Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
wtorek, 25 listopada 2014

Walnęłam tłuczkiem w rozłożony na desce plaster karkówki i zaraz w kuchni zjawił się Franio z Karolkiem.

Karolek wskoczył na przyzlewną półeczkę, podszedł do samiutkiego jej skraju, wyciągnął się daleko do przodu tak, że punkt ciężkości niebezpiecznie przesunął mu się nad podłogę, kręcił głową dookoła szyi niczym sówka i poganiał mnie niecierpliwym mraukaniem przez cały czas mego znęcania się nad tłuczonym kotletem.

 

Franio dostojnie podszedł do kuchennych schodków, powoli wspiął się na nie, zasiadł i pogrążył się w medytacji.

 

Franio

 

Wzięłam dwie miseczki, do każdej nałożyłam po plasterku pokrojonej parówki drobiowej, dołożyłam troszkę surowego mięsa podebranego z deski na stole i postawiłam - jedną na przyzlewnej półce, drugą na kuchennych schodkach.

 

Karolek rzucił się do miski z prędkością światła, wetknął w nią cały swój ryży łeb, mlasnął i zanim  postawiłam drugą miseczkę Franiowi, znów balansował niemożebnie wyciągnięty na skraju półki i darł się o repetę.

 

Franio trwał w bezruchu. Sięgnęłam do miseczki, wyjęłam kawałeczek mięsa i położyłam na schodkach tuż przed nim. Ani drgnął. Zabrałam mięsko ze schodków, podsunęłam mu pod sam nos, potrzymałam chwilę i ostentacyjnie włożyłam z powrotem do miseczki. Popatrzył. Kiedy przemyślał, co się stało, podniósł się i pochylił nad miseczką. Starannie powybierał spośród posiekanej wędliny kawałki surowego mięsa, postał chwilę wpatrując się w miskę po czym rozpoczął manewr odwrotu. Najpierw lekko uniósł głowę, potem wykonał lekki obrót, stanął, zatrzymał się chwilę z wyciągniętą do przodu jedną łapą, wymacał nią pierwszy stopień i zaczął schodzić...

 

Franio

 

Franio

 

Wszystko to pod czujnym okiem Karolka, który zdążył już pochłonąć trzy dokładki i siedział teraz przed kuchennymi schodkami wpatrzony w stojącą na nich miseczkę.

 

Franio i Karolek

 

Ledwo się Franio znalazł na podłodze, Karolek chyżo wskoczył na stopnie. Ale miseczką już się nie interesował, bo na stole było dużo ciekawiej...

 

Karolek

 

Karolek

 

W tym miejscu moja obserwacja porównawcza kotów została przerwana albowiem całą uwagę skupiłam na pilnowaniu kotletów.

 

Tagi: koty
19:30, damakier1
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 17 listopada 2014

Patrzę na rozwaloną w fotelu Wronkę – łeb zwisa jej nisko nad podłogą, między sterczącymi wysoko do góry łapami świeci łysy, różowy brzuch. Coś jej się śni, bo poszczekuje cieniutko przez sen, łapami od czasu do czasu majta i szybciutko uderza w fotel koniuszkiem ogona.

Patrzę i myślę sobie - oj, miałaś ty dziewczyno szczęście, żeś do nas trafiła...!

No właśnie - szczęście. A czy będzie miała szczęście Łatka?

 

Łatka

 

Niewiele o niej wiem: że nazywa się Łatka (ale nie będzie się upierać, jeśli ktoś zechce nazwać ją inaczej), że ma około dwóch lat, że do niedawna miała swoich ludzi, pracowników jakiejś stadniny w okolicach Warszawy, którzy wyprowadzili się gdzieś daleko i pozostawili ją na pastwę losu. No i została biedaczka samiutka w tej stadninie, gdzie wprawdzie rzuci jej nieraz ktoś jaki kąsek, ale nie ma ani własnej miseczki, ani kocyka, ani materacyka, ani nawet jakiegoś kącika do schronienia. A idzie zima...!

 

Łatka

 

No i nie może Łatka pojąć, czemu ją ci jej ludzie tak porzucili skoro przecież kłopotu z nią żadnego nie ma, taka jest malutka, spokojna i cichutka. I jeszcze grzeczna bardzo! I uczynna i opiekuńcza, nawet kotem, gdy trzeba, serdecznie się zaopiekować potrafi. Bardzo, bardzo głupio i okrutnie jej ludzie postąpili. Jedyna nadzieja, że szczęście będzie miała i ktoś ją, już na życie całe, do swego serca i pod swój dach przyjmie.

 

Łatka

 

Łatka jest teraz w tej stadninie pod Warszawą, ale gdyby gdzieś dalej ją zawieźć trzeba było, coś się poradzi. Proszę pytać o nią w komentarzach, a ja dalej w sprawie pośredniczyć będę.

Jeszcze się można trochę dowiedzieć tu:

http://forum.gazeta.pl/forum/w,89075,155451363,155451363,Sprawa_psia.html

 

 

Tagi: psy
21:35, damakier1
Link Komentarze (120) »
wtorek, 11 listopada 2014

Wyjrzałam któregoś ranka przez okno sypialni, a w maleńkim przedogródku, pod wysoką jodłą, zagrzebany w bluszczu śpi Barczysty* w ciasny precelek zwinięty.

 

Barczysty

 

Cześć, Barczysty - powiedziałam, ale nie zaszczycił mnie nawet jednym spojrzeniem i spał dalej. Zamknęłam okno, zajęłam się swymi sprawami i o tym zapomniałam. Minęło dni parę i zobaczyłam Pana Czesia, jak zwiesza łeb z parapetu i wgapia się w coś na dole. Wyjrzałam, a w tym samym miejscu, co przedtem, leży Barczysty i gapi się z dołu na Pana Czesia.

 

Pan Czesio

Barczysty

 

 

Ale sobie fajne miejsce do leniuchowania wybrał pomyślałam, ale zaraz też podejrzenia nabrałam, czy przypadkiem nie chory? Zaczęłam obserwować - leżał tak bez przerwy cały dzień aż do zmroku, a gdy się ciemno zrobiło, znikał i do późnej nocy go nie było. A rano znowu przez okno wyglądałam i znowu w bluszczu zwinięty precelek z kota leżał.

 

Teraz, póki ciepło, to mu dobrze, pomyślałam, ale co biedak zrobi, jak chłody przyjdą? Poszłam do męża, o śpiącym pod oknem Barczystym mu opowiedziałam i spytałam, czy by mu jakiego domku nie zrobił?

Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, żeby się mój mąż do budowy kociego domku palił, bo już taki jeden, tak wspaniały, że sam by w nim mieszkał, dawno temu zrobił. Mieszkały w nim dwa działkowe koty - Bolek i Lolek** - a  po ich tragicznej śmierci domek długo stał pusty i oddaliśmy go w końcu Szczecińskiemu Oddziałowi Towarzystwa Ochrony Zwierząt. Ale mój mąż wcale się nie opierał i od razu powiedział, że musi pojechać do Castoramy po styropian. Zaraz na drugi dzień wziął się do roboty. Od rana do wieczora w piwnicy stukał i pukał, co i raz po coś tam jeszcze do Castoramy jeździł i w końcu chodź, zobacz - mnie zawołał.

Budka prezentowała się tak:

 

domek w budowie

 

Wszystkie ściany podwójną warstwą styropianu zostały ocieplone, opatulony styropianem został też zdejmowany sufit, a podłogę wyścielił mój mąż grubą warstwą gąbki z siedziska starego fotela (dobrze, że cię nie posłuchałem i jej nie wyrzuciłem - powiedział).

 

domek w środku

ruchomy sufit

materacyk

w środku już pościelone

przykryte sufitem

gotowy domek

 

Dziś przed południem zanieśliśmy domek Barczystemu. Jak co dzień, leżał zwinięty w bluszczu. Myślałam, że ucieknie przed nami wystraszony, ale wstał tylko, odszedł parę kroków i obserwował, co się dzieje.

 

Barczysty obserwuje

 

Mąż mój koniecznie chciał dokładnie w miejscu kociego legowiska domek stawiać, ale przekonałam go, że to by mogło w ogóle Barczystego z tego miejsca wykurzyć i że lepiej domek obok zostawić i tak zrobiliśmy.

 

A kiedy sprawa z domkiem była już załatwiona, mój mąż powiedział jeszcze, żebym flagę przyniosła to na jutrzejsze święto od razu powiesi. No oczywiście, to już bardzo dobra pora była na wieszanie flagi, ale tak się akurat złożyło, że właśnie pod tym oknem stanął nowy domek Barczystego i tak mi się jakoś wydawało, że mój mąż bardziej jemu niż nam tę flagę wiesza.

 

wieszanie flagi

 

 

Chyba się wprowadzi.... zaczął mój mąż, kiedy po całej akcji siedliśmy przy przedobiedniej kawie i dodał - powinno mu się spodobać...

Ja mówiłam, że na pewno sporo czasu minie, zanim się Barczysty odważy do domku zajrzeć i zdecyduje się w nim zamieszkać. A co, jeśli wcale w nim nie zamieszka? - martwił się mój mąż.

No, jeśli Barczysty nie zechce zamieszkać w takim domku, to mu będzie całkiem zasłużenie dupa marzła! - odparłam z przekonaniem.

 

domek czeka na Barczystego

 

*Pierwsza wzmianka o Barczystym jest tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2013/01/Zajac-i-zaba.html

 

A jeśli ktoś chce się więcej o Barczystym  dowiedzieć, może wrzucić w wyszukiwarkę na szpalcie bocznej hasło „Barczysty”.

 

**O Bolku i Lolku jest tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/11/Moj-maz-i-koty.html

 

 

Tagi: koty
01:09, damakier1
Link Komentarze (48) »
piątek, 07 listopada 2014

Jak już musisz ciągle odsuwać tę firankę, to przynajmniej układaj ją porządnie z powrotem - powiedziałam mojemu mężowi, a on minę zrobił obrażoną, oczy wzniósł wysoko do nieba i zdecydowanie odpowiedział - żadnej firanki nie ruszałem!

I tak wiedziałam swoje – za tym oknem wywieszony jest termometr i to jasne, że mój mąż ciągle firankę odsłania, żeby zobaczyć, jaka temperatura jest na dworze. Nie wiadomo zresztą po co, bo na werandzie jest drugi termometr i można sprawdzić temperaturę bez szarpania firanek.

 

Sprawa wcale nie jest błaha, bo chodzi o pokój, w którym toczy się całe życie rodzinne i towarzyskie i bardzo mi zależy, żeby ładnie w nim było. Ściany w tym pokoju są pomarańczowe i bardzo długo szukałam zasłon o tym samym odcieniu, tylko trochę nasyceniem ognistej barwy się różniącym.

Między tymi zasłonami, na oknie, rozwieszone są cztery bryty cieniutkich niczym mgiełka firanek – bliżej szyby brązowych, a od strony pokoju znów pomarańczowych. Wszystko to razem, zależnie od rodzaju oświetlenia, różne efekty daje. W ciągu dnia, przy słonecznej pogodzie, pokój cały w ciepłym pomarańczowo złotym blasku się kąpie, a gdy na dworze pochmurno, delikatne pomarańczowe bliki z firanki sprawiają, że się przytulnym schronieniem przed ponurością dnia wydaje. Z kolei nocą, brązowa firanka jeszcze bardziej czerń za oknem podkreśla, a ogniste zasłony piękną ramę ją obejmują.

 

Rozumie chyba każdy, że jak kto tyle sobie trudu w ustrojenie okna zada, to szlag go potem trafia, gdy ilekroć do pokoju wejdzie, tylekroć widzi firanki pomechlane, zwisające niczym jakie szmaty nieszczęsne.

 

No i nie raz, nie dwa, a ze sto razy o te firanki wymówki mojemu mężowi robiłam, a on uporczywie winy się wypierał i jeszcze mi, że się czepiam mówił.

Aż raz weszłam do pokoju, spojrzałam na okno i zobaczyłam, że za niewinność mój mąż cierpiał i mojego marudzenia słuchał...

 

  • Nie możesz się wylegiwać w jakimś innym oknie? - zapytałam.

  • Nie mogę, bo w pomarańczowym mi najładniej - odparł Karolek.

 

Karolek

 

Karolek

Tagi: koty
10:55, damakier1
Link Komentarze (24) »
wtorek, 04 listopada 2014

Ale fajnego kumpla Wronka w parku spotkała! Szłyśmy dołem wielkiej skarpy, a z samej góry przypędziło do nas czarne półdiablę, kosmate, roześmiane, na długaśnych łapach, które w biegu plątały mu się z równie długaśnym ogonem.

Wronka zobaczyła go już z daleka, a kiedy był w pół drogi, przywarowała i z lekka strzygła stojącym uchem. Gdy dobiegł, poderwała się na cztery łapy, a on przypadł do ziemi, pupę do góry wystawił, ogonem młynka zakręcił i - pobaw się, pobaw...! - radośnie zapraszał.

 

w parku

 

Długo zapraszać nie musiał! Nie bacząc na to, że przecież poważną już jest kobietą, a to najwyraźniej był smarkacz jakiś, Wronka też na łapy przednie błyskawicznie przypadła, nie ogonem, a całą sobą zwinnego młynka wykręciła i wystartowała! Ho, ho, ho! Może i ona poważna, a on młodzik, ale rychło daleko za sobą go zostawiła. Wyciągnięta jak struna, prawie brzuchem po trawie szorowała z każdym susem dystans między nimi zwiększając. Nowy kumpel gnał za nią co sił w łapach, ale szans najmniejszych na dogonienie jej nie miał. Dopiero gdy dwie rundy dookoła trawnika zrobiła i wszystkie spacerujące w pobliżu psy dokładnie wszystko obejrzały, zatrzymała się i poczekała na młodzika. Dobiegł do niej ledwo żywy, z jęzorem do ziemi wywalonym, ale do dalszej zabawy skory. Tyle, że już nie w berka, a w baraszkowanie na trawie. No, co to, to nie! Na pierwszą próbę położenia jej łapy na grzbiecie, Wronka fuknęła, kłapnęła zębami, i godnie się oddaliła.

 

Ale zadowolona z tego spaceru była bardzo i dopytywała się wieczorem, czy o tym napiszę i czy zrobiłam jakie zdjęcie. Na szczęście zrobiłam dwa zdjęcia, a kiedy oglądałyśmy je w komputerze, spytałam - No i czegoś się tak okropnie nastroszyła? - Żeby sobie nie myślał, że ma lepsze futro ode mnie - powiedziała Wronka.

 

w parku

 

 

 

Tagi: psy
21:40, damakier1
Link Komentarze (13) »
niedziela, 02 listopada 2014

Cmentarz Centralny w Szczecinie.

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 

CC

 


20:08, damakier1
Link Komentarze (10) »
sobota, 01 listopada 2014

Szopek

 

Nie, nie będę Was trzymać w okrutnej niepewności i od razu napiszę, że się Szopek odnalazł. A było tak:

Kiedy mój mąż remontował werandę, wyłożył schody tymi samymi kaflami, co całą podłogę i to okazało się błędem. Gdy przyszła zima, schody zrobiły się tak śliskie, że chodzenie po nich groziło śmiercią lub kalectwem. Strach było do ogrodu zejść i kłopot z wypuszczaniem psów do ogrodu się zrobił. Wrona jeszcze dawała radę, ale Szopcio na dół się jakoś turlał, a z powrotem to bywało, że wnosić trzeba go było.* No a wnoszenie 15. kilo nieporęcznego psa po śliskich schodach, to dopiero jest horror!

Tego lata postanowił więc mój mąż schody przerobić i wymienić kafle na takie specjalne – bezpoślizgowe. Ale lato jakoś zeszło i za robotę wziął się dopiero teraz, w końcówce października. Skończyłem - obwieścił któregoś popołudnia i dodał - pamiętaj, żebyś jutro przez werandę psów nie wypuściła, bo to wszystko musi dobrze wyschnąć.

Nazajutrz, na pierwsze sikanie wypuściłam je przed dom od frontu, poczekałam chwilę i poszłam jeszcze trochę dospać. Mój mąż wybrał się akurat tego ranka do lekarza i gdy wstałam, byłam sama w domu. Wrona z Szopkiem patrzyły na mnie ponaglająco, więc znowu je na dwór wypuścić musiałam. Ale na dobry pomysł wpadłam - wpuściłam je furtką do ogrodu, przytachałam pod werandę ogrodową ławkę, zrobiłam z niej barykadę i poszłam sobie robić śniadanie spokojna, że mi żadne na schody nie wlezie. Trochę się pokrzątałam, śniadanie przygotowałam i nim jeszcze do jedzenia siadłam, wyszłam psy zawołać. Wronka w podskokach przybiegła ledwo furtkę ruszyłam, a Szopka coś nie widać. Zawołałam raz i drugi - nic. Obeszłam ogród dookoła - ani śladu. No, to już mi się nieswojo zrobiło... Oblazłam jeszcze raz, teraz już pod każdy krzaczek zaglądając. Zajrzałam do wejścia do piwnicy, w końcu sprawdziłam oczko wodne - nie ma! Nic, tylko musiałam go zostawić na ulicy przed ogrodem i samą Wronkę w ogrodzie zamknąć - pomyślałam. Obeszłam dokładnie cały placyk. Potem poszłam wzdłuż ulicy, zaglądając do każdego mijanego ogrodu. Na końcu ulicy, przed budynkiem straży miejskiej jakiś strażak miejski grabił trawnik. Nie widział pan takiego czarnego, grubego pieska? - spytałam. Nie widział, a na pewno by zobaczył, bo już z godzinę tu grabi. No to wróciłam. Jeszcze raz obeszłam ogród, cały czas Szopciu, Szooopciuuu się wydzierając.

Poszłam do domu przyodziać się trochę bardziej po ludzku, bo do tej pory w tym, com tam miała latałam i poszłam dalej szukać. Obeszłam całą sąsiednią ulicę aż do działek. Spojrzałam na dróżkę na działki prowadzącą, a tam brama otwarta! No tak, jak na działki poszedł, to się naszukam pomyślałam. Przeszłam przez bramę, poszłam wzdłuż płotu do następnej i od drugiej strony na swoją ulicę wróciłam. Po Wronkę, żeby z nią razem dokładnie całe działki obszukać.

A kiedy do domu weszłam i próg kuchni przestąpiłam, z werandy donośne, chrapliwe ekhym..., ekhym... mnie dobiegło i zabrzmiało mi, jak najcudniejsze słowicze pienia! Rzuciłam się otwierać drzwi na werandę.

Szopek siedział na wycieraczce bardzo wkurzony. Na mój widok poderwał się, jeszcze donośniejszym zaniósł się kaszlem, wpadł do kuchni swym charakterystycznym świńskim truchtem i awanturę zaczął mi robić, jakim prawem, kiedy on tylko na chwilę na werandę wszedł, schody mu jakąś ławką zatarasowałam. Nawymyślał mi za wszystkie czasy, ale czemu, kiedy się pod schodami werandy wydzierałam, nosa wyściubić i pokazać się nie raczył, to już nie powiedział...

 

No i taka to była historia zagubienia Szopka i jego cudownego odnalezienia.

Szopek i Franio

 

 

 

*O wnoszeniu Szopka po oblodzonych schodach było tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2014/01/Sorry-taki-mamy-klimat.html




 


 

 

 

 

Tagi: psy
17:58, damakier1
Link Komentarze (7) »