Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
niedziela, 30 grudnia 2012

 

Pierwszymi po długiej, długiej przerwie kotami w naszym domu były Franio i Kubuś. I choć Franio  przybył jako wypieszczony i wychuchany tłuściutki kociaczek, a Kubuś był sierotą z działek, bez jednego oczka i z pokracznie przekrzywionym łebkiem  - to właśnie Kubuś rej wodził we wszelkich zabawach i ogrywał Frania, jak chciał. Bo też ciepła klucha i fajtłapa była z Frania niemożebna. No i miał niezwykle długi proces decyzyjny, co zresztą zostało mu do dzisiaj. Nim Franek przemyślał i podjął decyzję, którą łapką piłeczkę capnąć, już Kubuś z siedem razy cały pokój z piłeczką obleciał. Nim się zastanowił, czy najpierw popróbować suchej karmy, czy może lepiej „mokrego”, już Kubuś obydwie miseczki opędzlował. Kociaki rosły, rządziły w domu i w ogrodzie – Kubuś śmigał po płotach i drzewach, a Franio a to źle wycelował i zamiast gałęzi się ucapić, na kocią mordę na trawnik spadał, a to na schodach się potknął i w końcu uznał, że raczej kotem od rozmyślania i wylegiwania się będzie. I właśnie wygrzewającego się leniwie w ogrodzie na słonku, najczęściej Frania spotkać można było. Do czasu Wrony.

Wrona koty z ogrodu przepędziła. Z tym, że Kubuś i Zimka (bo w międzyczasie doszedł i Zimka) dość prędko do ogrodu powróciły, a Franek został ogrodowym wygnańcem i dnie całe leżał pod płotem na ulicy jako futrzany wyrzut sumienia. Długo trwało nim się go do powrotu w domowe pielesze namówić udało, a i tak do michy przychodził tylko, najadał się i pod ścianami znowu na ulice wymykał. A jak już trochę pewności siebie w domu nabrał, pojawił się Karolek. No, to już Franek tak się przejął, że na dobrowolną zsyłkę uliczną znów się udał, a ja tak jego losem się przejęłam, że nawet za Arłukowicza od wykluczonych robić zaczęłam. I trwał tak Franek na wygnaniu całe lato, Karolkowi jak mógł, z drogi schodził i progu domu nie ważył się przestąpić. Już się martwiłam, co będzie, gdy chłody nadejdą i jesienią domek na werandzie mu wymościłam. I stało się tak  wtedy, że mąż mój razu pewnego powiedział do niego nie Franiu, tylko Kocie. Przyszedł do niego Franio bardzo zadowolony na takie zawołanie i od tej pory mąż mój per Kocie zaczął do niego się zwracać. Nie wiem, czy to nazwanie go Kotem, czy pierwsze przymrozki spowodowały, że Franio olał mój werandowy domek i z emigracji do domu powrócił. Zaanektował biurko, zajmowane dotąd przez Karolka, ale dalej wiódł żywot cichy i nie zadawał się z nikim, pogrążony w swym lekkim autyzmie.

Aż któregoś razu naprawił  mój mąż stary fotel, który był w piwnicy, wywaliliśmy obskurne krzesło, które stało przy biurku i postawiliśmy fotel w jego miejsce. Franio natychmiast zwinął się na nim w kłębuszek. Obicie fotela jest ciemne, w pokoju też ciemnawo, Franek bury – nic więc dziwnego, że mąż mój na fotelu go przysiadł. Ledwo Franio z życiem uszedł, a my na fotelu zaczęliśmy ostrożnie, zaledwie półgębkiem siadać. No, jak się tylko półgębkiem siadać  ośmielają, to fotel mój! - wykombinował sobie Franio i królem na tronie się poczuł!

 

 

Zaczął od tego, że Karolka, śpiącego błogo i beztrosko na biurku, w ryżą pupę uchlał tak, że Karolek zawrzasnął i z biurka spadł. Potem zawziął się na Pana Czesia. Chodził nabuzowany po domu całym, we wszystkich kątach Czesiulka szukał, a gdy go dorwał, prał tak długo, aż się sponiewierany nieszczęśnik spod łap wyrwał i pod kredens wcisnął. I nie miał prawa się ruszyć, pod kredensem miał siedzieć i już.
Teraz nową rozrywkę sobie wymyślił, pod schodami przed domem się zaczaja i każdego kota, który do domu wejść usiłuje, całą drogę leje aż kłaki fruwają! To samo przy wyjściu z domu – stoi przy drzwiach i jak tylko jakiego kota zobaczy, syczy i prycha groźnie, aż się wszyscy ze strachu pod ścianami przemykają. No potwór! Istny maczo. I jak to maczo –  nie dość, że twardziel i zabijaka, to jeszcze namiętny cholernie. Ledwo do komputera usiądę, już Franek napuszony ogon nad grzbiet zawija, na biurko wskakuje, po klawiaturze dziarsko w tę i nazad maszeruje i ozór do kolan wywala. I żebym nie wiem jak się odsuwała, wyginała i Franka od siebie odpychała, zawsze mnie w końcu tym zaślinionym, trochę śmierdzącym jęzorem po gębie przejedzie. I żeby to raz tylko...
A mruczy przy tym jak traktor zdezelowany i rozgląda się bacznie dookoła, czy Pana Czesia albo kogo innego do pobicia gdzie na horyzoncie nie ma.

 

Taka to przemiana dupowatego Frania w Kota nastąpiła i takie jest jego nowe wcielenie. Co to dalej będzie? -  myśleć strach!

 

 

 

Jak biedny Franek dom utracił i go odzyskać próbował, można przeczytać tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Zostalam-Arlukowiczem-od-wykluczonych.html

 

i tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Letni-poranek.html

 

a tu o jego werandowym domku:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/10/Kazdy-kotek-ma-swoj-domek.html

 

 

19:18, damakier1
Link Komentarze (22) »
czwartek, 27 grudnia 2012

Jest taka ogólnopolska akcja zachęcająca do przygarniania bezdomnych zwierząt, głównie psów i kotów, ale nie tylko. Akcja  ma nazwę Nie kupuj! Przygarnij! I swoją stronę PSYgarnij.pl:  https://www.facebook.com/psygarnij

Na tej stronie można znaleźć bezdomne zwierzęta z całej Polski no i zdarza się, że upatrzy sobie ktoś w Rzeszowie pieska lub kotka w Gdańsku. I już by wybranek mógł nowy dom mieć, gdyby nie ta odległość wielka. Jak mi o tym Dorolka opowiedziała, wydziwiać zaczęłam okropnie po co bym miała zwierzaka bezdomnego gdzieś daleko szukać, skoro w Szczecinie biedaków czekających na dom zatrzęsienie. Ale zaraz się dziwić przestałam, kiedy mi Dorola uprzytomniła, że przecież nasz Karolek aż z Łodzi do nas przyjechał, przywieziony przez pana ochotnika z tej właśnie akcji.

I bardzo mi się spodobało,  że kiedy Dorolka  z Tatinkiem na jakiś koncert do Poznania samochodem się wybierali, to przy okazji dwa szczeniaczki z tak zwanych tymczasów w Szczecinie do czekających na nie domów w Poznaniu powieźli. Ja tych piesków nie widziałam wcale, bo zabierali je w umówionym miejscu gdzieś po drodze. Tylko im Dorola zdjęcia zrobiła.

 

 

 

Wcale ta akcja kłopotliwa nie była, a zadowolenie wszystkim wielkie przyniosła – i tym tymczasom, i tym czekającym w Poznaniu na pieski, i Dorolce z Tatinkiem, no i największe samym pieskom, a właściwie suczkom, bo to były dziewczynki.

Jak tak dobrze poszło, to kiedy Antek z dwiema koleżankami w gości do Warszawy się wybierał, znów się Dorolka zapytała, czy  w Warszawie kto na jakiego zwierzaczka nie czeka. I owszem, czekali. Na trzy kotki. Antek ucieszył się przeokropnie, bo kotki miały  być przywiezione do nas w pierwszy dzień Świąt  i  przenocować w pokoju Antka, by na drugi dzień, skoro świt wyruszyć w dalszą drogę. Pociągiem. Podróż zapowiadała się ciekawie – po całe to towarzystwo przyjechał tata jednej z tych dziewczynek. Z suczką śliczną rasy husky. Tata, dwie dziewczyny, jeden chłopak, suczka husky i trzy kotki – doborowa kompania! Zapowiadało się nieźle.

No i we wtorek, pod wieczór, zadzwonił dzwonek do drzwi i zjawiła się dziewczyna z kotenerkiem, a w nim trzy kociaki – utytłane i śmierdzące przepotwornie, bo prosto z jakiegoś kurnika zabrane, gdzie w kaczym łajnie się taplały. Wzięli je Dorola z Tatinkiem prosto do łazienki , gdzie odbyła się prawdziwa masakra piłą teksańską : jedno jednego kociaka w wannie pod prysznicem prało, a drugie do kabiny prysznicowej go wrzucało, żeby nie uciekł albo się z pozostałymi nie pomieszał. I tak trzy razy. Mnie zawołali, jak już wszystkie były poprane i Dorolka suszyła je suszarką do włosów. Weszłam do pokoju i zamurowało mnie. Zobaczyłam trzy malutkie kloniki Pana Czesia. Czarne, jak on i upiorne, jak on.

 

 

Troiły się w oczach, były wszędzie jednocześnie, właziły w każdą dziurę i biegały we wszystkich kierunkach. Dostały michę, namlaskały się niczym małe świniaki i na chwilę przysiadły odsapnąć. Na bardzo krótką chwilę. Potem znów ruszyły do boju.

Wczesnym rankiem Tatinek  odwiózł Antka z kotami na dworzec. Chwilę grozy przeżyła na tym dworcu Dorolka, gdy tuż przed odjazdem zajrzała na pożegnanie do kotenerka i dostrzegła tylko dwa kotki. Na szczęście po chwili z kąta wygrzebał się i trzeci.

A kiedy Antek zadzwonił wieczorem, że podróż była dobra i że koty zabrane, odetchnęliśmy z ulgą, bo koszmarna wizja Antka wracającego do
domu z pełnym kotenerkiem, gdzieś tam, na dnie świadomości, wszystkich nas gnębiła.

Napisałam to wszystko, by zaapelować: gdy się kto w podróż wybiera, niech się dowiaduje, czy sieroty jakiejś nie trzeba właśnie tam, gdzie jedzie dostarczyć. To nie jest wielka fatyga i naprawdę niewielkim kosztem można zostać dawcą wielkiego szczęścia.

 



 

 

 

 

17:44, damakier1
Link Komentarze (14) »
wtorek, 25 grudnia 2012

Pierwszy przestępstwa dopuścił się Zima. Wystawiłam na chwilę przed smażeniem filety rybie na werandę. Nie, nie byłam lekkomyślna i dobrze półmisek z rybą w torbę foliową schowałam i na supeł mocny zawiązałam. No i w okno werandowe co i rusz zerkałam. Zerkałam, zerkałam i nic się nie działo, a jak raz tylko chwilę dłuższą nie zerknęłam, to zaraz Zima półtora fileta zeżarł. Rzuciłam się na werandę rybę ratować, Zima dał drapaka do ogrodu i nawet zdjęcia nie zdążyłam zrobić, a to co poniżej, to Zima, który na miejsce przestępstwa powrócił w naiwnej nadziei, że półmisek z rybą dalej na stole czeka.

 

 

Drugie przestępstwo popełniła Maszka. No, raczej przestępstewko – wlazła na stół i  placek z kapustą i grzybami dookoła poobgryzała. Ale delikatnie tak, że tylko po rozsypanych na stole okruszkach szkodę dało się poznać. Toteż Maszeńka przekonana była, że nikt się na jej przewinie nie pozna i zasnęła beztrosko w fotelu, niewinna niczym aniołek.

 

 

Do najcięższego przestępstwa sposobił się Pan Czesio. Podczas gdy wszystkich absorbowały ostatnie przygotowania do wigilijnej kolacji, Czesiulek, bardzo przejęty, usiłował splądrować paczki z prezentami. Łaził w tę i z powrotem pod choinką, każdy pakunek obwąchiwał bardzo starannie, przy niektórych przystawał na dłużej, łeb do toreb próbował wsunąć albo łapką kolorowe kokardki rozsupłać. I nie wiadomo, czy by nam Pan Czesio wszystkich prezentów nie podgrandził, gdyby nie to, że z przygotowaniem kolacji uporała się Dorolka w samą porę, by zdążyć go na usiłowaniu popełnienia przestępstwa przydybać i w porę przegonić.

 

 

Za to kiedyśmy już siedzieli mile najedzeni  i każdy swoje prezenty podziwiał, a na podłodze walały się porozrzucane papiery, koty ruszyły do boju! Po kolei nurkowały pod wielką papierową płachtę, zdjętą ze specjalnej tarczy do strzelania z łuku, którą dostał Antek. A kiedy któryś siedział pod płachtą, pozostałe polowały na niego zawzięcie, aż delikwent wyskakiwał i sam zaczynał polować na następnego, który pod papier wsmyrgnął.

 

 

Tak nam kończyła się Wigilia. Gapiliśmy się na brykające koty, cieszyliśmy się prezentami, pogadywaliśmy sobie o tym i owym, a na podłodze pochrapywały leciutko Szopek i Wrona.

 

 

A co z Franiem? Z Franiem to porobiło się tak, że będzie o tym napisane oddzielnie.

 

 

13:31, damakier1
Link Komentarze (19) »
niedziela, 23 grudnia 2012

 

 

Wszystkim
moim Czytelnikom –  spokojnych, radosnych i szczęśliwych Świąt

 

życzą

 

Wrona

 

Szopek

 

Franio

 

Zima

 

Pan
Czesio

 

Karolek

 

Maszka

 

i
damakier

 

 

Choinkę i bombki wymyśliła, wykonała i podarowała Abigail z blogu

http://kociki-abigail.blogspot.com/

01:23, damakier1
Link Komentarze (16) »
piątek, 21 grudnia 2012

Dorola upiekła pierniczki.

 

00:08, damakier1
Link Komentarze (17) »
środa, 19 grudnia 2012

Narzekałam na mroźną i śnieżną zimę? Durna byłam. Teraz dopiero jest na co narzekać. Chlapa, błoto, breja. Szaro, buro, ponuro. Na ulicy w rozległych kałużach taplają się resztki niestopionego śniegu. Że to śnieg, domyślam się tylko, bo do śniegu wcale niepodobne, raczej do niewyżętych szmat do podłogi. Szczęście, że chociaż w ogrodzie śnieg podmokłą ziemię trochę okrywa i psy tylko mokrymi łapami podłogę brudzą, ale błota z ogrodu dużo nie noszą.

O spacerach – zapomnij! Szopek to by na swych bylełapkach w ogóle przez ulice nie przebrnął, a i Wronie miło by nie było łapy w tej rozbełtanej mazi moczyć. No to nudzą się psy przeokropnie. Szopek od czasu do czasu kota jakiegoś od stóp do głów umyje, ale ileż można myć koty? Wrona co i raz któregoś kota nosem pyrgnie, ale ileż można koty pyrgać? To same próbują się pobawić – przypadnie Wrona łapami do podłogi, zakręci się Szopek wokół niej w kółeczko, warczeć zaczną i sapać – to zaraz ja albo mój mąż srogo krzyknie, żeby spokój był, bo straszny raban robią.

To jak dzisiaj w mieście byłam, kupiłam im na pociechę nowego robala. Już w tramwaju wątpliwości mnie opadły, co na to koty powiedzą, bo ten robal to koteczek śliczny. Jak żywy.

Zanim Wronie kotka dałam, pokazałam go Franiowi, który w przedpokoju pod zegarem akurat siedział. No jak, Franiu, można psom na pożarcie tego kotka dać? - spytałam. Obwąchał go skrupulatnie po czym ramionami wzruszył i odwrócił głowę. Przecież to robal, a nie żaden kotek powiedział.

 

Wrona jak zwykle od razu wiedziała, ze nowego robala przyniosłam i czekała, co Franio zdecyduje.   Złapała kotka w locie, pomachała nim przed nosem Szopkowi, pochwaliła się memu mężowi, ale za dużej werwy do zabawy to nie miała. Kilka razy zaledwie potrząsaniem silnym kręgosłup kotkowi przetrąciła i raz Szopkowi go porwać pozwoliła, żeby zaraz móc mu go odebrać.  Potem poznosiła wszystkie robale do przedpokoju, postała nad nimi, ziewnęła z nudów i sobie poszła.

 

Pomyślałam, że coś jej ten nowy robal do gustu nie przypadł. Ale chyba jednak go polubiła.

 



21:53, damakier1
Link Komentarze (18) »
sobota, 15 grudnia 2012

Dada

 

 

Pierwszej Dady nie pamiętam. Za jej czasu byłam jeszcze niemowlakiem i znam ją tylko z opowiadań, bo nawet zdjęcie się żadne nie zachowało. Wiem, że była czarna, malutka – taki ni to jamniczek, ni to pekińczyk. O jej nadzwyczajnej mądrości krążyły w rodzinie liczne opowieści, z których najbardziej mi się podoba, jak to moja mama przygotowała na brydżowe spotkanie wielki półmich maciupkich kanapeczek przepięknie ozdobionych cieniutkimi plasterkami pomidorków, ogóreczków i rzodkiewek, obsypanych zieleniną – no, cud, miód! Postawiła moja mama półmich na stole,wszyscy och i ach z zachwytu zawołali i dopiero gdy na półmisku prawie pusto już było, ktoś z gości spytał, czemu choć plasterka kiełbaski gospodyni pożałowała. Tak sprytnie Dada całą wędlinę z kanapek wyżarła, ani odrobinę misternej dekoracji nie burząc!

Drugą Dadę, foksterierkę,  dostałam na ukończenie szkoły podstawowej. Oficjalnie dostała na imię Saba, ale moi rodzice wciąż się mylili i wołali Dada i tak zostało.  Miałam ją od malutkiego szczeniaczka i z zapałem sprawdzałam na niej wszystkie metody wychowawcze wyczytane w książce Lubomira Smyczyńskiego: Psy, rasy i wychowanie. Metody okazały się świetne, bo Dada wyrosła na niesłychanie mądrą i dobrze ułożoną suczkę. Towarzyszyła mi przez cały ogólniak, a kiedy wyjechałam na studia, po jakimś miesiącu dostałam z domu wiadomość, że Dada wpadła pod samochód...

Kiedy niespodziewanie kupiliśmy rudą terierkę irlandzką, zapowiedziałam wszystkim: niech nikt dla niej imienia nie szuka. Na pamiątkę dawnej mojej Dady i ona Dada nazywać się będzie. Wpisane w rodowód pompatyczne imię Dixie O'Neell pozostało w papierach, a Dada Dadą, a częściej nawet Dadunią była. Przez 12 lat swego żywota dorobiła się jeszcze przezwanka Krowulec oraz Kaczy Łeb.

 

 

23:48, damakier1
Link Komentarze (14) »
piątek, 14 grudnia 2012

Zima złapała, trzyma i puścić nie chce! Wczoraj nie dość, że mróz był całkiem spory i nieprzyjemny wiatr zawiewał, to jeszcze leciała z nieba jakaś ohydna biała bździągwa, aż pomyślałam sobie – a co to, czy ja matkę, ojca zabiłam? - i twardo Wronie powiedziałam, że żadnego spaceru nie będzie. Nie była zachwycona, ale później, gdy na fotelu stanęła i nos do świeżo umytego okna przytknąwszy na dwór patrzyła, sama też do spacerowania ochotę straciła. Za to dziś od samego rana z niemym pytaniem w oczach za mną chodziła i na drzwi co i rusz znacząco zerkała. Nie było o wiele lepiej, ale chociaż z nieba nic nie leciało, więc po obiedzie ubrałam się i poszłyśmy. Nasza uliczka jest wąska, nie ma chodników i brnie się przez rozjeżdżony samochodami  śnieg. Już zanim doszłyśmy do jej końca byłam umordowana, bo ślisko jak diabli, ledwo, ledwo równowagę  się udawało utrzymać, a jeszcze Wronka pod nogami mi się kręciła i ciągnęła, jak wściekła, tak jej się na ten spacer śpieszyło. Zamierzałam iść do parku, ale gdy na główną pogodnianą ulicę Mickiewicza wyszłyśmy i Wrona na posolonym chodniku stanęła, zaraz kuleć zaczęła na wszystkie cztery łapy i błagalnie na mnie patrzeć, czy bym jej na rączki nie wzięła. No to o parku nie mogło być mowy i skręciłyśmy w kierunku działek.

Działki calutkie równo po brzegi płotów zasypane, tylko na drodze od jednej do drugiej bramy wydeptana w śniegu wąziutka ścieżynka. Lazłam tą ścieżynką powolutku i ostrożnie, a w Wronę jakby diabeł wstąpił. Wpadała w zasypane boczne alejki, zanurzona w śniegu po uszy pędziła przed siebie po to, żeby z następnej alejki niespodziewanie wypaść i z całym impetem na plecy mi skoczyć. Za skarby żadne jej opanować nie mogłam, wszystkie moje prośby i groźby kpiącym spojrzeniem zbywała, a im bardziej od durnych suk ją wyzywałam, tym bardziej czarna morda jej się śmiała. Z tego wszystkiego dwa razy test na osteoporozę zaliczyłam. Jeden dość delikatny, bo płotu zdążyłam się chwycić i łagodnie w śnieg się osunęłam, ale drugim razem tak w glebę walnęłam, że aż coś jęknęło – sama nie wiem, gleba, czy ja  i tylko nogi ze śniegu w górę mi sterczały. Rzuciła się Wrona ratować mnie i pomagać i jakoś się wygramoliłam. Zła, jak chrzan, warknęłam tylko Wracamy! - i szybko na ile  kopny śnieg pozwalał, ruszyłam do bramy. To jedynie, że nawet najdrobniejsza kosteczka mi nie chrupnęła i najwidoczniej osteoporozy na stare lata nie mam, przy jakim takim humorze mnie trzymało. Chyba się wreszcie Wrona domyśliła, że coś jest nie teges, bo spotulniała, łeb spuściła i spokojnie już przy nodze mi szła. Jakoś się do bramy dowlokłyśmy, jeszcze tylko na Mickiewicza musiałam jej co parę kroków posolone łapy czyścić, potem przebrnęłyśmy przez naszą ulicę i wreszcie zgrzana i złachana znalazłam się w domu.

Nie, nie, nie! Nie lubię zimy, nie lubię, nie!!!

 

 

 

O!!!

 

20:01, damakier1
Link Komentarze (21) »
wtorek, 11 grudnia 2012

Usłyszałam rano z telewizora, że z całego kraju najbardziej zasypany jest Szczecin. Wyjrzałam za okno i rzeczywiście, ogród cały grubo śniegiem przykryty. Wyjrzałam od ulicy – po wczorajszym odśnieżaniu ani śladu. Placyk cały biały. No to pomyślałam, że wypadałoby mój zwierzyniec w zimowej scenerii obfotografować. Zwołałam towarzystwo i mówię: Szykować się, będzie sesja!
Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Psy owszem, z entuzjazmem do drzwi werandowych się rzuciły, ale z kotami było różnie. Zima wcale się na zbiórkę nie stawił i za nic znaleźć go nie mogłam. Franio odmówił współpracy. Na próżno go wabiłam i mamiłam, aż powiedziałam mu w końcu:
Trudno, Franiu, musisz poświęcić się dla sztuki! - i w śnieg głęboki go rymsnęłam. Spojrzał na mnie tak, że do tej pory mi głupio, z zaspy w górę wystrzelił i oddalił się z godnością.
Za to Karolek z Panem Czesiem bez ceregieli do ogrodu pobiegli i ucieszyłam się, że dwa psy i dwa koty w śniegu to już do zimowego fotografowania całkiem sporo. Ale Wrona w śniegu takiego amoku dostała (mawia się u nas w domu: doznała pierdolca), że jak tylko koty zobaczyła, z końca ogrodu rzuciła się na nie w szalonym pędzie. Takiej pędzącej torpedy żaden koci system nerwowy nie wytrzyma i Karol z Panem Czesiem mało łap w śniegu nie pogubili, tak szybko z ogrodu zwiewali. Nic innego mi nie zostało, jak latać z aparatem między ogrodem z psami, a placykiem z kotami. I nawet mi się Zimę na placyku dopaść udało.

 

 

Z niekłamaną satysfakcją zwracam uwagę Szanownej Publiczności, że w całym tym, dość długim tekście ani razu nie użyłam zwrotu biały puch.

 





19:56, damakier1
Link Komentarze (42) »
niedziela, 09 grudnia 2012

Nie taka to prosta rzecz nadać zwierzakowi imię. Bywa, że cała rodzina długo nad imieniem deliberuje, każdy imiona przeróżne wymyśla, a co się je do zwierzaka przymierzy – nie pasują i już. A bywa – spojrzy się tylko i już imię wymyślone zwierzakowi pasuje, jak ulał. Są też imiona, które nadaje się łatwo i bez problemu, ale choć nie są złe, to jednak nie są  tymi jedynymi. Wtedy z biegiem czasu do imienia takiego dodaje się przydomki różne, a nieraz    zastępuje je się imieniem nowym.

Papsiuka

 



 

Na samym początku wcale Papsiuka Papsiuką nie była. Gdy przyprowadziliśmy ją ze schroniska, nikt na imię dla niej pomysłu nie miał. Przypatrywaliśmy się jej piegowatej mordce i wszystkich najbardziej jedno niebieściutkie oczko frapowało. I nie pamiętam już kto, zdaje się, że mój tata, z racji tego oczka imię Ślepka wymyślił. Zgodziliśmy się na tę Ślepkę, ale bardzo szybko dotarło do nas, że to nie tyle ze ślicznym niebieskim oczkiem, ile ze ślepotą się kojarzy i źli byliśmy, że takie nietrafione imię psince nadaliśmy. Ale cóż, stało się i trudno. A za jakiś czas, mój mąż nie to, żeby jakieś nowe imię ogłosił, tylko zaczął Ślepkę nazywać Papsiuką. I natychmiast wszyscy zobaczyliśmy, że to prawdziwa Papsiuka: jak Papsiuka wygląda i jak Papsiuka się zachowuje. Niefortunna Ślepka odfrunęła w niepamięć i Papsiuka dumnie swe nowe imię nosiła. Pieszczotliwie mawiało się na nią Papsiuczka, Papsiunia albo Papsia. Po jakimś czasie doszło jej jeszcze przezwanko Kartoflany Łepek w odróznieniu od Dady, która bywała Kaczym Łbem.
Ale o Daduni będzie później.

 

 

 

 

Bardzo dziękuję Ewie9717 za podsunięcie mi pomysłu napisania historii zwierzakowych imion.

Rzecz będzie kontynuowana.

 

 

14:22, damakier1
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2