Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
sobota, 30 listopada 2013

Otworzyłam drzwi i Karolek śmignął z werandy prosto na swą półeczkę, a tu... siurpryza! Na półeczce rozsiadł się Franio i najbezczelniej wyjadał coś z miseczki. Tylko swej nadzwyczajnej zwinności zawdzięczał Karolek, że nie wylądował na Franiu, a wykręcił w powietrzu, ominął go zgrabnym łukiem i zatrzymał się na brzegu zlewu. Stamtąd nadaremnie usiłował dojrzeć,  co mu tam z miseczki w paszczy Frania znika.

 

Franio zajada

 

Franio ani drgnął. Szerokimi plecami zasłonił miseczkę i chrupał dostojnie chrup..., chrup..., chrup....

 

Wszyscy tu wiedzą, ale i tak przypomnę, że te koty to są Doroli i u niej mają wikt i opierunek. Ta półeczka to jest na różne delikatesowe przysmaki tylko i wyłącznie dla Karolka. Dlaczego tylko i wyłącznie? Bo nie ma sprawiedliwości na świecie. Ale, co prawda, to prawda, że mocno ja muszę o tę wyłączność dla Karolka walczyć. Inne koty wcale odpuścić nie zamierzają i ciągle próbują coś z półeczki podwędzić.

Zima skrada się do zlewu, jak typowy złodziejaszek. Jeśli coś w miseczce znajdzie, zjada chyłkiem, nerwowo rozglądając się dookoła i czmycha na każdy szelest dobiegający z kuchni lub przedpokoju.

Pan Czesio, przeciwnie – wskakuje na zlew z pełną nonszalancją, do miski pcha się, jak po swoje, a gdy go przepędzam, konstytucją mi przed nosem wymachuje, drze się, że tu dyskryminacja jest jakaś i trybunałem mnie straszy.

Maszka to chyba o co chodzi z tą półką dotąd nie skumała, a Franio honorowo uznał, że jak nie, to nie – nieproszony się pchał nie będzie. I dlatego Franiowi kolejną specjalną miseczkę z delikatesami na kuchennych schodkach ustawiłam.

No, tak się właśnie sprawa  ma i rozumie teraz każdy, czemu Karolek chodził wzdłuż zlewu w tę i z powrotem i denerwował się okrutnie. Tymczasem Franio –  chrup..., chrup..., chrup....!

 

Karolek cały w nerwach

 

dalej nerwy

 

I cóż biednemu Karolkowi pozostało? Zeskoczył z półeczki i z daleka obserwował, jak Franio, chrup, chrup, chrup... , jego chrupki wtranżala.

 

No i nic nie zostawi...

 

Ale kiedy się wreszcie Franio najadł i sobie poszedł, coś tam pysznego Karolkowi w lodówce na pociechę znalazłam.

 

 

Tagi: koty
19:00, damakier1
Link Komentarze (24) »
wtorek, 26 listopada 2013

Z psami sprawa prosta – wychodzisz na spacer, zabierasz psa. Spacerujecie razem. Wracasz, wraca i pies. A kiedy do ogrodu psy same wypuścisz, wcale się nie martwisz, bo furtka zamknięta i wiadomo, że nigdzie nie polezą. Zresztą wcale nie chcą same długo w ogrodzie siedzieć i zaraz się do drzwi werandy dobijają.

A za kotem ledwo drzwi zamkniesz, już nic nie wiesz. Ani gdzie polazł, ani co robi, ani – najważniejsze! - kiedy wróci. No to i martwić jest się o co.

Wczoraj wieczór już zaczął się robić, gdy  do głowy mi wpadło, że dawno Baryły nie widziałam. Franio okupował szafkę pod zegarem, Pana Czesia dopiero co przegoniłam z sypialni, bo wyraźnie coś kombinował, przed chwilą wpuszczałam Zimę z dworu, Maszka w ogóle z góry nie złazi, a Baryły nie ma. Zastanowiłam się i mi wyszło, że ostatnio go widziałam na przyzlewnej półeczce, jak jadł obiad, czyli ładnych parę godzin temu. Wyszłam przed dom i zawołałam Barrryła!!! - nic nie zatupało na górze i nic nie zeskoczyło z dachu na murek przy schodach. Zawołałam raz jeszcze, ale na placyku też nic się nie pokazało i przez sztachety w płocie się nie przecisnęło. Postałam chwilę i poszłam robić kolację. Dla porządku zerknęłam przez szybę w drzwiach, ale na werandzie na stole też nic nie siedziało. To znowu przed dom wyjrzałam i zawołałam. Nikogo.

Poszłam do Doroli - Nie ma go gdzie na strychu? - spytałam, a Dorola mi na to: Przecież sama wymyśliłaś, że martwić się można dopiero, kiedy od zniknięcia kota cała doba upłynie. No tak, tak wymyśliłam, bo kiedy te koty były smarkate ciągle się któryś gdzieś zapodziewał i zamartwialiśmy się wszyscy, szukaliśmy po wszystkich zakamarkach, a i tak nikt nigdy żadnego nie znalazł i same, nim doba upłynęła, się odnajdywały. Tylko raz małego Zimkę, zamkniętego u sąsiada w piwnicy znalazłyśmy. Ale to było lato, cały dom od rana do nocy otwarty, koty kręciły się tak, że doliczyć się ich nikt nie mógł i nikt specjalnie nie liczył, bo wiadomo było, że jak który na noc do domu nie wróci, to w ogrodzie spokojnie się wyśpi. A teraz na dworze zimno....

A może go w szafie zamknęłaś? - zawołała z góry Dorola. Wiedziałam, że nie, ale wszystkie drzwi od szafy pootwierałam, półki poprzeglądałam –  Baryły ani śladu. Wyszłam przed dom i nic. Wzięłam latarkę, zawołałam psy i poszłam do ogrodu. Poświeciłam pod tujami na końcu ogrodu, potem w górę po gałęziach drzew i nic. Zmarzłam tylko i wróciłam do domu.

W telewizji skończył się program u Lisa, zaczęły się jakieś Róże Gali, siedziałam i się gapiłam. Co komu różę wręczyli, wstawałam i najpierw na werandę, gdzie specjalnie zapaloną lampę zostawiłam, a potem przed dom wyglądałam. I dalej nic. Teraz dla odmiany już nie Baryła, a Karolek wołałam, ale też bez skutku.

Skończyły się te Róże Gali, jeszcze się broniłam przed pójściem spać i pilotem przed ekranem telewizora bez sensu pstrykałam, aż nie było już wyjścia, tylko dać spokój i schować się na jutro. Szłam do łazienki, ale jeszcze w przedpokoju do drzwi wyjściowych skręciłam  –  ledwo otworzyłam, a ryża ta menda z rozwianym włosem wpadła jak pocisk do domu. Zatrzymał się dopiero na zlewie i miskami ostentacyjnie szurać zaczął. Wyściskałam go, wycałowałam i pełną miskę mu pod nos podetknęłam. Karolek zajadał z wielkim apetytem, a ja stałam i patrzyłam na niego z wielkim rozrzewnieniem. A obok stał mój mąż i patrzył na mnie z wielkim politowaniem.

Karolek się najadł, a mój mąż powiedział: No, to teraz już możesz iść spać...

 

prawda, że piękny?

 

 

 

PS. 1: Niestety, Emmo, koty nie są aż tak uważne, jak sądziłam:

 

była patera...

 

PS. 2: U Anki Wrocławianki zakończenie konkursu na zdjęcie kotów, kiedy były małe. Zgłoszone zdjęcia i relację z losowania nagród można obejrzeć tu:

 

http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/2013/11/kiedy-byem-maym-kotkiem-hej.html#comment-form

 

 

Tagi: koty
21:45, damakier1
Link Komentarze (30) »
poniedziałek, 25 listopada 2013

Szliśmy do mojej kuzynki na niedzielny, proszalny obiad i zabrałam aparat, bo wiedziałam, że będzie Lejla. Lejlę wzięła ze schroniska wnuczka mojej kuzynki i teraz kuzynka mówi, że to jej prawnuczka. Nasłuchaliśmy się o niej przeróżnych opowieści już dawno, ale dzisiaj dopiero mieliśmy ją zobaczyć po raz pierwszy.
Rzeczywiście – tak, jak kuzynka mówiła, z urody przypomina Lejla młodego wilczka, a z charakteru  –  wypisz, wymaluj, naszą Wronkę.

Ryja rozdarła na nasze wejście tak samo jazgotliwie, jak Wrona rozdziera na naszych gości. I tak samo, po pierwszej awanturze, jak Wronka do naszych gości,  z początku ostrożnie, a potem coraz bardziej śmiało do mnie i do mojego męża podchodzić zaczęła, by w końcu natarczywie do zabawy zapraszać. Tyle, że robali nie przynosiła, bo ich biedula nie miała.

Pobawiliśmy się z nią, porobiłam jej trochę fotek, a potem Lejla położyła się grzecznie na kanapie i przy obiedzie nam nie przeszkadzała.

 

Lejla raz

 

Lejla dwa

 

Lejla trzy

 

Wróciliśmy do domu dość późno i nasze psy przywitały nas mocno wkurzone, bo myśmy tam proszalnym obiadem się zajadali, a one tu o suchych pyskach na spóźniony obiad czekały. Ponapełniałam prędko miski, a kiedy już Wronka z Szopkiem się najadły, opowiedziałam im o Lejli. Szopek w ogóle nie był zainteresowany, ale Wronkę nawet ucieszyło, że się w rodzinie nowa koleżanka pokazała i że może na wspólne spacery na wybieg się umówimy. Dopiero, kiedy zdjęcia jej pokazałam, dziwnie jakoś zmarkotniała, gadać już dłużej ze mną nie chciała, ogon smętnie zwiesiła i powlokła się do łóżka. Słuchałam jej rozdzierających westchnień dobiegających z sypialni i zastanawiałam się, co też  biedną Wronkę tak nagle przygnębiło. W końcu raz jeszcze zdjęcia Lejli obejrzałam i zrozumiałam.

 

Lejla czteryWronka

 

Proszę, napiszcie w komentarzach, że uszy Wronki sa najpiękniejsze na świecie.                                                      

 

Tagi: psy uszy
00:26, damakier1
Link Komentarze (14) »
piątek, 22 listopada 2013

Dziś, kiedy wstałam, kawał dnia już był. Aż się wystraszyłam, gdy na zegar spojrzałam i byłam pewna, że cały dom już od dawna tętni życiem. Ale pierwsze, co po wyjściu z sypialni zobaczyłam, to był Karolek słodko śpiący na kredensie, między dużą paterą na owoce a  małą na cukierki, które ja po mojej mamie, a moja mama po swojej odziedziczyła i z Łodzi na te Ziemie Odzyskane przywiozła.

 

Karolek

 

Przeszłam cicho obok niego i weszłam do przedpokoju. Na szafce pod zegarem, ciasno zwinięty w kłębuszek spał Franio. A przez otwarte do małego pokoju drzwi widać było rozpartego na fotelu mojego męża. Teoretycznie czytał, ale praktycznie przytrzymywał na brzuchu Politykę, głowę nisko zwiesił i chrapał donośnie. U jego stóp leżał Szopek i pochrapywał do wtóru.

 

Franio

 

mój mąż i Szopek

 

Zrobiłam sobie śniadanie, zjadłam, a nikt nawet uchem nie zastrzygł, nosem nie pociągnął ani ślepiem nie mrugnął. Wszystko spało. Aż i mnie przez myśl przemknęło, czyby się jeszcze na troszeczkę gdzie nie przytulić.  No, ale nie spała Wronka! Ona jedna dziarska była i zajęcie dla mnie już od samego rana wymyślone miała :  SPACER!  Och, jak w oczy mi zaglądała! Ileż razy przez przedpokój od drzwi wyjściowych do kuchni i z powrotem przebiegła! Ile się nagadała i nauśmiechała...No już dobrze... - powiedziałam.

 

W parku było pusto, nudno i sennie tak samo, jak w domu. Gawruki i gołębie zerwały się i odleciały natychmiast, gdy tylko Wronka wbiegła na  trawnik. Leżące w liściach połamane gałęzie ani nie chciały Wronki gonić, ani przed  nią nie uciekały. Przynosiła mi te badyle i natrętnie warczała –  zabierz mi, zabierz...!  Ale w ogóle mi się nie chciało i powiedziałam, żeby spadała. No to już nic innego jej nie pozostało, jak stać i połamaną gałąź w pysku memłać, co dość głupawe i beznadziejne było.

 

Wronka

 

I już sobie pomyślałam, że dość tego spaceru, gdy Wrona  zatrzymała się na ścieżce, przypadła na przednie łapy, pupę wypięła i najwyraźniej na kogoś, daleko za drzewami schowanego, się zaczaiła.

 

Wrona się czai

 

Moment i pojawiła się koleżanka.

 

z koleżanką

 

Odstawiły dość od niechcenia ceremoniał powitalny i zaczęła się gonitwa tak szalona, jak za najbardziej smarkatych Wronki czasów. Obydwie postury i kondycji były podobnej więc raz jedna, raz druga w gonitwie prowadziła. Koła zataczały tak ogromne, że jeszcze trochę, a parku by mogło zabraknąć. Ta, która akurat na przodzie biegła, kluczyła między drzewami i zmyślne ósemki wywijała. Ta, która tę pierwszą goniła, tuż za nią się trzymała,  portki zębami jej podskubywała i poszczekiwała dla animuszu. A ja za nimi, jak ta głupia z aparatem na przełaj przez trawniki latałam, ale gdzie tam! Soli na ogon mogłam im nasypać. Tak wściekle zasuwały, że ze wszystkich zdjęć mi uciekły.

Wybiegały się w końcu i Wronka przyszła do mnie zasapana, ale przeszczęśliwa, usiadła żebym smycz jej przypiąć mogła i powiedziała, że możemy wracać.

 

W domu tylko mój mąż już z fotela się podniósł i pracował przy biurku. Szopek przeniósł się pod ścianę w przedpokoju.

 

Szopek

 

 

Franio rozwinął się z kłębka i spał wygodnie rozłożony.

 

Franio

 

Karolek dalej podsypiał na kredensie tylko mu ogon w dół się zwiesił.

 

Karolek

 

W tej sytuacji to i  Wronkę śpik zmorzył. Wzięła swego najnowszego robala, rozłożyła się w drzwiach do małego pokoju i zasnęła.

 

Wronka

 

PS. sobota 23.11.2013:

Dodatek na życzenie specjalne Ewy9717  - śpiący Pan Czesio.

Wprawdzie śpi gdzie indziej i kiedy indziej, ale ważne, że śpi i że jest Panem Czesiem.

 

Pan Czesio

 



21:54, damakier1
Link Komentarze (29) »
czwartek, 21 listopada 2013

...ale okoliczności nie są sprzyjające...

 

dziś z pisania nici

Tagi: koty
19:53, damakier1
Link Komentarze (10) »
czwartek, 14 listopada 2013

Pan Czesiulek prężył się do skoku. Brzuchem przywarł do ziemi, rozciągnął się na co najmniej trzech Panów Czesiów, uszy postawił na sztorc, wąsy nastroszył i znieruchomiał. Tylko koniuszkiem ogona nerwowo kreślił malutkie kółeczka. Zatrzymałam się na schodach i zawołałam  -  Na kogo tam polujesz, Panie Czesiu?  Spojrzał na mnie tak wściekle, że zamknęłam się natychmiast i gapiłam się  bez słowa. Pan Czesio polował na srokę.

 

to nie sroka, a wrona

 

Nie, to nie jest ta sroka, bo kiedy dzieje się coś naprawdę pasjonującego, to oczywiście człowiek nie ma przy sobie aparatu. Tę wygrzebałam ze starych zdjęciowych zapasów. Zresztą to w ogóle nie jest sroka tylko wrona.

Sroka, na którą polował Pan Czesio, niespecjalnie dużo sobie z niego robiła. Zerknęła raz i drugi, ale cała pochłonięta była szukaniem sposobu, jak by tu się dostać do środka sporego orzecha, który leżał tuż przed nią. Ujęła go szponiastą łapą, na drugiej wygodnie przysiadła i skrupulatnie oglądała orzech ze wszech stron, szukając jakiejś dziurki, w którą mogłaby dziób wetknąć.

Tymczasem Czesiulek, ledwo ledwo ociupinę łapy od ziemi odrywając, cały czas brzuchem po ziemi szorując, milimetr po milimetrze sunął w kierunku swej zdobyczy. Trwało to i trwało tak  strasznie długo, aż mi w serce dość beznadziejna nadzieja wstąpiła, że zdążę aparat z domu przynieść.

Wycofałam się po schodach czujnie i ostrożnie prawie, jak Pan Czesio, a gdy wróciłam z aparatem, po sroce nie było już ani śladu.  Gdzie sroka? - zapytałam, a Czesio mi na to  –   jaka sroka? -   i pognał beztrosko za porzuconym orzechem.

 

goniąc orzeszek

 

mam go!

 

 

Tagi: sroka
20:17, damakier1
Link Komentarze (22) »
piątek, 08 listopada 2013

O, mamy nowe miejsce do przechowywania kota – powiedział mój mąż. Kręciliśmy się przed domem, mąż przy samochodzie, a ja przy zamiataniu liści. Rozejrzałam się  i rzeczywiście:

 

widać tylko uszka

 

A ty gdzie tam wlazłeś?! -  zawołałam, a Karolek na to wołanie wyprostował się i pokazał  w całej krasie.

 

cały Karolek

 

Niby nic takiego  –  kot w skrzynce po kwiatach to normalne i nie byłoby o czym pisać, gdyby nie to,  że ta skrzynka wisi wysoko, wysoko nad ziemią i niczego takiego, skąd by można się do niej dostać, w pobliżu nie ma. Bóg raczy wiedzieć, jak się do skrzynki Karolek wtarabanił.

 

ale wysoko!

 

Zajęłam się swoimi sprawami, ale zerkałam co chwilę, czy Karolek wciąż w skrzynce siedzi. No, siedział, siedział... bo i jak miał nie siedzieć, skoro ta skrzynka tak wysoko i nie ma jak z niej wyleźć?
Żal mi się go zrobiło i poszłam do domu biedaka uwolnić. Otworzyłam okno, Karolek podniósł się nieśpiesznie i wskoczył ze skrzynki do przedpokoju. Pochwaliłam go, że taki dzielny, wygłaskałam i zaniosłam na przyzlewną półeczkę.

 

właź do domu

 

Niezadługo znowu po coś do przedpokoju się zapędziłam. Otworzyłam drzwi, a za oknem:

 

no to już przesada...

 

Zezłościłam się trochę, bo to okno już solidnie na zimę zamknięte, uszczelnione, a firanka zawieszona tak, że do otwarcia okna cały karnisz zdejmować trzeba. Czyli kupa roboty, którą przed pierwszym wpuszczaniem Karolka zrobiłam i po której wszystko do stanu pierwotnego doprowadziłam.  Ale cóż? Mówi się trudno...

 

to juz ostatni raz!

 

A kiedy znowu zobaczyłam Karolka w skrzynce, już okna nie otwierałam. Chcesz, to siedź...! - pomyślałam. No i minęła godzina jedna, potem druga, a Karolek siedział, a właściwie leżał zwinięty w kłębuszek niczym biedna, ryża szmatka i powoli serce zaczęło mi mięknąć,  a sumienie mi szeptało, żeby biednego Karolka w skrzynce dłużej nie trzymać.

 

o, jaki biedny!

 

Na szczęście zanim do cna nie skruszałam i po raz trzeci firanki i okna nie zdemontowałam, Karolek sam zjawił się na swej półce i ryja rozdarł, że w misce pusto.

23:25, damakier1
Link Komentarze (21) »
wtorek, 05 listopada 2013

Pusto, puściuteńko dziś było na działkach. Ni człowieka, ni psa,  nie spotkałyśmy nawet kota. Tylko gawruki panoszyły się na opustoszałych grządkach, obsiadały gałęzie drzew i krążyły nam nad głowami. Wszystkie były bardzo zajęte i przejęte swymi zadaniami – te na grządkach zapamiętale w ziemi grzebały, te na drzewach skrupulatnie dzioby o gałęzie czyściły,  te w locie  skądś dokądś orzechy nosiły. A wszystkie nieustającą naradę prowadziły, gardłowym pokrakiwaniem zdając sobie nawzajem sprawę z już wykonanych zadań i nowe do wykonania wyznaczając. Oczywiście wszystkie oprócz tych, które z orzechami latały, bo te przecież dzioby miały zajęte i pracowały w milczeniu.

 

A mnie, kiedy tak przez zagawruczone działki szłam, mój tato się przypomniał i takie zdarzenie sprzed lat...

 

W moim ogrodzie nie ma orzecha, ale jest kilka wielkich brzóz, a na jednej z nich od wiek wieków jest srocze gniazdo. I jak daleko pamięcią sięgnę, zawsze o tej porze sroki z działek do gniazda na brzozie orzechy znosiły. Rozsiadały się wśród gałęzi i każda swej kolejki czekała, żeby  swą zdobycz w gnieździe  złożyć. Ale, że  jak to sroki, gadatliwe strasznie były, często gęsto któraś nie wytrzymywała, dziób otwierała i orzech z góry na łeb, pod brzozy leciał. Pełno orzechów na trawie leżało i sporo ich można było nazbierać.

Pewnego razu przyszedł do mego taty jakiś jego znajomy, zatrzymali się chwilę w ogrodzie pod brzozami właśnie i pan ten ze zdziwieniem orzechy w trawie zobaczył. Rośnie tu gdzieś orzech? - zapytał, a tato mój z zapałem wielkim zaczął mu tłumaczyć: Nie, orzecha tu nie ma, ale niech pan sobie wyobrazi, że Niemcy wyhodowali taką nadzwyczajną odmianę brzóz, na których orzechy rosną!  Ten znajomy z początku nie uwierzył, ale mój tato mu wytłumaczył, jak wielkie znaczenie to ma, że brzoza jest dużo bardziej niż orzech odporna  na mróz i dzięki tej odmianie, nawet w najmroźniejsze zimy, Niemcy urodzaj orzechów mieli. A tłumacząc to, podnosił z trawy kolejne dorodne orzechy i wkładał do koszyczka. Pod koniec wizyty pan ten był  już w pełni przekonany. Do domu wracał ze sporą torebką orzechów i z nowo zdobytą wiedzą botaniczną.

 

gawruk

 

w locie

 

z orzechem

 

niedziela, 03 listopada 2013

Idę sobie nieśpiesznie przez park, patrzę... - a tam w oddali, na zasypanym liśćmi trawniku ziemia się rusza! Kłębi się w liściach coś szaroburego i kitłasi. No, ładnie...! - myślę sobie – nic, tylko inwazja kretów, które właśnie wyłażą z podziemia.... Ale nic to! Odważnie idę dalej. Aparat z futerału wyciągnęłam i co parę kroków zrobię, pstryk, pstryk, zapamiętale pstrykam, żeby zdążyć nim całe towarzystwo pod ziemię się zapadnie.

 No i tak szłam i szłam zawzięcie pstrykając aż w końcu podeszłam na tyle blisko, że dokładnie zobaczyłam, co to naprawdę w liściach buszuje. I nawet jeszcze zdjęcie zdążyłam zrobić. W ostatniej chwili, bo za sekundę szast-prast!  -  i wszystko znikło...!

 

Tu już widać dokładnie

 

I odleciały... !

 

19:21, damakier1
Link Komentarze (19) »