Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
niedziela, 28 lutego 2016

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

 

Zima mówi  -  Pa...! 

 

xx

 

xx

17:46, damakier1
Link Komentarze (14) »
czwartek, 25 lutego 2016

Nie, nie, nie...! - zawołałam - Nie, kocie, nie, nie! W przedpokoju pojawił się właśnie Franio i zdecydowanie zmierzał do dużego pokoju. Od kiedy mój mąż, po ostatnim generalnym myciu swych ulubionych płyt twardo oświadczył, że natychmiast ukatrupi każdego kota, którego złapie w pobliżu radia, bardzo pilnuję, żeby żaden do pokoju nie właził. Ostatecznie żadna to przyjemność spędzić resztę życia z człowiekiem, który ma krew na rękach...

 

No więc - Nie, nie, nie, Franiu! - wołałam i usiłowałam drogę mu zastąpić, a Franio wywijał się jak piskorz i nim się obejrzałam, już był w pokoju.

 

xx

 

 

Dopadłam go tuż przy stojaku z płytami, chwyciłam i uniosłam w górę. Stanowczo niosłam go do drzwi wyjściowych , a on całą drogę wiercił się i prężył usiłując wyrwać się z mych rąk. Na dodatek zawodził cały czas tym charakterystycznym ni to warczeniem, ni to miauczeniem, jakie wydają z siebie koty, gdy coś je na dobre wkurzy.

 

Nie ustąpiłam. Doniosłam Frania do drzwi i dopiero, gdy je otworzyłam, zwolniłam uścisk i postawiłam go na progu. Zrobił błyskawiczny w tył zwrot, zawrócił i pognał do pokoju.

 

xx

 

Gdy weszłam, stał przy płytach, ale na mój widok przeszedł do przedpokoju, spojrzał na mnie, miauknął, zadarł ogon i pomaszerował do drzwi. Poczekał aż otworzę, zszedł po schodach i zatrzymał się przy furtce.

 

xx

 

Franiu - powiedziałam - czemu mi się wyrwałeś i zwiałeś spod drzwi skoro i tak chciałeś wyjść na dwór? Franio tylko ramionami wzruszył - Bo nie będziesz mi rozkazywała, gdzie i kiedy mam chodzić! - prychnął i powędrował przed siebie.

 

xx

 

 

Patrzyłam za oddalającym się Franiem i pewna byłam, że gdyby tylko znał, to nuciłby sobie pod nosem - Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz...!

 

xx

 

Tagi: koty
22:21, damakier1
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 22 lutego 2016

Zrobiłam kawę. Kiedy ochłonęliśmy, mój mąż rymnął przed kabiną na kolana i wygrzebał ze środka ocalałe szczątki platformy. Z połamanych desek porobił małe klocki, a z tych, które uchowały się całe, zbił dwa długie klocki o wysokości takiej, jaką miała platforma.

 

xx

 

Potem bardzo ostrożnie podważał dłutem boczne ściany, a ja w powstałe szpary wsuwałam przygotowane klocki. Kiedy klocki były już w czterech rogach kabiny, mój mąż opierał o nie dłuto, a ja podsuwałam kolejne klocki i znów unieśliśmy kabinę troszkę wyżej. Powtarzaliśmy to dotąd, aż kabina stanęła na dawnej wysokości. Nie było to łatwe! Im wyżej, tym więcej klocków dźwigających kabinę mogło się gibnąć i nie mogłam się opędzić przed straszną wizją, że za chwilę cała konstrukcja znów runie z wielkim hukiem.

 

xx

 

No, ale nie runęła i stała tak, jak chcieliśmy. Wtedy w pustą przestrzeń pod krawędziami ścian wsunęliśmy te dwa klocki z długich desek i pozostało nam tylko przetoczyć to wszystko na brodzik.

 

xx

 

Znowu po troszeczku, po troszeczku podnosił mój mąż boki kabiny, a ja podsuwałam tym razem nie klocki, a przygotowane z tych okrągłych patyków rolki. Teraz już tylko lekko popchnęliśmy i kabina najechała swą tylną ścianą na brodzik. Dopchnęliśmy - i całą sobą rozsiadła się na brodziku!

 

xx

 

xx

 

Ufff! To już koniec.

 

Pojechać do Castoramy i zobaczyć minę pana Krzysia, kiedy pokazaliśmy mu te zdjęcia - bezcenne!

 

xx

 

xx

 

 

 

22:14, damakier1
Link Komentarze (13) »
niedziela, 21 lutego 2016

Szło jak z płatka. Budowa platformy zajęła mojemu mężowi jeden dzień i na dzień drugi zaczął się montaż. Ustawić na platformie listwy trzymające szyby to była łatwizna, potem przynieśliśmy jedną szybę, po jej zamocowaniu drugą i plecy ze ścianką boczną stanęły.

 

xx

 

Pisze się szybko, ale była to praca żmudna i długotrwała. Platforma z kabiną ledwo ledwo mieściła się na maleńkiej przestrzeni między ścianami a brodzikiem – manewrować nią trzeba było niezwykle precyzyjnie i ostrożnie, a ciężkie to wszystko było i oporne, jak wszyscy diabli. Nie do przecenienia była tu moja rola, bo nie dość, że udzielałam mojemu mężowi dobrych rad, to jeszcze pilnowałam, żeby się któraś szyba nie zsunęła, a i nierzadko sama kręciłam platformą, by się mój mąż mógł zza niej wydostać.

 

I tak, kawałek po kawałku, coraz lepiej i pewniej się mój mąż z robotą posuwał.

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx 

 

 Pisałam coś przy komputerze, gdy z łazienki dobiegło mnie głuche tąpnięcie. Od razu wiedziałam, że to coś poważnego, bo nie poleciało za tym żadne kurrrwa...!, jakie zwyczajowo wykrzykuje mój mąż przy walnięciu się młotkiem, czy innych błahych nieszczęściach. Pobiegłam do łazienki.

 

Spierdoliła się! - powiedział.

 

Kabina, złowieszczo przechylona, opierała się zsuniętym z platformy rogiem o podłogę i najwyraźniej zamierzała wywalić się cała. Mój mąż wsuniętą w szparę przy ścianie ręką trzymał szybę, usiłując ze wszystkich sił uchronić kabinę przed ostatecznym upadkiem.

 

Ani nie miał tej cholery za co chwycić, ani nie mógł się przecisnąć, by wesprzeć szyby z drugiej strony. Popędziłam na górę po Antka. Udało mu się wcisnąć między drzwi łazienki a kabinę na tyle by chwycić za brzeg drugiej szyby. Trzymali teraz obaj i wszystko stanęło, jak w jakiejś upiornej stopklatce. Tylko ja nerwowo powtarzałam i co? i co? albo pytałam idiotycznie raz jednego, raz drugiego - Dasz radę? Wytrzymasz?

 Zdjęć z tej całej chryi nie ma żadnych, bo jakbym się jeszcze do tego wszystkiego z aparatem kręcić zaczęła, to już na pewno by mnie zabili.

Czas trwał, a akcja ani o milimetr nie posuwała się do przodu i nikt nie miał pomysłu, co dalej. W końcu inicjatywę przejęła sama platforma - stęknęła rozdzierająco i rozpękła się w kawałki. Kabina zachybotała i ciężko stanęła na podłodze. Stabilnie i pewnie. Cała.

 

Cdn.

 

20:03, damakier1
Link Komentarze (10) »
sobota, 20 lutego 2016

Nazajutrz wetknął mi w rękę końcówkę taśmy mierniczej i kazał przykładać do różnych punktów na ścianach, chodził po łazience w kółko i mierzył odległości ścian pod różnymi kątami. Wszystko skrupulatnie notował, a potem siadł przy biurku i liczył. Wiele nie gadał, minę miał ważną i bardzo po nim widać było, że myśli.

W końcu przyszedł do mnie do kuchni i powiedział - zrobię! I jeszcze dodał - jeśli Egipcjanie beż żadnych narzędzi takie piramidy mogli zbudować.... To ja już nic powiedziałam.

Pojechał do Castoramy po cztery kółka obrotowe, trochę desek podłogowych i trochę długich, okrągłych patyczków. Gdy wrócił, błyskawicznie nasze mieszkanie zamieniło się w warsztat. Sypialnia wyglądała tak:

 

xx

 

Tak mały pokoik:

 

xx

 

A tak kuchnia:

 

xx

 

 

Koncept był taki: Najpierw na swym docelowym miejscu umocowany zostanie brodzik. Z kółek i desek będzie zbudowana solidna platforma. Na niej będzie mój mąż montował kabinę obracając ją tak, aby do wszystkiego mieć swobodny dostęp i móc wydostać się z łazienki. Na koniec podjedzie się z tym wszystkim do samego brodzika, pod krawędzie kabiny podsunie się odpowiednio pocięte te okrągłe kijaszki i na nich, jak na rolkach, zsunie się kabinę na brodzik.

Proste? - Nnno...!

 

Cdn.

 

17:25, damakier1
Link Komentarze (9) »
piątek, 19 lutego 2016

Przyjechali punktualnie co do minuty. Przytaszczyli wielką torbę z narzędziami i nawet kawy na początek pracy nie chcieli, tylko od razu poszli oglądać kabinę i łazienkę. Obejrzeli, głowami pokiwali, popatrzyli na siebie, potem na nas, potem znów na siebie i oświadczyli - nic z tego nie będzie, nie zmieści się! - Jak to się nie zmieści?! - zakrzyknęliśmy jednym głosem - Przecież łazienka ma metr czterdzieści, kabina metr dwadzieścia, to musi się zmieścić! Jeszcze dwadzieścia centymetrów zapasu zostanie!

 

Panowie uśmiechnęli się wyrozumiale i cierpliwie nam wytłumaczyli, że tak zwyczajnie to owszem, zmieści się. Ale szkopuł w tym, że tę całą kabinę - szyby, brodzik, te różne pizdryki od wody - wszystko to montuje się od tyłu i dopiero na sam koniec do ściany się przysuwa. Wszystko zamontujemy i jak stamtąd wyjdziemy przez tę dwudziestocentymetrową szczelinę? - spytali na koniec retorycznie.

 

Naprawdę byli życzliwi i chcieli nam pomóc. Zebraliśmy się w łazience na konsylium. Różne pomysły padały łącznie z tym, że panowie już na zawsze pozostaną w naszej łazience albo, że wydostanie się ich zza kabiny przy pomocy helikoptera. Ale koniec końców, tylko jedno rozwiązanie wydawało się sensowne, a mianowicie to, żeby oddać tę kabinę do Castoramy i kupić mniejszą.

 

Udzieliwszy nam tej porady, panowie pożegnali się i poszli.

 

Prawie się popłakałam.

 

Daj mi dzień pomyśleć powiedział mój mąż.

 

Cdn.

 

17:53, damakier1
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 lutego 2016

Parę lat temu zamarzyła nam się do łazienki kabina z tymi wszystkimi bajerami do hydromasażu, a ja jeszcze wymyśliłam, żeby głębsza była - taka by usiąść można było i to i owo wymoczyć. No i taką zamontowaliśmy. Te wszystkie pompki i wodotryski śmigały, jak należy i bardzo byliśmy zadowoleni. Aż kiedyś siadłam sobie w tym głębokim brodziku, z deszczowni w górze ciepła woda mi się na łeb lała - ciepło, miło, niby raj... Kiedy w końcu udało mi się z powrotem stanąć na nogi i wydobyć się z tego cholernego brodzika, twardo postanowiłam, że nigdy więcej. A mojemu mężowi poradziłam – nawet nie próbuj!

 

Z biegiem czasu robiła się ta kabina coraz ciaśniejsza, coraz trudniej się do tego wysokiego brodzika wchodziło, a wychodziło jeszcze trudniej i przy każdej kąpieli zastanawiałam się, czy jeszcze tym razem uda mi się nie wywalić na zbitą twarz przy wyłażeniu.

 

Po tym wstępie zrozumie każdy, że gdy natknęliśmy się w Castoramie na piękną, wielką kabinę z wszystkimi bajerami, a przy tym z zupełnie płaskim brodzikiem, natychmiast kupiliśmy. Było to pod koniec zeszłego roku. Przeleżała przez styczeń w garażu aż mój mąż zebrał się w sobie, starą kabinę wymontował, wywalił na werandę i powiedział – połowa roboty zrobiona...! Potem z Antkiem przytaszczyli te ogromne, ciężkie jak szlag szyby, władowali do sypialni, otarł mój mąż pot z czoła i zapytał – a może by tak do montażu zawołać fachowca?

 

Pojechaliśmy do Castoramy i zaraz znalazł się bardzo sympatyczny pan Krzysio, który powiedział - przyjedziemy z kolegą jutro rano, o siódmej.

 

cdn

19:42, damakier1
Link Komentarze (4) »
środa, 17 lutego 2016

 

xx

 

W Dniu Kota

poczytajcie troszkę ślicznych wierszy

Franciszka Klimka, poety – kociarza,

który sam o sobie pisze tak:


Nie jestem Mickiewiczem, Tuwimem, czy Miłoszem,
w poezji się nie liczę i o to się nie proszę;
Lecz może w Kocim Raju coś takiego mnie spotka,
że przytuli się do mnie śliczna kotka-pieszczotka
i pomruczymy razem o tym, co było pierwsze:
moja miłość do kotów, czy moje o nich wiersze .

 

xx

 

 

http://franciszek-j-klimek.blog.onet.pl

 

 

xx

 

Przeczytajcie też opowiadanie Quackie'go. Nie jest "łatwe i przyjemne", ale jest bardzo mądre:

http://madagaskar08.pl/blog/2013/02/26/przejebajka-o-trzech-kotkach/

 

 

Tagi: koty
12:09, damakier1
Link Komentarze (11) »
niedziela, 14 lutego 2016

Z okazji Walentynek,

 

Wszystkim -

 

wszystkiego najlepszego!

 

: )))

 

 

xx

 

02:01, damakier1
Link Komentarze (12) »
sobota, 06 lutego 2016

W przedpokoju natknęłam się na Pana Czesia. Przemknął obok mych nóg i z okrzykiem - Nie zjadłem kotleta! - przepadł na schodach.

Weszłam do kuchni i spojrzałam na stół, na którym przed chwilą zostawiłam do wystygnięcia pięć świeżo usmażonych kotletów. Były cztery.

 

xx

Tagi: koty
13:32, damakier1
Link Komentarze (25) »
 
1 , 2