Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
niedziela, 29 grudnia 2013

To już ostatni raz!  mówię sobie każdego roku i głośno pytam, kto to wszystko ma jeść i zapowiadam, że na następne święta już się tak zwariować nie dam i takiego szaleństwa na pewno nie będzie. No jakie szaleństwo? -  mówi na to mój mąż  -  przecież bigos być musi, i kutia być musi, i koniecznie studzinina, i jakiś kawałek schabu upieczonego... -  no, niby musi.

Bigos, wiadomo  –  gotujemy w Specjalnym Dużym Garze do Gotowania Bigosu (SDGdGB) i wychodzi go tyle, że starczy dla nas, dla naszych gości i jeszcze dla zaprzyjaźnionej jednostki wojskowej. Studzininę tylko jeden mój mąż je, ale tyle przy niej roboty, że jak już robić to od razu więcej. Zresztą –  jak mam studzininę, to już nic innego jeść nie będę –twierdzi mój mąż. Kutii to trzeba narobić bardzo dużo, bo przepyszna kutia przyrządzana przez mojego męża słynie w całej okolicy i całkiem sporą gromadę przyjaciół tradycyjnie obdarować przed Wigilią musimy.

I jak do tego dodać jeszcze to, tamto, siamto i owamto –  to się lodówka za mała robi i co się da, wynosimy na werandę. Taka weranda przy świątecznym gotowaniu to zbawienie! Nawet w tym roku, kiedy mrozu nie ma, całkiem sporo można było wynieść  i spore zapasy na werandowym stole poustawiałam. A kiedy tak krążyłam z garnkami między kuchnią a werandą, koty, bardzo zainteresowane, krążyły razem ze mną i coraz większy niepokój je ogarniał. Patrzyły niespokojnie to na mnie, to na garnki na werandowym stole i w oczach miały jedno wielkie pytanie: To wszystko ma tu zostać samo, bez opieki???  Prawdę mówiąc i mnie przez głowę przemknęło, że jakby jaki złodziej cwany był i przez te wszystkie ogrody się przeszedł, nieźle by się obłowił, bo nie ja jedna pewnie sobie taką spiżarnię na dworze urządzam.

Przez tyle lat nigdy nic złego się nie wydarzyło, to i teraz nie ma co się denerwować  - tłumaczyłam kotom, ale nie bardzo były przekonane. Popatrywały to na mnie, to jeden na drugiego, głowami kiwały niby ze zrozumieniem, ale w ślepiach miały niedowierzanie i potępienie mojej lekkomyślności. Potem widziałam jeszcze, że urządziły jakąś naradę i najwyraźniej postanowiły wziąć sprawy w swoje łapy. Teraz o zapasy mogę być całkiem spokojna, bo o każdej porze przy garnkach jakiś dyżurny wartownik siedzi.

 

dyżurny Zima

 

dyżurny Karolek

 

dyżurny Pan Czesio

 

Tylko Franio garnków nie pilnuje. Ostatecznie ktoś musi zdobić świąteczne okno.

 

Franio zdobi okno

czwartek, 26 grudnia 2013

No i na same święta Szopek nam się pochorował. Dopadł go ten sam kaszel, co latem, ale tym razem mocniejszy. Zaczął  pokasływać już w piątek przed świętami, ale w tym przedświątecznym zamęcie zwróciliśmy uwagę dopiero późnym sobotnim popołudniem, kiedy już nieszczęśnik rzęził okropnie. Najgorzej było, kiedy przewracał się na bok, charczał jakby już dusił się na amen, a sterczące nad brzuchem łapki podskakiwały mu rytmicznie, jakby to  jego ostatnie  podrygi były. Całą noc biedak się męczył, ratowałam go ciepłym mlekiem z roztopionym masłem, bo miałam nadzieję, że to mu obolałe gardło posmaruje i jakąś ulgę przyniesie. Pił malutkimi łyczkami i przysypiał na krótko, ale zaraz rozkaszliwał się znowu.

W niedzielę charcholił tak, że aż go chyba od tego kaszlu brzuch bolał, ale jak mu się biedny Kozubku... powiedziało, zaraz ogonkiem wesolutko machał i pokazywał jaki chce być duży. Apetyt też mu dopisywał, specjalnie przygotowaną miękką, łatwą do łykania papkę pochłonął w sekundę i zaraz poszedł wyjeść chrupki z miski Wrony. No to pomyśleliśmy, że skoro apetyt i dobry humor ma, to jakoś tę niedzielę przetrzyma.

W poniedziałek, z samego rana pojechaliśmy do przychodni, a tam   kolejka. Na fotelikach wzdłuż korytarza siedziało sporo ludzi z psami lub kotami, a na środku, w samiutkim przejściu spała rozciągnięta we wszystkie strony suczka  –  rezydentka. Rasy husky, wielgachna, puchata w przepięknym kolorze kawy z dużą porcją śmietanki. Na jej widok Szopek oszalał   –  skrócił się, brzuch wciągnął, uszka nastawił na sztorc, wywijał ogonkiem i z tego wszystkiego rozkaszlał się tak, że wszyscy zawołali głośno: Co mu jest???   i aż pani wetka wyjrzała z gabinetu. Tylko suczka się nie obudziła.

Nie wiem, czy to z powodu tej husky, czy z umęczenia tym kaszlem,  Szopek potworną awanturę w gabinecie urządził. Temperatury sobie zmierzyć nie pozwalał, dotknąć się pani wetce nie dawał, rzucał się z zębami i charcholeniem okrutnym i koniec końców, pierwszy raz w życiu trzeba mu było do badania ryj bandażem okręcić. Temperatury wysokiej nie miał, ale „osłuchanie” nie najlepiej wypadło i wysłała nas pani wetka na rtg -  płuca, serce i tchawicę prześwietlić. Tam Szopcio był już grzeczny, pod aparatem na boczku spokojnie leżał i dość szybko byliśmy z wynikiem z powrotem. Tchawica okazała się w porządku, serce trochę powiększone, a oskrzela paskudne i to one tak mu dokuczają. Dostał lekarstwa, ma siedzieć w domu w cieple i w poniedziałek pokazać się do kontroli.  Kaszel na razie mu nie mija, ale poza tym całkiem dobrze się trzyma i mam nadzieję, że te oskrzela wyleczymy.

 

Z tego wszystkiego, w noc wigilijną nic nie mogłam usłyszeć, co koty mówią, bo Szopek swym kaszlem zagłuszał skuteczniej, niż swego czasu zagłuszano Wolną Europę. Tylko Karolka troszkę podsłuchać mi się udało, bo specjalne zamówienie miałam  –  niewiele zrozumiałam, ale pojedyncze słowa, coś jakby Gropa... Gropa... do mnie dotarły.

 

Ten wpis ilustruję pięknym zdjęciem Szopka, robionym jeszcze latem przez serdeczną moją koleżankę Jałosię. Teraz Szopek przez tę chorobę niezbyt przystojnie wygląda i sfotografować się nie pozwolił.

 

Szopek

sobota, 21 grudnia 2013

dzieło doroli

 

 

 

 

Zdrowego,
pogodnego i spokojnego świętowania

 

Stałym
Bywalcom i  Gościom Przelotnym

 

życzą

 

Wrona,
inne zwierzaki

 

i
damakier

 

 

 

nasza choineczka

czwartek, 19 grudnia 2013

Pałka, zapałka, dwa kije,

Kto się nie schował,

Ten kryje!

 

Szuuukaaam!!!

 

szukajcie!

 

 

Raz, dwa, trzy,

Kryjesz  ty!

 

jestem!

Tagi: koty
19:04, damakier1
Link Komentarze (13) »
środa, 18 grudnia 2013

Franio

 

Samą już mnie denerwować zaczęło, że co na blog zajrzę tam nic, tylko mój piękny medal, a nowego wpisu ani widu, ani słychu... Medal owszem, piękny jest i dumna bardzo z niego jestem, ale ileż może tak wisieć i wisieć? Na dodatek stąd i zowąd różne głosy zniecierpliwienia dobiegać zaczęły, że przysnęłam albo co, a tu jakieś nowe wieści o kotach by się przydały. Ale skąd ja mam nowe wieści o kotach wziąć, jak one nic, tylko śpią i śpią? Nie będę przecież pisać, że się Zima na fotelu, a Pan Czesio na kanapie dzień cały wyleguje.

 

Zima na fotelu

 

Pan Czesio na kanapie

 

Myślałam i myślałam aż wymyśliłam,  że skoro tu ciągle różne przekomarzania są, że Pan Czesio zgrabny i smukły, a Baryła grubas  –  zważę te wszystkie koty, ważenie obfotografuję, opiszę i nie dość, że fajny wpis będę miała, to jeszcze przy okazji się ustali, który kot najtłuściejszy i upiec go na święta najbardziej się opłaci.

Wagę kuchenną mamy elektroniczną, z różnymi bajerami, bardzo dobrą, bo ją w zeszłym roku mojemu mężowi na gwiazdkowy prezent kupowałam i grosza nie szczędziłam. Postawiłam ją na kuchennym stole, na szklanej specjalnej podstawce ustawiłam wielką miskę z nierdzewki i zawołałam Antka, żeby mi do miski Pana Czesia wrzucił, a sama stanęłam z wycelowanym aparatem fotograficznym, gotowym do strzału. Tylko maciupeńki ułamek sekundy trwało, jak Pan Czesio wyprysnął z miski, miska przeleciała z łoskotem przez całą kuchnię, a waga zatrzymała się na skraju stołu tylko dlatego, że błyskawicznie przytrzymałam ją jedną ręką, z drugiej nie wypuszczając aparatu. Na to wszystko wpadł do kuchni mój mąż, w mało wybrednych słowach poddał w wątpliwość moją inteligencję i zabronił dotykać jego wagi. Powiedziałam Antkowi, żeby się dziadkiem nie przejmował, tylko łapał Baryłę i spróbujemy raz jeszcze. Niestety, Baryła trzymał stronę mojego męża i z miski wyrwał jeszcze energiczniej niż Pan Czesio. Antek oświadczył, że ma dosyć i więcej kotów łapać nie będzie i zostałam z niczym.

Wszystko to działo się wczoraj i zła, jak chrzan spać poszłam, ale widać koty przez noc sprawę przemyślały, bo dziś od rana miłe i uczynne były nadzwyczaj. Franio to nawet do tego się posunął, że jak się w tefałenie  konferencja Tuska zaczęła, za telewizorem stanął i zawołał, żebym napisała, jak to on za suflera premierowi się wynajął.

 

Franio sufler

 

Prędko zdjęcie mu zrobiłam i rzuciłam się sprawozdanie z konferencji pisać, ale Baryła przez ramię mi zerknął i aż za łeb się złapał, co ja tu za głupoty wypisuję. Powiedział, że to żenada i żebym  natychmiast skończyła wypisywać te brednie.
No to skończyłam, a Baryła wystąpił jako kropka:

 

Baryła jako kropka

czwartek, 12 grudnia 2013

Od czasu, gdy mi mąż mój sprezentował aparat i sama zdjęcia na blog zaczęłam robić, żadne mi się chyba tak nie udały, jak zdjęcia czarnej Wronki z białym Zimką. 

Aż sama się zadziwiłam, że taka zdolna jestem i bardzo łasa na pochwały, z wielką radością wszystkie  komentarze czytałam. No, ale aż takiego uznania to się nie spodziewałam

ave.duce07.12.13, 15:45Odpowiedz

Wnioskuję o natentychmiastowe przyznanie Damie Kier Orderu Czarno Białego Aparatu Fot. - za TO!

A niebawem, w ślad za tym zgłoszeniem, ukazał się taki Komunikat nowej w Trójcy Jedynej Kapituły: 

nowy oeder

 

 

To dla mnie zaszczyt i radość wielka! Ten piękny order poczesne miejsce na mym biuście mieć będzie!

 

Wielką mi też przyjemność uczyniła Starakamienica, od niedawna goszcząca na moim blogu. Otrzymałam od niej nominację : 

http://listyodmamy.blox.pl/2013/12/Liebster-Blog-Award.html 

Przyjmuję to jako wyraz sympatii i za nominację bardzo dziękuję.

 

Listy od mamy to bardzo wzruszające i serdeczne rozmowy Autorki z jej szykującym się do przyjścia na świat dzieckiem, od niedawna prawie na pewno wiadomo, że z synkiem. Z wielką przyjemnością podczytuję i Wam też radzę.

poniedziałek, 09 grudnia 2013

Zadzwoniła moja komórka i jakiś pan powiedział: jestem z poczty, mam dla pani paczkę, a nikogo nie ma w domu... Byliśmy akurat w samochodzie i już wracaliśmy, więc poprosiłam, żeby poczekał pięć minutek. Całą drogę intensywnie myślałam, co to za paczka i komu do głowy przyszło mnie czymś obdarować, bo żadnej przesyłki od nikogo się nie spodziewałam.

 

Paczka okazała się od Gata. Natrudziłam się przeokropnie przy odpakowywaniu, pozrywałam najpierw gęsto poprzylepianą taśmę klejącą, przebiłam się przez grubą warstwę folii, zerwałam pakowy papier i dostałam się do białego pudełka z napisem: KITCHEN SCALE (CR8817A)

 

czyżby waga?

 

No, tak... pomyślałam –  ciągle ktoś na blogu się upomina, żebym wszystkie koty poważyła, to się  Gat w końcu zniecierpliwiła i wagę mi przysłała...   Ale to, co z pudełka wyciągnęłam, to nie była waga. Było to zawinięte w szarą, lnianą ściereczkę coś dziwnego, z zadartymi do góry czterema nóżkami, obutymi w mięciutkie paputki z gąbki. I  właśnie po tych zadartych nóżkach, zaczęłam się domyślać, co w ściereczce jest schowane.

 

jakie ładne buciki

 

Nie rozwinęłam jednak od razu ściereczki. Najpierw przeczytałam list. Z listu wynikało, że oto wróciła do mnie moja rodowa patera, tragicznie przez Karolka rozbita:

 

tak było

 

Gat napisała tak:  Pozbierałam starannie wszystkie kawałeczki z podłogi i oddałam się czarom-marom. Oto skutek.

 

patera

 

Ucieszyłam się niesamowicie i tak, jak Gat w swym liście prosiła, czym prędzej do patery powkładałam wszystkie wspomnienia i stare rodzinne historie z nią związane.

 

A tu, żeby wszyscy zobaczyć mogli, jak wielka jest czarodziejska moc Gata, na pierwszym zdjęciu rzeczona patera przed stłuczką, a na drugim cudownie odzyskana za sprawą gatowych czarów-marów:

 

patera przed stłuczką

 

patera wyczarowana

 

Późnym popołudniem słyszałam, jak koty schody obsiadły i wydziwiały straszliwie.  No i czego tak się na mnie darła? - dopytywał się Karolek, a Franio wtórował – no właśnie, mówiła, że już się tego nie da odratować, a proszę, nawet śladu nie ma...!

A wieczorem, przy kolacji, mąż mój popatrzył na stojącą na stole paterę, uśmiechnął się marzycielsko i spytał  -  a nie możesz ty na ten blog wstawić zdjęcia jakiegoś porządnego rozbitego samochodu....?

23:14, damakier1
Link Komentarze (9) »
niedziela, 08 grudnia 2013

W czwartek, kiedy coraz bardziej alarmistyczne komunikaty w telewizji nadawali, coraz bardziej nerwowo zaczęło się robić i po południu postanowiłyśmy z Dorolą cały zwierzyniec połapać, policzyć i póki Ksawery się nie ustatkuje, nie wypuszczać.

Z psami problemu nie było. Same, jak tylko do ogrodu wyszły i wiatr na nie dobrze dmuchnął, czym prędzej  pędem do domu wróciły. I na każde napomknienie, że może sikać by poszły, przecząco łbami kręciły i że wytrzymają odpowiadały.

Z kotami gorzej. Wprawdzie do wieczora wszystkie pozbierać się udało, ale pojadły, posiedziały i dalej koniecznie iść, po dworze się włóczyć chciały. Jakoś je tam Dorola spacyfikowała i w końcu spać poszły, ale w piątek to już wszystko było na mojej głowie.

Tak normalnie, to w ciągu dnia prawie tych kotów nie zauważam. Maszka siedzi na górze, a reszta włóczy się nie wiedzieć gdzie po okolicy i czasem tylko Karolek wpadnie coś pojeść, Franio przyjdzie podrzemać pod zegarem albo natknę się na Pana Czesia, ułożonego na przygotowanych do prania firankach.

 

Pan Czesio

 

Teraz, kiedy areszt na nie został nałożony, rozpanoszyły się  po całym domu, pełno ich zrobiło się wszędzie i ruszyć się nie mogłam, by się na jakiegoś kota nie natknąć:

 

Wszędzie koty

 

Mężowi swojemu ustawicznie powtarzałam  - nie wypuszczaj kotów! - a on mi – a niech idą w cholerę! - odpowiadał, bo podobnie jak ja, miał już po dziurki w nosie ciągłego miauczenia to pod jednymi, to pod drugimi drzwiami  –  wypuśćcie mnie... wypuśćcieeee!!!!

 

Wypuśćcie mnie!

 

Ale daliśmy radę i kiedy Dorola z pracy wróciła, kotów sztuk pięć zameldowałam. No i co? Cała piątka rzuciła się na skargę, że  wolność im odebraliśmy, że to zamach na święte wartości jest i że jak tak dalej pójdzie, to tu Kaczyńskiego Jarosława zawezwą  – i Dorola szybciutko powiedziała, że jak tak, to niech idą! Drzwi szeroko otworzyła i całe towarzystwo rzuciło się na dwór. To znaczy, prawie całe, bo Maszka w progu wyhamowała, jak na disneyowskim filmie i zawróciła na górę.

A po chwili przez okno werandy zobaczyłam czekających na stole Karolka i Zimę, a gdy otworzyłam drzwi frontowe, najpierw wpadł Franio, a zaraz za nim Pan Czesio. I już do nocy spokój był, koty pomelinowały się po kątach i ani im w głowach było jakieś po świecie łażenie.

W sobotę zostało po Ksawerym już tylko wspomnienie, nawet z Wroną na dłuższy, a potem jeszcze z Szopkiem na krótszy spacer poszłam i choć wiało dość mocno, to było całkiem przyjemnie.

Koty łaziły już jak i gdzie chciały. A ogród za oknem wyglądał tak:

 

Po Ksawerym

 

czwartek, 05 grudnia 2013

białe i czarne

 

białe i czarne

 

białe i czarne

 

białe i czarne

 

Tagi: koty pies psy
00:19, damakier1
Link Komentarze (31) »
środa, 04 grudnia 2013

Tyle było w ostatnich komentarzach próśb, żeby do wylegujących się kotów jeszcze Maszeńkę z Panem Czesiulkiem dołożyć, że poczułam się zobligowana. Ale dzisiaj dzień już wcale słoneczny nie był i żaden kot wylegiwać się na dworze najmniejszego nie miał zamiaru. Dopiero późnym wieczorem wybrałam się do Dorolki z aparatem i wyobraźcie sobie, że jak na zamówienie – na kanapie, pięknie do siebie przytuleni leżeli Pan Czesio z Maszeńką! No, cud, miód, ultramaryna...   Piękne zdjęcie można by było zrobić, gdyby Czesiek na widok aparatu nie zerwał się na równe łapy i mimo, że go Dorola złapać próbowała, nie dał dyla z kanapy:

 

Pan Czesio

 

Za to Maszeńka pozowała z dystynkcją i spokojem:

 

Maszka pozuje

 

Ileśmy się z Antkiem namordowali, zanim się nam uciekającego Pana Czesiulka złapać i na kanapie posadzić udało, to nasze. Ale tym razem Dorola mocno trzymała, Wrona pilnowała i proszę:

 

Panie Czesiu nie uciekaj...

 

A skoro już taki koncert życzeń urządziłam, to jeszcze dla Ave zdjęcie Szopka, które sama niedawno dostałam w prezencie:

 

Szopek

 

I jeszcze dla Gropy – najnowsze zdjęcie Karolka:

 

Karolek

 

Tagi: koty pies psy
00:50, damakier1
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2