, opatuliłam się szlafrokiem, przystanęłam na schodach towarzysząc Szopkowi i wymyśliłam, że trzeba nam z nim pójść na konsultacje do naszego dawnego doktora od  zwierzaków. Leczył on nasze zwierzęta od dawien dawna, jak tylko pamięcią sięgnę. Jeszcze były jego pacjentkami Papsiuka i Dadunia, ale później strasznie się cenić zaczął, a nam zwierząt przybywało i stał się dla nas zwyczajnie za drogi. No i kiedy za samo „trzaśnięcie drzwiami” 5 dych zaczął wołać, przenieśliśmy zwierzaki do przychodni TOZ-u, gdzie też miały bardzo dobrą opiekę. Sama nie bardzo wierzyłam, że to coś da, ale chociaż sumienie spokojne mieć chciałam, że przez skąpstwo biednego psa nie wykończyłam.

Pan doktor Szopka obstukał i osłuchał, obejrzał szopciowe rtg i powiedział, że tchawica jest raczej w porządku, ale te zmiany w oskrzelach to nie przeziębienie, tylko już nieodwracalne zmiany zwyrodnieniowe. Przeczytał też dokładny wypis z przebiegu leczenia, który wzięłam z TOZ i powiedział, że wszystko było prawidłowo i żeby dalej te leki podawać. Skasował dyszek siedem i dał jeszcze receptę na syrop diphergan, po łyżeczce 2 razy dziennie. Zaraz poszłam po ten syrop do apteki i rzeczywiście, po tym syropie tylko raz jeden w ciągu nocy Szopek się obudził. No i na drugi dzień, jak się Szopek od kaszlu uwolnić nie mógł, troszkę nadprogramowo mu tego dipherganu dałam, bo pomyślałam sobie, że lepiej niech trochę przymulony będzie i przynajmniej odpocznie. Ale nie pomyślałam, jak to podziała Szopkowi na żołądek.  Obudziłam się w środku nocy i jeszcze zanim oczy otworzyłam, poczułam, że jest groźnie. Wietrzenie i mycie wszystkich podłóg, począwszy od sypialni, przez duży pokój, przedpokój aż po kuchnię zajęło mi czas do rana. Potem jeszcze trzeba było umyć Szopka i głaskać mu łepetynkę, bo bardzo był niespokojny i nieszczęśliwy.

Dzisiaj nagotowałam mu marchwianki z ryżem, biegunka mu przeszła i kaszel dopadał go znacznie rzadziej i słabiej. Widać, że bardzo jest osłabiony i zmarnowany, ale kiedy mu powiedzieć   - i co, ty mały, głupi piesku?  -  łepek do góry zadziera, uśmiecha się i ogonkiem całkiem żwawo macha.  Może to był kryzys, który minął?

 

 
1 , 2