Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
czwartek, 29 listopada 2012

Kiedy się zerknie z kuchni przez drzwi na werandę, często można zobaczyć tam Karolka. Siedzi na werandowym stole w charakterystycznej dla kotów pozie – z podkulonymi pod brzuch łapkami, z opuszczoną do drzemki głową, ciasno owinięty ogonem. Ale starczy, że lekko ruszę klamką, zrywa się natychmiast, wpada przez otwarte drzwi prosto na przyzlewną półeczkę i czeka. Napełniam miseczkę i stawiam przed Karolkiem.

 

 

 

 

Podje sobie Karolek zdrowo, przeciągnie się, pyszczek sobie łapką umyje i hyc! - na podłogę hycnie i do drzwi frontowych zmierza. Siądzie na schodach w przedpokoju i pod drzwiami tak długo kociego ryja drze, aż ktoś nie wytrzyma, wypuści go  z przedpokoju i okienko w drzwiach frontowych uchyli. Wyskakuje Karolek okienkiem i długo nie trzeba czekać, jak na werandzie na stole znowu siedzi, patrzy i prosi, by go wpuścić. Co za głupi kot! - mówię, gdy po raz już nie wiem który drzwi werandy, by wpuścić, a drzwi wejściowe, by wypuścić otwieram. Czego się durny kocie kręcisz? - pyta mój mąż, otwierając albo zamykając. I tak właśnie – od durnych głupków i od głupich durniów wyzywaliśmy Karolka, gdy już dość mieliśmy jego  kręcenia się tam i z powrotem i latania od drzwi do drzwi.

Otworzyłam mu dzisiaj  okienko w drzwiach, popatrzyłam, jak wylądowawszy na murku, rozgląda się chwilę po czym wyrusza w ponury listopadowy świat.

 

 

 

 

 

A gdy wróciłam do kuchni, na stole na werandzie siedział Karolek i czekał, bym go do domu wpuściła.

 

 

I nagle zrozumiałam sens i istotę tego kręcenia się dookoła Karolek. Bo jaka jest kolej rzeczy? Siedzi Karolek na stole, wpuszczam go, Karolek wskakuje na półeczkę, a ja napełniam miseczkę, Karolek zjada, wypuszczam go od frontu, Karolek wraca przez werandę, ja napełniam miseczkę....

 

A jaki jest morał? Nie należy o nikim pochopnie mówić głupi, bo nigdy nie wiadomo, kto od kogo głupszy, a od kogo mądrzejszy się okaże.

 

18:53, damakier1
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 26 listopada 2012

Fotografowałam piękne parkowe schody, a nad głową nagle zawrzeszczał mi jakiś ptak. Tak – nie było to żadne świergotanie ani krakanie, tylko przenikliwy, piskliwy zawrzask. Tak zawrzasnąć mógł tylko jakiś poważny drapieżnik, co najmniej jastrząb. Zadarłam głowę i zaczęłam wypatrywać, bo wielka to by była sprawa jastrzębia zobaczyć, o fotografowaniu już nawet nie wspominając. Oczywiście ani sfotografować, ani nawet dostrzec wrzaskuna mi się nie udało. Ale takiej ochoty na zdjęcie drapieżnika nabrałam, że poszłam w kierunku Jasnych Błoni przynajmniej szczecińskie orły sfotografować.

 

 

Te orły to Pomnik Czynu Polaków, autorstwa Gustawa Zemły. W zamyśle mają symbolizować trzy pokolenia Polaków: przedwojenną Polonię, Pionierów Szczecina i pokolenie budujące współczesny Szczecin. Pomnik został odsłonięty w roku 1979. i natychmiast został przez szczecinian nazwany rożnem, co zrozumie każdy, kto mu się dobrze przyjrzy.

 

 

Pomnik bardzo szybko wrósł w miasto. Z powodu pięknego położenia stał się świetnym miejscem na wszelkie spotkania i bardzo chętnie randkowało się właśnie pod rożnem.

 

 

A na koniec, na psiej polance spotkałyśmy bardzo sympatycznego kundelka Lolka.

 

 

 

------------------------------------------------------------------------------------------

Coś mi się dziwnego zrobiło z formatem zdjęć. Trzeba będzie zawołać fachowca.

 

niedziela, 25 listopada 2012

Zalazłyśmy dzisiaj z Wroną na duże, puste boisko w pobliskim parku. Odpięłam  smycz, powiedziałam biegaj, biegaj! - a Wronka puściła się szalonym pędem wokół boiska. Im bardziej rozwalała zalegające liście, tym większego dostawała animuszu i napadała na mnie w szalonym pędzie tak, że dobrze musiałam uważać, by mnie nie wywaliła z tej wielkiej uciechy. W pewnej chwili pokazała się na przeciwległym końcu boiska młoda kobieta z dużym, żółtym psem na smyczy. Pies zauważył rozbrykaną Wronkę, ostro zaszczekał, szarpnął się mocno, wyrwał kobiecie z rąk i rzucił się w naszą stronę. Kama! Kama! - rozpaczliwie krzyczała kobieta biegnąc co sił za psem, ale Kama ani myślała jej słuchać. Oczywiście, nim kobieta zdołała przebiec parę metrów, już Kama była przy Wronie. Odsunęłam się od psów i wyszłam pani Kamy naprzeciw. Niech pani nie podchodzi powiedziałam. Nie bardzo chciała mnie słuchać, bo obie suki, zjeżone niczym hieny, chodziły właśnie na sztywnych łapach dookoła siebie. Głowy miały nisko opuszczone, ogony naprężone i wyglądało to naprawdę groźnie.
Pogryzą się, pogryzą powtarzała pani cała w nerwach, z ostatkiem nadziei w głosie zawołała raz jeszcze Kama! - i usiłowała mnie wyminąć, by suki rozdzielać. Ale byłam stanowcza – Dajmy im szansę dogadać się na swój sposób – powiedziałam.

W tej samej chwili nastroszone kołnierze zaczęły się wygładzać, ogony zaczęły przymierzać się do zamerdania, najpierw Wrona przypadła lekko przednimi łapami do ziemi, zaraz po niej przywarowała Kama – poderwały się i puściły w szaloną pogoń po boisku. Pani Kamy oniemiała. Ona się na wszystkie psy zawsze rzuca - powiedziała wielce zdumiona i popatrzyła na mnie z wielkim podziwem – jak pani to zrobiła?

 

Na wielu spacerach z Wroną jestem świadkiem psich awantur, których głównymi winowajcami są nie psy, a ich właściciele. Psy nie są głupie i nie będą się bez sensu narażać na ciężkie rany i utratę zdrowia. Dlatego, dopóki nie wmieszają się w to właściciele, wolą odegrać cały ten teatr z jeżeniem  sierści, prężeniem ogonów i groźnym pomrukiwaniem, by ustaliwszy w ten sposób jak są ważne, spokojnie się rozejść albo przystąpić do zabawy. Gdyby pani Kamy nie posłuchała mojej prośby i podbiegła do obwąchujących się suk, Kama nie miałaby wyjścia i musiałaby zaatakować. Raz, że zdenerwowanie swej pani uznałaby za strach przed Wroną i musiałaby stanąć w jej obronie. Dwa, że z panią u boku poczułaby się silniejsza i pewniejsza, że walkę wygra. Podobnie gdybym ja w spotkanie obu suk ingerować zaczęła, dodałabym tym Wronie poczucia siły i zachęciłabym ją do ataku.

Wszystko to wiedziałam, ale wcale nie byłam pewna, czy pędząca na Wronę żółta suka też wie i mocnego miałam stracha. Tym bardziej, że Kama była od Wronki sporo większa.

 

Nie miałam ze sobą aparatu i nie mogę pokazać Wrony bawiącej się z Kamą. Ale wybrałam trochę zdjęć z kilku dawniejszych spacerów.

 

 

 

 

 

 

 

 



 

01:52, damakier1
Link Komentarze (13) »
sobota, 24 listopada 2012

Przez całe lato i pierwsze dni ciepłej jesieni na biurku panował Karolek. Gdy tylko miał trochę czasu,  wylegiwał się rozwalony na biurku, a gdy za oknem świeciło słońce, lubił przenieść się na wygrzany parapet. Tak się rozpanoszył, że nie dość, że się wylegiwał, to jeszcze wyświetlał się na komputerze.

 

 

Ale zaczęły się chłody i Franio postanowił znów być kotem mieszkalnym. Przestał znikać na całe dnie i noce i zaczął szukać sobie po całym domu miejsc wygodnych do odpoczynku i rozmyślania. Jemu też spodobało się biurko.

 

 

Jak się Franio na biurko wprowadził, dla Karolka nie było już miejsca! Próżno się starał Franka uprzedzić – ilekroć do pokoju zajrzał już biurko było zajęte.

 

 

Zaglądał Karolek i zaglądał, aż któregoś dnia, nie bacząc na siedzącego na parapecie Franka, wskoczył na biurko. Zdumiony tą bezczelnością Franek najpierw znieruchomiał, potem się napuszył, prychnął, syknął i coś tam Karolkowi strasznie groźnego wymruknął. Karolek wszystko to dzielnie przetrzymał, a potem przysiadł i starannie myć się zaczął. Jak tak, to i Franio myć się zaczął. Nie dlatego, żeby brudne były, ale jeden drugiemu chciał tą ostentacyjną toaletą powiedzieć: Widzisz, kąpiel biorę. U siebie jestem!

 

 

 

No cóż, na znacznie dłużej Frankowi zapału do futra czyszczenia starczyło i Karolek coraz mniej energicznie języczkiem machał. W końcu wstał, mruknął, że na strychu jest ciekawiej, zeskoczył z biurka i pomaszerował na górę. Ale nie odpuścił. Na drugi dzień ciągle się koło biurka kręcił i na następne też. Aż upatrzył moment, gdy biurko było wolne – wskoczył i dobrze się ukrył. A gdy przyszedł Franio i rozłożył się przed komputerem, wcale Karolka nie zauważył.

 

 

Leżały tak  oba długą chwilę, ucięły sobie małą drzemkę i skoro nic złego się nie działo, odważył się Karolek łeb ze swej kryjówki wystawić.

 

 

Franek łypnął jednym okiem, ale czy to z lenistwa, czy to z dobrotliwego nastroju, uśmiechnął się tylko i złego słowa Karolkowi nie powiedział. Przeleżały tak zgodnie wieczór cały, a kiedy szłam spać, słodko śpiące na biurku je zostawiłam. Ciekawa jestem, jak też dalej z biurkiem będzie, czy już obydwa będą na nim mieszkać, czy do starych sporów wrócą i czyje to biurko w końcu będzie. Bo, że nasze nie, to pewne.

 

 

 

 

00:01, damakier1
Link Komentarze (19) »
środa, 21 listopada 2012

Przyszła dziś paczka do Szopka. Nie jest rzeczą powszednią żeby pieski dostawały przesyłki pocztowe, toteż zdumiał się Szopek niepomiernie i zaciekawiony rzucił się paczkę otwierać. Inne zwierzaki, też mocno ciekawe, tłoczyły się za nim i zza pleców szopkowych szyje wyciągały, usiłując do paczki zajrzeć. Przyznam, że i ja mocno zaciekawiona byłam, a i niespokojna trochę, bo dobrze pamiętam, ile kłopotu miała Kora, gdy do jej suczki Ramony niespodziewana paczka przyszła.

Na szczęście w tej paczce niczego groźnego nie było, tylko same najpyszniejsze pyszności i na ich widok Szopkowi  siwy ryjek aż pojaśniał ze szczęścia. Elegancko wszystkich troszkę poczęstował, a sam rzucił się na przysmaki tak energicznie, aż zakrzyknąć musiałam – Szopciu, zostaw trochę na później! - i paczkę wysoko na stole postawiłam, bo inaczej Szopek zeżarłby wszystko i niechybnie by się rozpęknął.

 

Zadowolony i napchany po same uszy Szopek

PIĘKNIE DZIĘKUJE :)

 

 

 

17:35, damakier1
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 19 listopada 2012

 

 

 

 

 

*************************************************

Fotografował mój wnuk, Antek.

13:28, damakier1
Link Komentarze (19) »
niedziela, 18 listopada 2012

Pierwszą Kartoffelsalat przywieźli z Enerdowa Dorola z Tatinkiem i jedno opakowanie nam sprezentowali. Tak nam zasmakowało, że ilekroć później  jechali, zawsze prosiliśmy, żeby nam znów przywieźli. Ale nie jeździli oni tak często, jak często na Kartoffelsalat mieliśmy ochotę. W końcu mój mąż powiedział: Sam zrobię! I udała się chyba nawet lepsza, niż oryginał.

Gotuje się ziemniaki, koniecznie nieobrane. Wystudzone odziera się ze skóry. Do tego ogórki konserwowe i koper. Wszystko się kroi, miesza z majonezem, trochę soli, sporo pieprzy. Jeśli się weźmie duży słoik ogórków konserwowych i do tego dwie średnie albo jedną wielką wiąchę kopru, to ziemniaków trzeba tyle, żeby sałatki wyszła pełna micha wielkości typowej makutry do ciasta.

Ani ostatnio nie robiliśmy, ani nie jedliśmy i zupełnie nie mam pojęcia, co mi do głowy przyszło, żeby akurat o Kartoffelsalat pisać. To żeby już zupełnie od czapy było, jako ilustracja – Pan Czesio na wysokościach:

 

 

 

piątek, 16 listopada 2012

Mój mąż jest zawołanym psiarzem. Z tych, co to psy wielbią, a nie lubią kotów. Nie lubią? Nie cierpią i nie znoszą! Żadnego kota! - mawiał mój mąż i żadnego kota w domu nie było, bo przez długie lata był w domu Drop: pies – kotobójca. Kiedy Drop zakończył żywot, zaraz zaczęła Dorolka marudzić, że kotka by strasznie mieć chciała. Ale mąż mój był nieugięty – nie, nie i nie! -  powtarzał i malowniczo opowiadał, co takiemu kotu zrobi jeśli się Dorolka jakiego do domu ośmieli przywlec. Dorolka się oczywiście  ośmieliła i przywlokła ze schroniska malutkie czarne nieszczęście z białym krawacikiem, białymi skarpetkami i białym pędzelkiem na koniuszku ogonka. Przyjechał wtedy mój mąż do mnie do pracy i tragicznym głosem obwieścił: Kot jest w domu! Ale niczego złego mu nie zrobił poza tym, że nazwał go Ogórek. Długo ten Ogóreczek nie pożył, kilka lat zaledwie, bo miał kocią odmianę AIDS. A zaraz jak zabrakło Ogórka, nastał w domu Szopek i razem z Dadunią i Papsiuczką to już były trzy psy i nowego kota specjalnie nie szukaliśmy. Tym bardziej, że z pobliskich działek zaczął przychodzić duży biały kot z szarymi łatami. Podchodził tylko do schodów przy ganku i grzecznie czekał, czy go czymś poczęstuję. Nazwałam go Bolek i urządziłam mu stołówkę na murku nad schodami. Szybko oswoił się na tyle, że w czasie jedzenia mogłam go pogłaskać, ale na nic więcej nie pozwalał. Po pewnym czasie przyprowadził burego kolegę. Oczywiście nazwałam go Lolek. Wystarczyło przed dom wyjść  i Bolek! Lolek! zawołać, a zaraz obydwa od strony działek pędziły, mało sobie łap nie łamiąc. I miałam teraz Bolka i Lolka za stołowników. Ileż ja się nasłuchałam od mego męża, że dom z torbami puszczę,  majątek cały na obce koty trwoniąc. Marudził tak i złorzeczył ilekroć mu do listy zakupów kocią karmę dopisywałam.  A gdy zaczęły się jesienne chłody, zaczął robić ciepłą budę dla kotów. Wyrychtował im nie budę, a pałac prawie i Bolek z Lolkiem  parę zim sobie przemieszkały. Niestety, któregoś lata ktoś wytruł działkowe koty i Bolek z Lolkiem też padły ofiarą tego zbrodniarza.

 

Z naszych obecnych kotów tylko Zima podejrzewa, że być może z tą niechęcią mego męża do kotów coś jest na rzeczy. Przez parter przemyka się dość ostrożnie, a gdy mąż mój spojrzy na niego srogo i jeszcze ruszy groźnie wąsem – wieje na górę aż się kurzy!

Pan Czesio o żadnej niechęci słyszeć nie chce. Przybiega się witać entuzjastycznie, ociera się, wspina na tylnych łapach i łepek  nadstawia aż mężowi memu ręka sama do głaskania się zabiera.

Karolek, rozwalony na stole, puszcza mimo uszu straszne zawołanie – CO??? KOT NA STOLE???!!!, olewa groźby potwornych, grożących mu kar i łaskawie pozwala mojemu mężowi przenieść się delikatnie na poduszkę na fotelu. Po czym odczekuje chwilę i bezczelnie wraca na stół.

Najbardziej mężowska niechęć do kotów objawiła się na przykładzie Frania. To Franiowi właśnie zdarzało się nie raz i nie dwa obsikać nam a to firanki, a to komputer, a to jeszcze co innego. Znowu naszczane! Nie zniosę tego smrodu! pomstował okrutnie mój mąż i pędził Frania na cztery wiatry, wrzeszcząc i tupiąc, gdy tylko Franek się pojawił. Tak przepędzany Franio oczywiście sikał jeszcze częściej i mocniej, bo przecież musiał jakoś pokazać, że tu mieszka. Zapętliło się to wszystko w błędne koło i nie wiadomo jakby się skończyło, gdyby raz i drugi nie zdarzyło się, że gdy zwoływałyśmy z Dorolą koty na noc do domu, wszystkie przychodziły, a Franek nie. Na próżno darłyśmy się Franiu! Franiu! - miał nas w nosie i ani myślał się pokazać. I któregoś razu, gdy tak przez pół nocy na przemian latałyśmy do drzwi wołając go nadaremnie, mój mąż wyjrzał na schody, cichym głosem zawołał Kocie! - a Franek wyskoczył spod żywopłotu i pomaszerował do domu. I tak jest do dzisiaj, wołam Frania i wołam i w końcu męża po niego wysyłam. Pytam potem – przyszedł? - a mąż mój na to tylko ostentacyjnie ramionami wzrusza. Przestał też nazywać Frania Franiem. Zwraca się do niego Kocie i mówi o nim kotkot to, kot tamto...

I choć mój mąż nadal jest zdeklarowanym wrogiem kotów, to myślę, że kota polubił. Bardzo.

 

 

 

 

 

22:05, damakier1
Link Komentarze (27) »
czwartek, 15 listopada 2012

Przyleciała w prezencie od Innej57 i jej Mamci. Jak ją Inna haftowała, można zobaczyć tu:

http://forum.gazeta.pl/forum/w,89075,139354049,139354049,Skad_sie_biora_sowy_.html

Zapakowana sówka była niezwykle profesjonalnie i starannie i długo mordowałam się z rozpakowaniem paczki. A gdy się wreszcie uporałam, znalazłam jeszcze coś, co ucieszyło mnie niezwykle – list ręką własną Innej pisany! Dzisiaj, kiedy nic, tylko maile i esemesy się dostaje, już nawet nie pamiętam kiedy zwykły, ludzki list w ręce zdarzyło mi się trzymać.

Wylądowała nowa sowa w miejscu dawno już dla niej upatrzonym – w małym pokoiku książkowo-komputerowym. Wisi nad fotelem, w którym się  lubię rozsiadać, gdy jaką książkę lub gazetę mam do poczytania. Specjalnie powiesiłam ją dość nisko, żeby sobie mogła zerkać, co czytam. Tuż obok jest biurko z komputerem i kiedy odwrócę głowę od monitora, mogę sobie na  nią spoglądać.

 

 

Ta sowa to już drugi obraz nicią malowany, jaki mam w domu. Pierwszy to piękne maki, haftowane  jeszcze we Lwowie, gdzieś w latach trzydziestych ubiegłego wieku, przez moją teściową.

 

 

 

Sporo różnych haftów zdarzało mi się oglądać, niektóre bardzo piękne, ale tylko maki mojej teściowej zdawały mi się nie haftowane, a malowane właśnie. Tak precyzyjnie odcienie nici dobrać i tak dokładnie nitkę przy nitce układać, żeby obraz namalować to wielka sztuka! Zdawało mi się, że dzisiaj już nikt tak haftować nie umie, a sówka moja tak właśnie jest wyhaftowana.

 

 

Inko!
Sprawiłaś mi wielką radość. Bardzo, bardzo dziękuję Tobie i Szanownej Pani Mamci

 

damakier

 

O mojej sowiej kolekcji przeczytać można tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/09/Moje-sowy.html#ListaKomentarzy

 

12:04, damakier1
Link Komentarze (7) »
piątek, 09 listopada 2012

Zaczęło się tak:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/10/Wrona-konkursowa.html

 

Jak się potoczyło, można poczytać w kilku kolejnych wpisach. A dziś przyszła nagroda Wronki za zajęcie 3. miejsca. Nagroda wygląda tak:

 

 

A wyczesana furminatorem Wrona tak:

 

 

Krysiu! - Jeszcze raz dziękujemy Ci za trud włożony w te wszystkie konkursy, pozdrawiamy Cię serdecznie i życzymy dużo zdrowia.

Wrona i damakier

 

 

To są wiosenne kwiatki dla Ciebie na jesienne dni. Biało-czerwone z racji niedzielnego Święta.

 

 

18:30, damakier1
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2