Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
wtorek, 14 lutego 2017

Wyciągnęłam naczynie żaroodporne (żaloodporne, jak mawia się u nas w domu), posmarowałam dno olejem rzepakowym i ułożyłam na tym plasterki ugotowanych wczoraj ziemniaków. Posypałam kminkiem, tymiankiem i oregano.

 

xxx

 

xxx

 

 

Kapnęłam też kroplę oleju na patelnię i gdy się rozgrzał na gazie, wrzuciłam pokrojoną w grube plastry cebulę, a wśród niej schowane dorodne zęby czosnku. Przyprawiłam bez wyrafinowania, tylko solą i pieprzem. Musiałam chwilę odczekać, aż się cebula poddusi na tyle, bym mogła ułożyć ją w naczyniu na ziemniakach. No to pomyślałam, że co się będę bezmyślnie gapić na patelnię z cebulą, jak mogę w tym czasie sprawdzić w internecie, jak też przedstawia się dzisiaj stan zdrowia naszej stukniętej pani premier.

 

Ledwo siadłam przed komputerem – łups! - i na biurku wylądował Franio. Stanął dokładnie na wprost mnie, łeb zadarł do góry, wpatrywał mi się w oczy maślanym spojrzeniem i łaskotał mnie w nos swym mocno nieświeżym oddechem.

 

xxx

 

 

Nie dało się tego przeżyć! Nie dowiedziawszy się, jak miewa się nasza stuknięta pani premier, zbiegłam z pokoju i powróciłam do kuchni zająć się cebulą. W samą porę, bo była ona już podduszona dokładnie tak, by wylądować na ziemniakach.

 

xxx

 

 

Potem układałam w naczyniu kolejne warstwy: na cebuli znowu ziemniaki posypane kminkiem i obficie oregano, bo lubię posypywać garściami oregano wszystko to, co się znajdzie w kuchni w zasięgu mej ręki. Potem poddusiłam pieczarki, tylko popieprzone i posolone, znowu ziemniaki i znowu pieczarki tym razem z cebulą. No i na koniec ziemniaki. Między kolejne warstwy wrzucałam niedbale duże plastry żółtych serów - różnych, jakie znalazłam w lodówce. Ostatnią warstwę okryłam tym razem starannie trzema plastrami sera, z jednej strony położyłam urodziwą kiełbaskę, a z drugiej ułożyłam dwa czerwone serca wycięte z papryki. Dla jeszcze większej pięknoty nasypałam dookoła posiekanego szczypioru i wstawiłam wszystko do piekarnika.

 

W piekarniku zapiekanka miała tkwić co najmniej godzinę, zanim będę mogła polać ją śmietaną, zagęszczoną odrobiną mąki i zrumienić od góry. Nadszedł więc doskonały moment, bym mogła powrócić do komputera, zaspokoić ciekawość co do samopoczucia naszej stukniętej pani premier.

 

Przed komputerem Franio czekał w najwyższej gotowości. Powitał mnie z entuzjazmem, czule uściskał, ucałował, a na koniec wyszeptał mi do ucha - Kocham cię...!

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

 

Mój Boże...! Aż mi się ciepło na sercu zrobiło od tego wyznania. Franiu, kocie najmilszy, a cóż to ci się zebrało na takie wyznania? - zapytałam. A Franio, leciutko skonfundowany, mruknął pod wąsem - No przecież są Walentynki...

 

Ach, Walentynki...! Jaki miły dzień:

 

Franio wyznał mi miłość.

 

Dostałam od męża róże

 

xxx

 

 

Podarowałam mężowi ziemniaczaną zapiekankę

 

xxx

 

xxx

 

 

A Wam, moi blogowi Zaglądacze i Czytacze, daję w prezencie te piękne kwiatki (sama wiosna!)

 

xxx

 

 

 

Kochajmy się!!!

 

 

 

 

 

sobota, 04 lutego 2017

Zima z mroźnej i białej przemieniła się w burą i ponurą, gdzie nie spojrzeć – i za oknem, i na zaprzyjaźnionych blogach, wszędzie spleen, chandra i smuta...

 

A przecież trwa karnawał i zamiast mendzić i smędzić czas się bawić i weselić. Tak, jak Tatinek i Dorolka, którzy dziś od rana szykowali się na wielki bal.

 

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

No i poszli...

 

xxx

 

 

 

 

Tagi: karnawał
22:45, damakier1
Link Komentarze (10) »
czwartek, 02 lutego 2017



Siedział na wprost okna, na splątanych gałązkach wiciokrzewu. Nastroszył czarne piórka i tylko po sterczącym żółtym dzióbku mogłam poznać, gdzie ma główkę.

 

Wzięłam aparat, otworzyłam drzwi i wyszłam na werandę. Nie odleciał, dalej siedział bez ruchu i patrzył na mnie, a ja na niego. Z wycelowanym obiektywem powoli podchodziłam coraz bliżej. Wciąż nie odlatywał, a nawet zaczął pozować do zdjęcia - przygładził nastroszone piórka, kręcił czarną główką prezentując raz jeden, raz drugi profil. Gdy byłam już całkiem blisko, przycupnął na gałązce i byłam pewna, że zaraz odleci. Ale nie, pozostał na miejscu i tylko przestępował z jednej zmarzniętej nóżki na drugą.

 

I co ty, biedaku, robisz tu na tym zimnie? - spytałam -

 

Czekam na wiosnę!

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

Tagi: kos
14:51, damakier1
Link Komentarze (10) »