Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
piątek, 27 lutego 2015

Obstąpiły ją ledwo przeszła przez furtkę. Trochę się wystraszyła, bo na czele był dorodny berneńczyk, a tuż za nim wyrośnięty bokser. Postawiła więc kołnierz na sztorc i na sztywnych łapach obracała się powolutku w kółeczko. Ale zaraz przekonała się, że to młodziaki, które żadnych złych zamiarów nie mają, a przeciwnie, zapraszają do zabawy.

 

..

 

Kołnierz opadł, uszy ułożyły się w swój zwykły nonszalancki sposób, uśmiechnęła się Wronka całym pyskiem i - nie, nie... powiedziała - na zabawy z takimi smarkaczami to ja za poważna kobieta jestem. No to rozbiegła się młodzież po całym wybiegu, a Wronka haps za smycz - szarpie, warczy i marudzi – pobaw się ze mną! Teraz to ja jej powiedziałam, że poważną kobietą jestem i poszłam przysiąść na ławce. Wrona ułożyła się obok i przyglądałyśmy się harcującemu towarzystwu.

 

..

 

..

 

..

 

Gapiłyśmy się dość sennie, gdy nagle Wrona jak się nie zerwie! Zatrzymała się na malutką sekundę i pognała w stronę wybiegowego toru przeszkód. Tam, na środku długiej równoważni, stała dumnie prezentując swe wdzięki, przepiękna wyżlica węgierska, która już od samego początku swą urodą mocno Wronie działała na nerwy. No! Długo to ona nie postała. Wpadła Wronka na równoważnię, ogon nad sobą jak skrzydło husarskie rozpostarła, łeb jak taran nisko opuściła i tylko jedno słowo, już się wolę nie domyślać jakie, warknęła. W mgnieniu oka zmiotło wyżlicę z równoważni i tylko ogon było po niej widać.

 

..

 

..

 

Jeszcze tego tryumfu Wronce było mało. Zeskoczyła z równoważni, błyskawicznie wdrapała się na swój ulubiony daszek, japę na całą szerokość rozpostarła i dalej się z nieszczęsnej wyżlicy naigrywać, że na taki daszek to na pewno wleźć nie potrafi. A gdy tamta pod daszkiem podskakiwała, przysiadała i szczekaniem się zanosiła, Wronka co raz to piękniejsze pozy przybierała - a to łeb w prawo, a to w lewo przekrzywiała, szyję do góry wyciągała i cały czas zerkała pilnie, czy aby na pewno wszystko fotografuję.

 

..

 

..

 

..

 

W końcu Wronka hycnęła na ziemię, przebiegła kawałek do niewielkiego podestu, wskoczyła, postała chwilę i bardzo zadowolona powiedziała - możemy wracać do domu! Z daleka, zwiesiwszy uszy, patrzyła za nią ruda wyżlica.

 

..

 

..

 

 

Po tylu emocjach, świetnie się Wronce spało tej nocy...

 

..

 

Tagi: psy
20:06, damakier1
Link Komentarze (16) »
środa, 25 lutego 2015

Przegapiłam! Nie zauważyłam wcale, że to już luty dobiega końca, a ja ani słowem nie wspomniałam, że właśnie trzy lata minęły od chwili, gdy w Internet sfrunęła moja pierwsza blogowa notka. Było to 19.02.2012. i wyglądało tak:

http://wwwtrembil.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?52

 

Ja przegapiłam, ale nie przegapili Przyjaciele moi i najmilsze memu sercu Forum ze Dworum, rękoma w Trójcy Jedynej Kapituły, z okazji jubileuszu nagrodziło nas, to znaczy blog i mnie, pięknymi medalami.

Medal Blogowi Damykier1

Jako instytucji. żeby od razu każdy czytelnik wiedział, że ma do czynienia z Organem (prasowym), Który Ma Osiągnięcia w Rzeczywistości Rzeczywistej. Że dzięki wszystkim, którzy go tworzą, a to: Przewielebnej Autorce i jej dwu- i czworonożnym domownikom, przyjaciołom i okazjonalnym znajomym tychże, a nawet skromnym komentatorom, Coś Się Zdarzyło i zmieniło życie przynajmniej jednej łaciatej psinki. Życie, nie opowiastkę.

 

..

 

Medal dla Damykier1 za stworzenie Bloga Takiego - w Dniu Urodzin Jego

 

..

 

 

Wzruszyłam i ucieszyłam się ogromnie i z całego serca Dworzanom oraz Kapitule dziękuję.

 

..

 

Trzy lata to jubileusz skromniutki, taki bardziej jubileusik i pisanie o tym, jak wielką frajdę sprawia mi pisanie tego bloga, jak cieszy mnie każdy komentarz i jak bardzo lubię wszystkich odwiedzających blog Gości, zostawiam sobie na jubileusz bardziej dostojny – powiedzmy na pięćdziesięciolecie...

Ale prawdą jest, że wielką frajdę sprawia mi pisanie tego bloga, cieszy mnie każdy komentarz i bardzo lubię wszystkich Gości.

 

..

 

Okolicznościowe życzenia, komplementy i upominki, bez żadnego skrępowania, można składać w komentarzach :)

 

21:29, damakier1
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 23 lutego 2015

.

 

.

 

.

 

.

 

.

 

.

 

.

 

.

 

ul. Michałowskiego

 

.

 

.

 

Zdjęcia obrazują trasę mego spaceru. Ułożone są w kolejności w jakiej mijałam fotografowane obiekty.

piątek, 20 lutego 2015

Widzicie ten nowy banerek na szpalcie? Kto kliknął, ten już trochę wie, o co chodzi, a dokładnie jest tak:

 

Gosianka Wrocławianka, która prowadzi blog Za moimi drzwiami (można wejść klikając na szpalcie w banerek Zwierzolubnych), a w cywilu zajmuje się bezdomnymi kotami oferując im tymczasy u siebie i szukając domów na stałe, namówiła się z Haną, która prowadzi blog Dzika kura w pastelowym kurniku i jest jego naczelną kurą. Skutkiem tego, pod koniec ubiegłego roku zorganizowały wielką akcję sprzedaży kalendarzy na rok 2015., które same zrobiły od A do Zet. Pieniądze ze sprzedaży pakowały do Skarpety z przeznaczeniem na wsparcie osób opiekujących się zwierzętami w potrzebie (kociar dokarmiających wolno żyjące koty, przygarniających bezdomne psy itepe).

Rezultat przeszedł najśmielsze oczekiwania, kalendarze kupiło wiele osób (ja też) i wielu osobom Skarpeta pomogła (dostałam szczegółowe rozliczenie), więc dziewczyny postanowiły rzecz ciągnąć dalej i uczynić ze Skarpety akcję ciągłą.

 

...

 

Kto nie zrozumiał, com tu nawypisywała, bo sama widzę, że namotałam, jak potłuczona, niech zerknie tutaj:

 

http://www.zamoimidrzwiami.blogspot.com/2015/02/zachecone-waszym-odzewem-natychmiast.html

 

Dodam jeszcze, że kiedy szukaliśmy domu dla Łatki (Fretki), to właśnie na blog Za moimi drzwiami z ogłoszeniem poleciałam. Tam moje ogłoszenie przeczytała Hana i przekazała je Lamie, której mąż się w Łatce zakochał. Bo Hana to mama Lamy. No i dalej już wiecie: Lama sprowadziła Łatkę do siebie, dała pod opiekę panu Tymczasowi, który z Łatki zrobił Fretkę a sam stał się z Panem na Zawsze. O!

 

Teraz już możecie kliknąć w banerek Skarpety i napełniać ją tak, jak to Hana wyrysowała:

 

...

 

 

20:57, damakier1
Link Komentarze (4) »
środa, 18 lutego 2015

No, po tych szopciowych wyczynach to już nie było zmiłuj! Późną nocą, tuż przed położeniem się spać, prośbą, groźbą bądź kopniakami wywalaliśmy go do ogrodu, żeby tam zrobił, co ma do zrobienia.

 

Oglądałam kino nocne, w przerwie na reklamy Szopka na dwór wywlokłam, po chwili z powrotem wpuściłam i zasiadłam dalej film oglądać. Szopek wlazł pod stół i zaczął coś tam tak okropnie ciamkać, że oglądać się nie dawało. Zajrzałam, a to Szopek zawzięcie łapkę liże, a podłoga cała we krwi!

Rzuciłam się pod stół, wyciągnęłam go, on wszystkimi czterema łapami wierzga, nic zobaczyć nie mogę – a krew się leje!

 

Przyniosłam bandaże, wodę utlenioną i lupę. Łapkę wodą polałam, Szopka jednym bokiem do fotela przyparłam, z drugiego boku kolanem przycisnęłam, lupę do oka przyłożyłam i szukam, czy jakiego szkła w ranie nie ma. Nic nie widzę, bo krew się leje.

 

Co tu robić? Ja jeszcze chorawa, Dorola nie lepsza, mąż śpi w apogeum grypy , Tatinek w pracy - nawet nie ma kto z Szopkiem na pogotowie pojechać...

 

Zeszła z góry Dorolka z jakimś psikadłem na krwawiące rany. Ułożyłam sobie Szopcia na kolanach łapkami do góry, pomacałam mu łapkę, czy nie piśnie, jak go jakieś tkwiące w ranie szkło kujnie. Nie pisnął, Dorolka psikadłem psiknęła, obwiązałam łapkę bandażem i zdjęłam go z kolan. Szopek przepędził świńskim truchtem przez korytarz, w połowie drogi pacynkę z bandaża zgubił i zostawiał na podłodze wielkie krwawe ślady.

 

A może ten bucik, który kiedyś Wrona nosiła, jak miała rozwaloną łapę? - zapytał mój mąż wchodząc do pokoju, bo go cała ta afera zbudziła. Poszłam szukać bucika.

Mąż ułożył sobie Szopka na kolanach, złapałam chorą łapkę, osuszyłam gazą, polałam wodą utlenioną, popsikałam psikadłem, zrobiłam nową pacynkę i wpakowałam do bucika. Ten bucik taki wielki, że zmieściła się w nim cała łapka i jeszcze grubiutkie udko. Dla pewności nie od razu mąż Szopka z kolan puścił i czekaliśmy w nadziei, że może rana przestanie tak okropnie krwawić.

Kiedy go w końcu na podłodze postawił, Szopek śmignął, jak strzała, bucik z całym pakunkiem zgubił zanim jeszcze dotarł do drzwi i pognał do przedpokoju, na swój materacyk. Ale śladów krwi nigdzie nie zostawił. Umyłam podłogę i siadłam obejrzeć końcówkę filmu. Szopek spokojnie leżał na materacyku i tylko do czasu do czasu lizał sobie chorą łapkę. Odetchnęłam, najwyraźniej można było z weterynarzem poczekać do jutra.

 

Nazajutrz, z samego rana łapkę obejrzałam - krwi ani śladu, nawet żadnej rany nie widać. Przyschło, jak na psie! Ale taką jakąś straszną wizję, że to coś, co Szopka skaleczyło, dalej w ogrodzie siedzi i czyha, w głowie miałam, że postanowiłam przez jakiś czas wyprowadzać go tylko na placyk, pod kontrolą.

 

Wyszliśmy, żadnych śladów z nocnej awantury nie zostało - Szopek sobie spokojnie po placyku popylał, nie kulał i wszystko było w najlepszym porządku.

 

na placyku

 

Przemierzył placyk w tę i z powrotem i potoczył się dalej w ulicę, tam, gdzie śliczna Bellunia mieszka.

 

na ulicy

 

Belluni nie było, ale za to naprzeciwko:

 

nos w nos

 

buzi buzi

 

To Norka, najmłodsza psia panienka na naszej ulicy. Zaledwie pierwszy roczek skończyła, ale Szopek wcale za stary jej się nie wydał – przeciwnie, bardzo jej się spodobał i flirtowali oboje z wielkim zapałem. Aż się pani Norki nad nimi ulitowała i furtkę otworzyła.

 

zaloty

 

Co się Szopek napodskakiwał, naprzysiadał, nasapał i naziapał, tego opisać się nie da. W końcu Norka z panią na spacer powędrowały, a Szopek, bardzo zadowolony, unosząc się leciutko nad ziemią niczym mały poduszkowiec, wrócił do domu. Padł na swój materacyk i z lekko lubieżnym uśmiechem na pysku pogrążył się w słodkiej drzemce.

 

To tak sobie myślę, że skoro zdołał to wszystko przeżyć i ani razu nie zakaszlał, to już śmiało urbi et orbi mogę ogłosić, że się Szopek naprawił!

 

zaloty

 

Tagi: psy
14:38, damakier1
Link Komentarze (21) »
wtorek, 17 lutego 2015

Karolek

 

Gdzie nie spojrzysz, czyste, gładkie tapety. Nietknięte pazurem. Na kuchennych blatach ani śladu odcisków brudnych łap.

Kiedy kroisz mięso na desce, znikąd nie wynurza się zachłanna, szponiasta łapa.

 

Maszka

 

W kiblu nie poniewiera się po podłodze rolka papieru toaletowego i w ogóle nie jest poszarpana na drobne kawalątka. Pod deską klozetową nie ma żadnych kłaków.

 

Pan Czesio

 

W trakcie obiadu nie musisz podrywać się pięć razy żeby wypuścić. Albo wpuścić. Albo znowu wypuścić.

 

Zima

 

Nikt nie leży rozwalony na klawiaturze, gdy pilnie potrzebujesz skorzystać z komputera. Nie mówiąc już o tym, że ekran nie jet oszczany i nikt też nie naszczał w dekoder. Ani nie nasikał ci do butów.

 

Franio

 

Doprawdy... Bardzo smutny musi być dom bez kota... !

 

Karolek

 

 

Dalszy ciąg o Szopku niebawem.

 

 

Tagi: koty
13:05, damakier1
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 16 lutego 2015

Szopek

 



Gdzieś tak trochę przed Bożym Narodzeniem minął rok, jak Szopka ten potworny kaszel dopadł i okrutnie męczyć zaczął. Ileśmy się wszyscy z tym namordowali, to nie do opisania...

Najpierw długo się nie udawało dojść do tego, co tego nieszczęsnego pieska dręczy. Prześwietlenia, USG, konsultacje, jeden weterynarz, drugi, trzeci... Ten mówi serce, następny oskrzela, w końcu stwierdzono zapadnięcie tchawicy, ale żebym tak na sto procent w tę diagnozę uwierzyła, to nie powiem. Co by nie było, Szopek dzień od okropnego kaszlu zaczynał i wieczorem wcale nie kończył, bo i nocą, do bladego świtu dalej się mordował.

 

Najpierw zastrzyki – woziliśmy go co dwa dni, brał w kuper i jak kaszlał, tak kaszlał. No to tabletki – jedne rano i wieczorem, drugie rano na czczo, trzecie w południe. Łykał i dalej kaszlał w najlepsze. To zmieniliśmy lekarza, ale Szopkowi i tak się nie zmieniło. To znowu nowy lekarz, a właściwie lekarka.

I coś jakby drgnęło. Pani doktór powtórzyła jeszcze raz te wszystkie badania, zleciła jakieś zastrzyki, które dały nam wszystkim parę dni spokoju, a potem zaordynowała inhalacje. Wszystko to wiecie, bo wszystko jest opisane i obfotografowane, ale dla porządku przypominam.

 

W końcu wszystko się jakoś potoczyło... Nie to, żeby Szopek kasłać przestał. Ale już nie szarpało nim tak okrutnie i już nie baliśmy się, że mu brzuch albo płuca się rozpękną. Kiedy spał, to spał i tylko uważać było trzeba, by go nie zbudzić, bo obudzony zanosił się kaszlem, jak w najgorszym stadium gruźlicy. Poza tym humor mu dopisywał, apetyt jeszcze bardziej, a do takiego zwyczajnego kaszlu wszyscy się przyzwyczailiśmy i już go prawie nie słyszeliśmy.

Jeździliśmy do kontroli, kupowałam kolejne aerozole i psikałam mu w mordkę przez inhalator, od czasu do czasu dostawał jakieś zastrzyki i tak dotrwaliśmy do Bożego Narodzenia, potem do sylwestra i zrobił się rok 2015.

 

Jakoś tak w połowie stycznia wszystkie psikadła mi się pokończyły, zbieraliśmy się żeby z Szopkiem po nową receptę pojechać, ale ciągle coś do roboty było i tak schodził nam dzień za dniem i wybrać się nie mogliśmy. Ale też i nic nas nie nagliło, bo Szopek nie kasłał. Słyszałeś ty dzisiaj, żeby Szopek kasłał? - zapytałam któregoś dnia mojego męża - Nie słyszałem - odparł i zaraz dodał - właściwie to już dość dawno nie słyszałem, a ty kiedy ostatnio słyszałaś?

 

No, ja też dawno nie słyszałam - uprzytomniłam sobie i aż mnie ręka zaświerzbiła, żeby zaraz na blogu tę świetną wiadomość napisać. Ale zaraz pomyślałam - co nagle, to po diable. Pośpieszę się i jeszcze zauroczę, lepiej poczekać.

 

Zaczęliśmy bacznie Szopka obserwować. Słyszałeś...? - Słyszałaś...? - pytaliśmy się wzajemnie i codziennie zdawaliśmy sobie meldunki. A Szopek ani kaszlnął.

 

I jak już, już miałam o cudownym uzdrowieniu napisać, Szopek w nocy zrobił kupę w kuchni. Żeby to raz się zdarzyło! - w trzy noce trzy kupy pod rząd! To już pisanie nie miało sensu, bo po co o Szopku pisać, skoro zaraz ukatrupiony zostanie?

 

 

Ciąg dalszy nastąpi.

 

Tagi: psy
23:23, damakier1
Link Komentarze (13) »
niedziela, 15 lutego 2015

... a mój mąż dalej choruje.

 

mąż choruje

 

Wrona pomaga

Tagi: psy
14:44, damakier1
Link Komentarze (5) »
piątek, 13 lutego 2015

No już lepiej się zdarzyć nie mogło!

 

Nie dość, że mnie to choróbsko trzyma i puścić nie chce, to jeszcze do mojego męża się dorwało i oboje teraz na przemian to polegujemy, to jakieś niezbędne do przeżycia rzeczy robimy i na powrót bezwładnie padamy.

Dłuży mi się już okropnie, bo większego nieszczęścia, niż w domu być zamknięta dla mnie nie ma i chyba jeszcze bardziej od Wronki za spacerem tęsknię. Tym bardziej, że za oknem wiośnieje i pięknieje...!

I kiedy właśnie w najczarniejszej dziurze najczarniejszej depresji pogrążyć się miałam, zerknęłam na pocztę, a tam Hana napisała - zajrzyj, Damo, do kurnika. Zajrzałam i pierwsze, co zobaczyłam:

 

uśmiech Fretki

 

To Pan Tymczas, który się w Pana Wieczystego przemienił, nowe zdjęcia i wieści o Łatce, która przemieniła się w Fretkę, przysłał. Same najlepsze! Proszę, czytajcie i cieszcie się, jako i ja się cieszę:

http://dzikakurawpastelowym.blogspot.com/2015/02/usmiech-frety-garbo.html

 

Fretka

 

A kiedy się już Fretki naoglądałam i dobrymi o niej wiadomościami nacieszyłam, pomyślałam sobie – jeśli się nam za sprawą tej malusieńkiej psinki tak bardzo Pana Wieczystego uszczęśliwić udało, to może jest też gdzieś w świecie ktoś, kto na uszczęśliwienie śliczną koteczką czeka?

 

Balbinka

 

Koteczka nazywa się Balbinka, a że jest czarniutka, lśniąca i tłuściutka, nazywana jest czasem Foczką. Wszystkiego się o niej dowiedzieć można na blogu Anki Wrocławianki:

 

http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/2015/01/wywiad-rzeka-z-foczka-balbi.html

 

No, to by było na tyle. Idę dalej chorować i czekać na wiadomość, że Balbinka znalazła swój Dom na Zawsze. Rozsyłajcie wieści, może znów się uda?

Tagi: koty psy
13:59, damakier1
Link Komentarze (8) »
wtorek, 10 lutego 2015

choruję...

 

...

 

...

13:25, damakier1
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2