Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
sobota, 25 lutego 2012

Zerknęłam
przez oszklone kuchenne drzwi – na murku werandy siedział Franio.
Wpatrywał się w ogród, na moknące w deszczu drzewa. Ruszyłam
klamką, by go wpuścić i odwrócił  głowę. No, nie była to
głowa Frania.... Biały nosek i biała buzia dowodnie świadczyły,
że mamy kociego gościa. Usłyszał szczęk klamki i zaraz potem
mnie zauważył. W pierwszej chwili poderwał się leciutko,
przywarował na przykurczonych łapach, ale już za moment postawione
czujnie uszka wróciły do stałego ułożenia, nastroszone futerko
wygładziło się, kot przysiadł i zaczął mi się przyglądać.
Czujnie, ale bez przesady – paniki żadnej w tym nie było, raczej
zaciekawienie. Gapiliśmy się tak na siebie dłuższą chwilę, aż
wstał i powędrował po murku. Byłam pewna, że dojdzie do końca
murka i da nura w ogród, ale nie – nie uciekł, tylko wszedł na
zimujący na werandzie ogrodowy stół.

Na tym stole stoi karton z poduszką i kołderką dla lubiącego
przesiadywać na werandzie Dyńki i miseczka z suchą karmą, żeby
koty miały co pojeść, gdy są na dworze. Karton był pusty,
miseczka pełna. Kot najpierw upewnił się, że w kartonie nikogo
nie ma, a potem podszedł do miseczki, zasiadł i zaczął chrupać.
Jadł niezbyt łapczywie, z wyraźnym smakiem, nic sobie nie robiąc
z publiczności za szybą drzwi, bo już zdążyłam zawołać męża
i Dorolę i całą trójką obserwowaliśmy gościa. Mój mąż
oczywiście nerwowo nie wytrzymywał i to albo klamką poruszył,
albo w szybę stuknął, ale kot, wyraźnie mądrzejszy, nie
przejmował się tym wcale. Zerkał dla porządku w okno i spokojnie
pałaszował dalej. Wyszliśmy z kuchni, by sobie jadł bez stresu, a
kiedy zajrzałam później, właśnie odchodził od miseczki.
Przeciągnął się, jeszcze raz obejrzał za siebie, zeskoczył z
werandowego murka i powędrował przez ogród. Dotarł na sam koniec,
tam gdzie graniczymy z ogrodem, za którym już są ogrody działkowe.
Przeskoczył przez płot i tyle go widziałam. Myślę, że właśnie
z działek przyszedł, bo jest tam sporo kotów i choć działkowicze
jeżdżą do nich i dokarmiają „swoje”, to pewnie trochę im
pożywienia jednak brakuje.

Nie wiem, czy tę miseczkę nasz gość odkrył już wcześniejszej i czy
był tu już wcześniej, ale faktem jest, że od pewnego czasu psy
zrywały się nagle i biegły  do drzwi, a wypuszczone pędziły w
ogród, jak szalone z przeokropnym wrzaskiem.

Możliwe, że właśnie wyczuwały w ogrodzie kociego gościa. Na wszelki
wypadek, gdy teraz tak się nerwowo na dwór pchają, zanim otworzę
drzwi na oścież odczekuję chwilę, by dać burasowi szansę na szybką ewakuację.

No i pilnuję, by miseczka na werandzie zawsze była pełna.

 

20:47, damakier1
Link Komentarze (14) »

Idę sobie pustym parkiem, a tu na skraju drogi spora kałuża się
zrobiła. Zebrała się przy niej spora gromadka gawruków. Część
kawek i gawronów po rozmokłym trawniku łazi, w błocku się
telepie, raz po raz dziobem coś z ziemi wygrzebuje, a druga część
kałużę dookoła obsiadła i podziwia, jak sroka kąpieli zażywa.

A jest co podziwiać! Sroka na samym środeczku kałuży się
rozsiadła, skrzydła ogromne rozpostarła, z nogi na nogę zgrabnie
podskakuje i chlapie się z wdziękiem wielkim i gracją. Jak już
się nacieszyła tym chlapaniem, z boku na bok zaczęła się
przechylać i delikatnie skrzydłami poruszając, pod pachami się
galancie wymyła. Potem łepek delikatnie  poczęła zanurzać, do
dzioba wody nabierać i , szybko główkę wynurzywszy, do góry ją
zadzierała by plecki sobie polewać. Wszystko to wśród
nieustannych hopsów i pląsów i tak radośnie, aż obserwujące ją
gawrony same ochoty na kąpiel nabrały. Jeszcze sroki popisy
podziwiały, ale już zniecierpliwione  zaczęły pogadywać coś
między sobą, kręcić się i widać było, że czekają tylko,
kiedy w kałuży miejsce się zrobi.

Jak już jej białe pióra najbielszą bielą, a czarne najczarniejszą
czernią zalśniły, znieruchomiała sroczka na chwilę, otrząsnęła
aż deszcz kropel zmoczył całą jej publiczność i pofrunęła na
pobliski kamień. Przysiadła i zaczęła pazurkami swe mokre pióra
rozczesywać.

Rzuciły się gawrony do kąpieli na wyprzódki. Zakłębiło się w kałuży,
tłok się zrobił przeogromny, a z czystej wody w mig się zrobiła
błotnista breja. Nic to im nie przeszkadzało, pchały się dalej w
najlepsze, jeden popychał drugiego i chlapały tak przeokropnie, aż
packi błota dookoła latały w powietrzu. Patrzyła na to sroka ze
swego kamienia, mocno zdegustowana, a gdy niespodziewanie błoto w
świeżo wymyte piórka ją pacnęło, poderwała się i odleciała.

I ja też sobie poszłam, bo po tym pięknym kąpielowym spektaklu
sroki, na to przaśne gawronie buractwo aż żal było patrzeć.

 

20:43, damakier1
Link Dodaj komentarz »

Wiadomo, że każdy stwór potrzebuje mieć swój kątek do spania.

Frania i Kubusia wzięliśmy z różnych miejsc, ale w jednym czasie i
obydwa były jeszcze całkiem malutkimi kociakami. Początkowo Franio
spał w przygotowanym pudełku, a „działkowy” Kubuś przez
pierwsze dwa tygodnie siedział ukryty pod szafą, ale gdy go Dorolka
cierpliwością swą wielką oswoiła i spod szafy wylazł, dołączył
do Frania i odtąd trzymały się razem. Szybko też „góra”
stała się dla nich za mała i choć oficjalnie powiedziane jest, że
psy są nasze, a koty Doroli – zaanektowały też i parter. I kiedy
pogoda nie zachęcała do hasania po ogrodzie, obydwa – Kubuś i
Franio – lubiły wylegiwać się w mojej sypialni na zaścielonym
kapą łóżku. Zwłaszcza gdy na dworze padało,  potrafiły
przeleżeć tak dzień cały, na przemian to rozwalając się, to
znów zwijając w dwa kłębki, udające leżące na kapie dwie
ozdobne puchate poduszki.

Potem dołączył do rodziny malutki Zimka i Kubuś został jego przybranym
tatusiem. Opuścił wtedy łóżko i w ogóle cały dół i zamieszkał z Zimką na najwyższej półce w garderobie na strychu.
Frania nic to nie obeszło i dalej wysypiał się na moim łóżku.

Do czasu, aż umarł Kubuś – wtedy Franio opuścił naszą sypialnię
i zajął kuchenne schodki. Te schodki, zrobione przez mego męża
abym mogła swobodnie sięgać do wysokich kuchennych półek, są
najulubieńszym przez wszystkich sprzętem w całym domu. Lubi na
nich siedzieć Antek, kiedy przychodzi do kuchni podeżreć coś „u
babci”, przysiadam na nich i ja, kiedy coś tam w kuchni pojadam,
lubi ustawiać się na nich Wrona – przednimi łapami na środkowym
stopniu, z łapami tylnymi ustawionymi na podłodze, z wyprężoną
szyją i promiennym uśmiechem – wygląda tak pięknie, że nie
sposób nie nagrodzić jej jakimś smakołykiem. No i lubią
przysiadać na nich wszystkie koty. A Franio zajął schodki na
wyłączność i ułożony na samej ich górze, plecami oparty o
kaloryfer wylegiwał się leniwie drzemiąc i mrucząc z zadowolenia.
To znaczy było tak do czasu wprowadzenia się Wrony.

Jej nastanie spowodowało, że koty nie tylko opuściły parter, ale
nawet wyprowadziły się na ulicę. Przemykały tylko z dworu prędko
po schodach na górę i na dół żaden się nie zapędzał.

Wtedy Franio powrócił na piętro i zajął stół w pokoju. Było to
bardzo dobre miejsce – miał widok na korytarz i schody i mógł
obserwować, co dzieje się w domu. Nikt go też nie przepędzał, bo
stół jest wielki i nawet jak Dorola rozłożyła puzzle, zostawało
jeszcze dużo miejsca. I jak już tak się wszystko pięknie ułożyło,
zjawił się Karolek!

Znowu biedny Franio stracił kąt do spania, mało tego – stał się
bezdomny. Szczęście, że było już lato i Franio nie marzł leżąc
dniami i nocami zwinięty na krawężniku przed płotem, budząc
powszechną litość i współczucie. Po pewnym czasie przeniósł
się pod rosnący przy furtce świerk, gdzie już nie cierpiał tak
ostentacyjnie, a nawet było mu dość fajnie – gęsta korona
świerka chroniła przed słońcem i deszczem, a spadłe ze świerka
igliwie utworzyło w rosnących pod spodem irgach wygodny i miękki
materacyk. Tak przeszło lato i wczesna część jesieni, a wraz z
nastaniem chłodniejszych dni Franio zaczął znów zaglądać do
domu. Najpierw wpadał tylko na chwilę sprawdzić, co w kocich
miskach, później zaczął jeść w domu i nie trzeba już mu było
wynosić jedzenia na dwór, a potem po obiedzie zaczął ucinać
sobie drzemki coraz to dłuższe i dłuższe. Wybrał sobie biurko
Antka. Początkowo było ono biurkiem Antka i Franio zajmował je
tylko na chwilę. Z czasem stało się biurkiem Frania i Antek  nie
miał gdzie się rozłożyć z lekcjami, z czego nawet był dość
zadowolony. Nie wiadomo jakby z powodu Frania potoczyła się szkolna
kariera Antka, gdyby Franio nie porzucił biurka i nie przeniósł
się z powrotem na kuchenne schodki. Bardzo mnie to ucieszyło, bo
miło jest, krzątając się w jesienne dni po kuchni, spoglądać na
wygrzewającego się przy kaloryferze, mruczącego cieplutkie
mruczanki kota. No i kiedy już się przyzwyczaiłam, że w mojej
kuchni Franio sobie śpi i mruczy, schodki opustoszały. Trochę
byłam zła i zastanawiałam się, co też mogło się wydać
Franiowi lepsze od schodków?

I okazało się, że lepsze Frania miejsce do spania jest tutaj:

 

kot w umywalce

20:39, damakier1
Link Komentarze (3) »

No i jesień już całą gębą – przyleciały gawruki. Kiedy idziemy z Wroną spacerować na pobliskie działki, w nielicznych ogrodach krzątają się jeszcze ludzie, bo pogody są wciąż przepiękne, ale wokół jest cicho i pusto. Tylko na działkowych alejkach gromadnie spacerują czarne gawrony, kawki i od czasu do czasu jakaś wrona – gawruki właśnie. Pełno ich na działkowych grządkach, gdzie grzebią w ziemi w poszukiwaniu dżdżownic, rozsiadają się na płotach i czyszcząc sobie dzioby i pazury, pogadują między sobą i odpoczywają. No i urządzają sobie spacery po alejkach. Chodzą statecznie po kilka sztuk, to przystaną i zagadają jeden do drugiego, to grzebną łapą, to coś dziubną i tak sobie wolniutko wędrują.

Kiedy Wrona po raz pierwszy zobaczyła łażące w oddali gawruki, stanęła
jak wryta.
Najpierw przywarowała do ziemi, potem poderwała się, nastroszyła swój futrzany kołnierz niczym hiena, wyprężyła się jak struna i uniósłszy prawą łapę zrobiła klasyczną stójkę, jak najczystszej krwi pointer. Stała tak w tej idealnej stójce na maleńkim wzgórku, błyszczała w słońcu czarniejsza od najczarniejszego gawrona, a gawruki popatrzyły z oddali i najwyraźniej miały w dupie. Coś tam powiedział jeden drugiemu, trzeci zerknął i tylko wzruszył ramionami, a Wrona trwała cała w emocjach tak wielkich, że aż jej klapnięte ucho na baczność wyprostowane stanęło.

 gawronyI ruszyła, jak błyskawica! W ułamek sekundy pokonała dzielący ją od gawruków dystans, a one lekceważąco, leniwie uniosły się lekko w górę, tylko na tyle, by zębów wronich uniknąć. No i nie doceniły Wronki – gdy kątem oka tłustego gawrona nad swym łbem dostrzegła, śmignęła w górę i wprawdzie go nie złapała, ale piękne czarne pióro z ptasiego ogona w pysku jej zostało. Zobaczyły gawruki, że to nie przelewki, zaraz nabrały wysokości i z wysoka, krążąc nad nami krakały zdumione i oburzone.

Musiały sobie tę nauczkę mocno wziąć do serca i jeszcze kumpli swoich przestrzec, bo od tego czasu, gdy się Wronka na działkach pokaże, wśród spacerujących gawruków zaraz nerwowo się robi, pióra stroszą, coś tam pokrzykują, chyba przekleństwa jakieś gawrucze i  przykucają gotowe do startu, a gdy tylko suczka gwałtowniejszy ruch uczyni, zaraz fruną wysoko, wysoko ponad drzewa. Tam, mocno poirytowane kołują nad nami w powietrzu i nie siądą na alejce tak długo, aż sobie gdzieś daleko, na drugi koniec działek nie pójdziemy.

 

20:30, damakier1
Link Dodaj komentarz »

Dawno,
dawno temu, któregoś wczesnego lata, nie pamiętam którego roku,
znalazłam młodziutką kawkę. Musiała to być końcówka lat
siedemdziesiątych, bo towarzyszył mi na spacerze mały piesek
Florek. Mocno był już stary, ślepy i głuchy i chodziliśmy na
spacery na dzikie pola otaczające pobliski stadion. Tam można było
staruszka spuścić ze smyczy bez obawy, że zapałęta się na
jezdnię. Ustawiało się go nosem w wybranym kierunku i Florek
dzielnie parł do przodu. No i właśnie któregoś razu, gdy tak
szorował w wysokiej trawie z nosem przy ziemi, niespodziewanie
stanął, a w trawie tuż przed nim poruszało się coś burego.
Podeszłam bliżej – kawka!

Jeszcze
żółtodziób, podfruwajka.... Podeszłam, a ona poderwała się
wystraszona i podfrunęła niezdarnie parę metrów. Opadła w trawę
i przycupnęła. Obserwowałam jej nieporadny lot i  jedno skrzydło
wydało mi się niepokojąco obwisłe, ale nie umiałam ocenić, czy
to jakieś uszkodzenie, czy jeszcze brak umiejętności układania
skrzydeł. Bałam się ją tak pozostawić, bo tereny wokół
stadionu przechodziły w ogrody działkowe i kręciło się tam pełno
półdzikich kotów. Odczekałam chwilę, dałam kawce odpocząć i
się uspokoić i powolusieńku znów podeszłam. Tym razem nie
odskoczyła. Siedziała nieruchomo z zadartym łebkiem i rozwartym
szeroko dziobem. Ostrożnie, delikatnie przykucnęłam i wyciągnęłam
rękę. Położyłam rozwartą dłoń na ptasim grzbiecie, wsunęłam
palce po brzuszek i uniosłam do góry.

Była
zupełnie spokojna, przyglądałyśmy się przez chwilę sobie
nawzajem, a potem przypięłam Florkowi smycz i z kawką w ręku
powędrowałam do domu.

Przyniosłam
ją na werandę, usadziłam w pudle dałam jeść i pić. Jedzeniem
się nie zainteresowała, ale piła, piła, piła i piła!
Faktycznie, od dni paru były upały, sucho zupełnie i tam wokół
stadionu żadnej kropli z pewnością nie mogła znaleźć. Pewnie
nawet bardziej niż w kocich łapach, groziła jej śmierć z
pragnienia.

Bez sensu się wszyscy zamartwialiśmy, jak to wszystko urządzić, żeby
kawka nie uciekła i jak ją odchować. Noc przespała w dużym pudle
od góry przykryty kawałkiem siatki, a kiedy rano zdjęliśmy
siatkę powitała nas radośnie, spałaszowała śniadanie i zaczęła
drzeć dziób, żeby ją wypuścić. Mąż wyjął ją z pudła
postawił na stole, a ona ani myślała uciekać. Spacerowała sobie
po stole, posprawdzała, co mamy  na talerzach, skubnęła co nieco i
najwyraźniej była naszą kawkę. No to wypadało jakoś ją nazwać.
Dostała na imię Pufcia.

Skrzydło na szczęście okazało się w porządku, Pufcia w parę dni z
pokracznego podfruwania przeszła najpierw do całkiem zgrabnych
krótkich lotów z werandy na gruszę i dużą jabłoń, a po
tygodniu śmigała już po ogrodzie jak stara. Noce przesypiała w
pudle na werandzie, a w dzień buszowała po ogrodzie i przepadała
nieraz nawet na parę godzin, ale wystarczyło wyjść do ogrodu i
zawołać Pufcia!, a za chwilę lądowała na ramieniu, co było
bardzo miłe, albo na głowie, co było dość przykre.

Zawsze towarzyszyła nam na werandzie przy obiedzie. Siadała na murku i
zaglądała w talerze, co jemy. Od czasu do czasu wskakiwała między
talerze, spacerowała od jednego do drugiego i nagle łaps! - łapała
w dziób upatrzony kawałek mięsa i wiała na jabłonkę. Tam na
gałęzi spokojnie sobie mięsko zjadała i wracał na murek albo i
na stół z powrotem.

A gdy już sobie po obiedzie piliśmy kawkę, nasza pierzasta kawka
hopsała mi na ramię, najpierw skubała mnie leciutko w ucho, a
później zabierała się za moją fryzurę. Systematycznie i w
skupieniu wyciągała wszystkie spinki podtrzymujące mój kok, każdą
układała równiutko na stole i gdy już mi włosy uwolnione opadły
na ramiona, rozczesywała je pieszczotliwie dziobem. Niesamowicie to
było przyjemne...

A razu pewnego w czasie obiadu zasiadła na ramieniu mego męża, coś
mu tam przy uchu pomajstrowała i nagle – chlup! - okulary mu do
zupy wpadły, bo Pufcia pracowicie wszystkie śrubki z zawiasika
wykręciła.

Przyszła
jesień, a z nią chłody i zaczęliśmy zamykać  drzwi na werandę.
Wcale się to Pufci nie spodobało. Gdy tylko w kuchni zapaliło się
światło, rzucała się na szybę w drzwiach chcąc dostać się do
środka. Nie było rady, z takim impetem waliła w szklaną taflę,
że strach było, czy się nie pokaleczy. W rezultacie fruwała sobie
w ciągu dnia po okolicy, a gdy zapadał zmierzch przylatywała na
werandę i wpuszczaliśmy ją do kuchni. Zamieszkała na kuchennym
kredensie i z wysoka obserwowała, co w domu się dzieje. Sfruwała
nieraz komuś na ramię i tak siedząc towarzyszyła mu w całym
domu. Ale sama na pokoje się nie wybierała. No i na szczęście, bo
już na tym kredensie i w kuchni com się nasprzątała, to moje. Ale
mówiłam sobie – aby do wiosny! I jakoś dawałam radę.

No i przyszła wiosna, Pufcia zrobiła się dorodną kawą, miała
mnóstwo własnych spraw, znikała z ogrodu na długie godziny, ale
zawsze, gdy wracałam z pracy, ledwo weszłam za róg ulicy,
zlatywała  z którejś z ogromnych brzóz i usadowiona na mym
ramieniu towarzyszyła mi do furtki.

A któregoś późnowiosennego ranka, kiedy Pufcia wygrzewała się w
słońcu na werandowym murku, na jabłoń sfrunęła chmara szpaków.
Zauważyły Pufcię i się zaczęło! - Drapieżnik! Drapieżnik!
Pędzić, przepędzić! - darły się niemiłosiernie i rzuciły się
na nią całą szpaczą bandą. Przerażona kawka przycupnęła, a po
chwili zerwała się do lotu i pofrunęła w kierunku ogrodów
działkowych.

Nic nie mogłam jej pomóc. Szpaki ścigały ją jak wściekłe, ale z
ulga zobaczyłam tylko, że Pufcia jest daleko przed nimi. Wszystko
znikło i ucichło. Poszłam do pracy, a po powrocie na żadnej
brzozie Pufci nie było. Na próżno wołałam i rozglądałam się.
Nie zjawiła się też na obiedzie... Nie pokazała się już nigdy
więcej. Szkoda nam jej było, ale nie martwiliśmy się o nia
zbytnio, bo była już dorosłą, zdrową kawką i pora jej była się
usamodzielnić. No i co tu ukrywać, ulżyło mi troszkę, bo kredens
kuchenny po tej zimie musieliśmy wymienić na nowe szafki.

 

 

20:20, damakier1
Link Dodaj komentarz »

Pojęcia nie miałam, jak fantastycznym stworem jest szop pracz! Coś tam się czytało, coś słyszało, jakiś filmik nieraz wpadł w oko no i wiedziałam, że to zwierzę śliczne i sympatyczne. Aż tu pojechaliśmy w niedzielę całą rodziną do Folwarku Skarbimierz, a tam, wśród rozlicznych atrakcji, natknęliśmy się na szopa pracza, który zresztą okazał się szopką praczką. Zwiedzaliśmy zagrody królików i nutrii, zahaczyliśmy o zagrodę z osiołkiem, owcami i miniaturowymi świnkami, zajrzeliśmy do stajni z pięknymi końmi, cały czas skwapliwie zmierzając ku knajpce, gdzie planowaliśmy niedzielny obiad. No i tuż przed knajpką zobaczyliśmy zagrodę, piękną jak wszystkie inne, otoczoną ceglanym murkiem, pośrodku której był wielki pniak drzewa z ogromną dziuplą u góry i sporą u dołu. Pniak otoczony był kilkoma potężnymi konarami prowadzącymi z ziemi do górnej dziupli. Koło pniaka był ceberek z wodą, a na murku tabliczka: „Szop pracz (Procyon lotor) – Ameryka Północna.”

W zagrodzie nikogo nie było. Postaliśmy chwilę i w górnej dziupli pokazały się sterczące uszka, za uszkami wyjrzał ciekawski ryjek i za chwilę nad konarem pojawiła się łapka – nie, nie łapka: malutka rączka – i pomachała nam z daleka. Kazimierzu! - zawołała Dorola, która ma manierę natychmiastowego nadawania imienia każdemu napotkanemu zwierzęciu i Kazimierz podniósł się ciężko, wystawił najpierw głowę, a po chwili wygramolił się z dziupli cały. Ustawił się malowniczo na konarze, tłuściutki i puchaty niczym zabawkowy pluszak, przekrzywiał łepek i stroił przekomiczne miny  czym wprawił nas w zachwyt i entuzjazm. Kaziu, Kaziu – chodź do nas! - wołał Antek i szop zaczął złazić po konarze na ziemię. Grajdał się niemiłosiernie, tłusta pupa przelewała mu się na boki, a my zaśmiewaliśmy się jak kupa kretynów, bo widok był przezabawny. A im bardziej cieszyliśmy się po naszej stronie murka, tym bardziej rozochocał i popisywał się szop. Przystawał, przechylał się raptownie jakby spadając, ale w ostatniej chwili łapał się maleńką łapką za korę drzewa i jakoś utrzymywał równowagę. Stawał na tylnych łapkach i szeroko rozkładając rączki pozdrawiał nas, czy może nawet błogosławił... W końcu zlazł, podszedł do miejsca, gdzie w murek wstawione były duże
szyby pozwalające na lepsze oglądanie wnętrza zagródki i pozwolił dokładnie obejrzeć się z bliska.

Pomaszerował w tę i z powrotem wzdłuż ogrodzenia i zawrócił do pniaka. Stanął pod konarem, wyciągnął jedną rączkę w górę, ucapił się konara i zawisnął na dłuższą chwilę. Gruby tyłek dyndał mu w powietrzu, machał pręgowanym ogonem na boki miarowo niczym zegarowym wahadłem i powoli, powoli wyciągnął drugą rączkę i złapał nią za konar. Kiedy już obie rączki pewnie trzymały się konara, tylne łapki zaczęły szukać jakiegoś zaczepienia i po paru próbach również znalazły oparcie na konarze. Za łapkami poszła cała reszta i szop powędrował ku górnej dziupli. Przed zagródką zebrała się już spora publiczność i szop tak, jak przy wędrówce w dół z wielkim przejęciem i poczuciem misji odgrywał swój spektakl. Publiczność reagowała żywiołowo, ludzie się zaśmiewali, rozlegały się nawet sporadyczne brawa. Wszystko to zachęcało go do coraz nowych sztuczek – to stawał na baczność, to niespodziewanie zwisał nad ziemią trzymając się konara przemiennie raz jedną, raz drugą łapką, to zwinnie podbiegał w górę konara. Tak dotarł do dziupli i tu, jak w dobrze wyreżyserowanym spektaklu, nastąpił wielki finał. Wspiął się szop na samą górę, stanął na baczność na tylnych łapkach, rozcapierzył maleńkie rączki szeroko w górze, potoczył wzrokiem po publiczności i wywinął zamaszystego koziołka wprost w czeluść dziupli. Sekunda – i cały otwór dziupli wypełniła wielka, tłusta szopia pupa z tryumfalnie machającym na pożegnanie ogonem. Jeszcze chwila i pupa też znikła i nikt by się nie domyślił, że we wnętrzu pniaka ktoś jest schowany. Na nic się zdały cmokania, chrząkania i różne nawoływania – w dziupli nic ani nie drgnęło,
przedstawienie było skończone nieodwołalnie.

Kiedy po obiedzie wyszliśmy z Antkiem by przejść się trochę przed deserem, przed zagródką nie było nikogo. Za to w zagródce był pan, który powiedział nam, że szop  to samiczka i naprawdę nie żaden to Kazimierz, tylko Frania, że miała tu też  towarzysza, ale nie lubiły się i towarzysz uciekł nie mogąc znieść ciągłego przez Franię  nękania. No i obejrzeliśmy jeszcze jeden popis sztuczek Frani, która wspinała się i łaziła po swym opiekunie niczym po drewnianym konarze i wyciągała mu chowane po kieszeniach smakowite ciasteczka.

No i jak się teraz wydziera moja rodzina z Antkiem na czele? - My chcemy szopa!        

A ja niczym Rejtan koszulę rozdzieram i wołam gromko: po moim trupie!



 

Tagi: Szop pracz
14:33, damakier1
Link Dodaj komentarz »

Lato
przemieniło się w jesień i w ogrodzie, między krzewami, pająki
porozwieszały swe pajęczyny. Wiszą zdradziecko porozpinane i
bardzo trzeba uważać, gdy  wyjdzie się do ogrodu, bo słabo
widoczne w rannym słońcu, znienacka wplątują się we włosy i
oblepiają  twarz, co bardzo jest nieprzyjemne. Zła jestem bardzo,
gdy mnie taka pajęczyna napadnie i oplecie, pomstuję i wymyślam po
co komu te pająki głupie, a pająk pewnie schowany w krzakach tak
samo się złości, co to za głupia baba mu pajęczynę zerwała.
Ale jest też w ogrodzie kilka pajęczyn okazałych, bardzo wielkich,
które omijamy troskliwie, by ciężkiej pajęczej pracy nie
zniszczyć. Najwspanialsza jest na werandzie. Zwiesza się z daszku,
rozpięta na słupkach daszek podtrzymujących po bokach, dołem
sięga aż parapetu. Zauważyliśmy ją już dość dawno, ale długo
była pusta i wydawała się opuszczona. Kilka dni temu dopiero mąż
mój mieszkańca, a raczej mieszkankę pajęczyny przyuważył i
zawołał : „O, zobacz – pająk suczka! „ No i nie dziwota, że
tak zawołał, bo pajęczyca gruba, jak bania,  wyraźnie jajeczkami
naładowana była. Jak już ją poznaliśmy, zaczęliśmy ją
obserwować: rano wita nas w prawym górnym rogu pajęczyny i w
miarę, jak postępuje dzień, przesuwa się ku jej środkowi. Po
południu nagle znika i z początku nawet myślałam, że gdzieś
przepadła, ale teraz wiem, że pod wieczór pojawi się po lewej
stronie i będzie tam aż do zapadnięcia zmierzchu. Nie zauważyłam
nigdy, by w rozpiętej sieci pojawiła się jakaś zdobycz, ale
pająk-suczka grubieje z dnia na dzień i myślę, że coś jej się
upolować udaje. Nie mam bladego pojęcia o pająkach i nie wiem, jak
długo potrwa zanim zniesie jajeczka i ile trzeba czekać na młode
pajączki, ale fajnie by było, zobaczyć któregoś dnia w środku
werandowej pajęczyny pająka-suczkę, otoczoną gromadą pająkowych
szczeniaczków...

pajęczyna

13:23, damakier1
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9