Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
czwartek, 29 marca 2012

 

Przyszła do nas wczoraj wieczorem Dorolka postępy w remoncie zobaczyć. Stanęła w drzwiach pokoju, a za nią w przedpokoju zatrzymał się Zima. Pooglądała Dorola nasze dokonania, pogadaliśmy, co już zrobione, a ile jeszcze roboty zostało, aż Zimce znudziło się czekanie i miauknął cichutko – miau...
Nikt na to uwagi nie zwrócił, więc zniecierpliwiony powtórzył głośniej –
miau, miau...! - Miau, miau! - odpowiedziała Dorola, no to Zima za nią takie samo miau, miau!

I się zaczęło: Dorolka przeciągle miaauu, miaaauu – to Zima takim samym przeciągłym miaauu, miaaauu – odpowiada. Dorola miauknie raz, to i Zima raz. Zima dwa razy, to Dorolka dwa razy, trzy – to trzy... Przemiaukiwali się tak długą chwilę, prześmiesznie to wyglądało i ubawiliśmy się wszyscy co niemiara, aż Dorola wzięła Zimę i do siebie na górę poszli.

 

Wstałam ja dziś rano, wchodzę do kuchni, a tam już krząta się mój mąż i wyraźnie słyszę, jak miau do kogoś mówi. Zatrzymałam się chwilę, nasłuchuję – ale nie, nie przesłyszałam się – miau, miau...znowu mój mąż powtarza.

A tobie co?! - pytam, a on na to: - Z kotem rozmawiam! - i pokazuje palcem na okno. Patrzę, a tam faktycznie – na werandzie siedzi na stole Zima i lekko zdziwiony gapi się w naszą stronę.

Miauuu!!! - zawołał mój mąż, a Zima brwi tylko lekko uniósł i nadal milczy jak zaklęty.

A gdy w całkowitej już desperacji mąż mój pod same podszedł okno i grubym basem donośne miaauu, miaauuu!!! wymiauczał, Zima tylko łapką w biały łepek się postukał, czarnym ogonkiem się odwrócił, hycnął ze stołu i poszedł sobie z werandy mocno zdegustowany.

 

A teraz wszystkie koty dziwnie jakoś mojemu mężowi się przyglądają i najwyraźniej podśmiewają się między sobą. Widać zdążył już Zima im o wszystkim opowiedzieć.

18:48, damakier1
Link Komentarze (3) »
środa, 28 marca 2012

Wielkanoc się zbliża, więc wzięła się Dorola za robienie drzewek
wielkanocnych. Naucinała w ogrodzie gałęzi bzu, derenia, złotlinu,
powtykała je w donice, zalała cementem, a gdy cement zastygł –
wzięła się do dekorowania: bzowe gałązki białą farba pomalowała, a dereniowe i złotlinowe w naturalnej czerwieni i zieleni pozostawiła. Tak przygotowane drzewka, niczym choinki przystrajać zaczęła.

Wieszała na nich kolorowe koraliki, przyklejała wypreparowane suszone listki, piórka i zaschnięte płatki hortensji wyglądające, jak malutkie
motylki.

Kiedy tak pracowała, dobiegały do mnie z góry takie zawołania:

  • Panie Czesiulku kochany, nie rusz tego...

  • Panie Czesiu, zostaw.

  • Zostaw!

  • Czesiek! Do cholery, nie ruszaj!

Potem to nawet straszniejsze okrzyki słychać było, ale aż nie wypada
ich tu przytaczać.

 

Wymodziła Dorolka drzewko cudne, podowieszała jeszcze śliczne kolorowe jajeczka i poszła w piękny słoneczny dzień drzewko na murku przy drzwiach wejściowych ustawiać.

To się źle skończy – złowróżbnie powiedział mój mąż, ale ona tylko ramionami wzruszyła i wyszła z drzewkiem przed dom. Ustawiała drzewko z przejęciem wielkim raz po raz doniczkę obracając i przyglądając się, jak ustawione najpiękniej dom nasz ozdobi. Tymczasem zza murka wystawał bezczelny pysk Pana Czesia, który przyczajony bacznie przyglądał się tej robocie i w skupieniu liczył, ile to kolorowych jajeczek na drzewku jest do strącenia.

 

W końcu Dorola drzewko ustawiła jak należy, do domu weszła i
jeszcze drzwi nie zdążyła dobrze zamknąć, jak rozległ się
łomot. Za drzwi Dorolka wypadła i tylko koniec czarnego ogona
zdążyła zobaczyć, a ja w domu usłyszałam straszne –
Czesiek,
cholera jasna!

I ustawianie zaczęło się od nowa. Tym razem drzewko postało aż do
wieczora, ale gdy przed pójściem spać szło się koty na noc do domu wołać, trzeba było znowu przewrócone drzewko podnosić.
Nazajutrz okazało się, że pospadało trochę jajeczek , urwało się kilka motylków, tu i ówdzie nadłamała się gałązka i trzeba było drzewko do remontu z dworu zabrać.

Tłumaczyłam Doroli, żeby dała sobie spokój, bo jak Pan Czesio coś sobie
postanowi to nie odpuści i drzewka nigdy w życiu w spokoju nie
zostawi. Ale Dorolka uparta jest wcale nie mniej od Pana Czesia i też
się zawzięła – co Pan Czesio się przyczaił i wystawione drzewko przewrócił, szła je na powrót ustawiać i poczynione szkody naprawiać. Co Dorolka drzewko na powrót ustawiła, ledwo tylko za zamkniętymi drzwiami znikła, już Pan Czesio zza żywopłotu wyskakiwał, hyc na murek i dalej drzewko na wszystkie strony obrabiać!

I pewnie do samej Wielkanocy by ta zabawa trwała, gdyby się Pan
Czesio któregoś razu nie przyłożył naprawdę solidnie i drzewko
nie tylko  przewrócił, ale w ogóle z murka je zwalił.

Tu już Dorola dała za wygraną. - Dobra, kocie, wygrałeś! –
powiedziała – Nie chcesz drzewka, to ozdobię dom inaczej!  Uplotła wielkanocny wieniec i zawiesiła na drzwiach:

 

 

A tak wyglądało to drzewko zanim je Pan Czesio zrzucił na schody:

 

 

środa, 21 marca 2012

Tak naprawdę, to nazywa się Hektor.

 

Furtka sąsiadów wychodzi na podjazd naszego garażu. Za furtką jest
ogród, a w nim mieszka piesek – nieduży kundelek, czarny podpalany z misiowatą buzią. Taki rottweiler – miniaturka.
Pilnuje gołębnika z hodowanymi przez sąsiada gołębiami, bawi się
piłeczkami, obszczekuje zajadle nasze koty. Ludzi kręcących się
po podjeździe traktuje przyjaźnie, ale bez zbytnich emocji.

Co innego, gdy przed domem pojawi się mój mąż. Piesek natychmiast
przybiega do furtki, wspina się na tylne łapy, wpycha łepetynę
między sztachety i wydaje z siebie przedziwne ni to skomlenie, ni to
popiskiwanie – jakieś skrzypienie właśnie.

Skrzypi tak i skrzypi coraz donośniej i bardziej rozpaczliwie, aż mąż mój z drogi zboczy i do furtki podejdzie. Wtedy piesek aż trzęsie się cały z
uciechy, łepek przez sztachety  jeszcze bardziej przeciska, oczy przymyka i skrzypi z większym jeszcze zapałem  pieszczot się domagając. Nic więc dziwnego, że mąż mój bardzo szybko z Hektora na Skrzypka go przerobił. Dobry Skrzypek, Jak się masz Skrzypku – powtarza i za uszka go tarmosi, pod bródką drapie i mizia usłużnie we wszystko, co Skrzypek z entuzjazmem podstawia.

Podchwyciły to uliczne dzieci, inni sąsiedzi, a i pani sąsiadka czasem się
zapomni i Skrzypek na Hektora zawoła. Nie podoba się to sąsiadowi. Nie po to sobie psa do pilnowania gołębi sprawił i nadał mu poważne imię Hektor, żeby się psina do obcego łasiła i jako Skrzypek mu skrzypiała.

Kiedy więc ujrzy mego męża przy furtce, jak psie uszka tarmosi i
Skrzypek..., Skrzypciu..., Skrzypuniu... głośno powtarza, niby uśmiecha się wyrozumiale, ale zaraz przywołuje psa do porządku i -  Hektor! głośno woła. Nic z tego: Skrzypek ledwo okiem  w stronę swego pana łypnie i rozskrzypuje się jeszcze donośniej i energiczniej. Na to mój mąż jeszcze mocniej psią bródkę skrobie i futerko głaszcze, coraz dobitniej Skrzypku...,
Skrzypeczku...
powtarzając, a sąsiad z coraz  mniejszym przekonaniem swoje Hektor, Hektorek... woła.

Wszystko to niby w żartach, niby takie lekkie, sąsiedzkie przekomarzanie,
ale widzę wyraźny cień  satysfakcji w spojrzeniu mego męża, a poprzez uśmiech sąsiada wyraźne wkurzenie przebija.

Mężczyźni są jak dzieci...

 



poniedziałek, 19 marca 2012

Zażyczyła sobie Almetyna bym poprawiła zdjęcie tak, by było widać ile jest dyni w Dyni. No to ja, nie dość, że pierwszy raz sama zdjęcia do bloga robiłam, to jeszcze pierwszy raz w zyciu wzięłam się za obrabianie zdjęcia tak, by Almetynę ucieszyć. Starałam się bardzo, a wyszło jak wyszło:

 



19:13, damakier1
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 marca 2012

Wiosna się zrobiła, a nawet wybuchła i wyruszyłam do ogrodu na wiosenne porządki. Najpierw zrobiłam remanent – szkód wielkich zima nie poczyniła, tylko ognik wyrudział i pewnie zmarniał i przemarzła ogromna laurowiśnia. Zaczęłam porządkować ogródek skalny przy oczku wodnym, a Dorola wzięła się za porządkowanie biednej laurowiśni i strzygła ją ze zmarzniętych gałązek niczym Dynię z kołtunów.

Jak tylko się pokazałyśmy w ogrodzie – zaraz pojawił się cały zwierzyniec. Psy nam towarzyszyły od początku,  po chwili pojawił się Dynia z Panem Czesiem, a w oddali przysiadł Zima i zbierał się w sobie, by odważnie do wszystkich dołączyć.

Popędziłam do domu. - Chodź, porób mi zdjęcia do bloga tak, żeby wszystkie zwierzaki były razem! - zawołałam do męża. Mąż stał na drabinie i przyklejał tapetę do ściany. - Sama sobie porób – odpowiedział i ani myślał zleźć z drabiny. A żebyś wiedział, że sobie porobię! - pomyślałam, wzięłam aparat, posprawdzałam, gdzie się co przyciska i poszłam do ogrodu. Psy przybiegły natychmiast. Co masz? Co masz? - dopytywała się Wrona, a Szopek kręcił się w kółeczko i grubym tyłkiem siadał mi na stopach, co jest jego ulubionym zajęciem.

W ukochanej książce mojego dzieciństwa: Daszeńka, czyli żywot szczeniaka (aut.: Karel Czapek) jest przepiękna opowieść o fotografowaniu szczeniaka. Próba jednoczesnego sfotografowania trzech kotów i dwóch psów to zadanie tysiąckroć bardziej karkołomne.

O spędzeniu całego towarzystwa w jedną fotogeniczną gromadkę mowy nie było! No to próbowałam sfotografować koty. Ledwo tylko przykucałam na trawie, by złapać w kadr jednocześnie Zimę, Dyńkę i Pana Czesia z zapałem buszujących wśród gałęzi laurowiśni, Wrona z entuzjazmem właziła mi na plecy, bo przecież wiadomo – jeśli człowiek kuca to po to,  by na niego włazić i ewentualnie oblizać mu uszy. Tymczasem koty rozłaziły się, więc próbowałam sfotografować psy, a ilekroć wycelowałam obiektyw w stronę któregoś – zaraz podbiegał i nosem tyrpał w aparat z wielkiego zapału do gwiazdorstwa i pozowania.

Ale zaparłam się. Mężowe Sama sobie porób! Dźwięczało mi w uszach i nie odpuściłam!

A oto, czego dokonałam:

Przyszedł do ogrodu Zimka:

 

 

Coś sobie z Wroną poszeptali do ucha:





 

Wrona pobiegła bawić się piłką:



 

 A Zima pod laurowiśnią spotkał się z Dynią:



 

 

A tu Dynia z Panem Czesiem.

Wszystko to obserwowała Wrona – na pierwszym planie jej uszy:



 

 

Franio zajrzał do ogrodu tylko na chwilkę i poszedł  dumać samotnie „od frontu”:



 

 

 

 

środa, 14 marca 2012

Wszystkie koty nasze, przeszłe i obecne, z rasy zwyczajnej europejskiej się
wywodziły i wywodzą. Futerkami są obleczone różnorakimi pod względem koloru i wzoru, ale wszystkie mają sierść króciutką a gęstą, nie dopominającą się żadnej praktycznie pielęgnacji. Nawet Franio, którego mamusia była persiczką i z tej racji futerko na brzuszku ma szczególnie puchate, nie mechaci się ani nie kudłaci. I raz tylko była potrzeba Zimę wykąpać, kiedy od sąsiada ze zwiedzania piwnicy pełnej węgla wrócił. Nikt też sobie w całej naszej rodzinie nie zdawał sprawy, co to znaczy kot
rasowy, norweski leśny długowłosy i co to za robota futro jego w jakim takim stanie utrzymać.

Już na samym początku po pierwszych zachwytach zorientowaliśmy się przystojniaka głaszcząc, że włos rudy piękny i miły jest w dotyku, ale pod palcami pełno twardych kulek ze zbitych kołtunów się wyczuwa. Najwyraźniej poprzedni właściciel nie zawracał sobie głowy kocią toaletą, a co gorsze w ogóle nie nauczył go, jak się porządny kot przy czesaniu  zachować powinien.  Póki jeszcze Dyniek siedział w domu było do wytrzymania. Ale kiedy po dworze zaczął buszować, nie dość, że w kudłach pod brzuchem i pod pachami znosił a to patyczki połamane, a to kępy zeschłych traw albo ułamane gałązki daglezji z końca ogrodu, to jeszcze niewielkie kołtuniaste kulki w jego sierści zaczęły przemieniać się w potworne wielkie buły zbitego futra, połączone jedne z drugimi i rozłażące się po całym kocie. Już samo powyjmowanie z niego tego śmietnika złożonego z suchej roślinności i ptasich piórek grozi śmiercią lub kalectwem, a wszelkie próby rozczesania kołtunów to już  prawdziwa jazda bez trzymanki. Jednym ze sposobów jest danie mu czegoś pysznego do miseczki i szybkie wyczesywanie futerka,  gdy Dynia zajada. To daje jakieś 7 do 8. sekund spokojnej pracy. Druga metoda polega na czesaniu za pomocą jednej szczotki w ręce czeszącej i drugiej w ręce markującej. Ręką markującą zaczyna się szczotkowanie pod kocią brodą, a gdy wkurzony Dynia obłapi szczotkę wszystkimi czterema łapami i wbije w nią zęby – ręką czeszącą delikatnie rozczesuje się kołtuny w rejonach jak najbardziej oddalonych od kociej mordy. To pozwala na jakieś 20 sekund działania. I wreszcie metoda trzecia, najbardziej efektywna: wymaga dwóch osób, pary rękawic ochronnych, szczotki, metalowego grzebienia i specjalnych nożyczek z zaokrąglonymi czubkami. Jedna osoba (Antek) urękawiczonymi dłońmi trzyma Dynię, a druga (Dorolka) szczotkuje, wyczesuje i wycina na wyrywki, co jej się złapać uda. To pozwala nawet na cały kwadrans efektywnej pracy, ale spokojna ona nie jest nic, a nic, bo przez cały czas Dyniek się wyrywa, drze i wzywa Towarzystwo Opieki nad  Zwierzętami nadaremno.
I chociaż staraliśmy się bardzo wszystkimi trzema metodami karolkowe futro do porządku doprowadzić, potworniastych kołtunów przybywało w tempie o wiele szybszym, niż udawało się je usuwać. I wkrótce Karolek/Dynia przemienił się w prawdziwą Wiedźmę Ple-Ple.





A dzisiaj siedziałam ja sobie przy biurku, a z góry zeszła Dorola i położyła przede mną kłąb czegoś, co przypominało najbardziej zawartość wybebeszonego starego materaca.

Co to jest? - spytałam. Golę Dynię – odpowiedziała Dorola. Poszłam za nią na górę. Dynia leżał na boku rozwalony na całą wielkość fotela. Wśród płomiennie rudych fragmentów jego futra bielały rozległe wygolone plamy z pozostawionym jaśniutkim, króciutkim puchem. Dorola włączyła elektryczną maszynkę i zaczęła nią jeździć po kocim brzuchu. Dynia wyciągnął się jeszcze  bardziej i przewrócił na plecy.

Maszynka cichutko warczała, Dynia mruczał, Dorola pracowała w skupieniu.

Kiedy to piszę, z góry dobiega cichy warkot maszynki. Ciekawe, czy kiedy Dynia przyjdzie jutro na śniadanie i wskoczy na przyzlewną półeczkę, to go poznam?

 

00:26, damakier1
Link Komentarze (6) »
środa, 07 marca 2012
  • Chodź,chodź prędko do okna! - zawołał z małego pokoju mój mąż.Podbiegłam, a tam po placyku kobieta jakaś czarnego psa na smyczy prowadzi. No, ale żeby to zwykłego psa, zwykła kobieta! Pies, wypisz wymaluj Wronka nasza, tyle że staruszek Bóg raczy wiedzieć, jak wiekowy.

Czarniutki wszędzie tam, gdzie mu resztki sierści jeszcze zostały, bo w większości – na zadzie, tylnych łapach i po bokach ołysiał zupełnie i gołą, kostropatą skórą świecił. Mordę całą miał posiwiałą, a uszy, czy sterczące, czy klapnięte nie wiadomo, bo łeb niósł nisko zwieszony, to i uszy zwisały mu, jak dwa gałganki.

Szedł ten pies powolutku, sztywnym, charakterystycznym dla starych psów krokiem – co i raz przystawał, zamyślał się, a potem długo i skrupulatnie obwąchiwał mijany płot i asfalt ulicy.

No, a kobieta – mego wzrostu i postury, ale na oko starsza znacznie...

Moja ulica jest malutka, ślepa, niczego na niej prócz paru domów mieszkalnych nie ma, to i powodów do zaglądania na nią niewiele. Nie dziwota więc, że przyprowadzenie na mój placyk, przed moje okno mnie samej z Wronką za lat kilkanaście do przedziwnych rozmyślań mnie przywiodło.

 

Pierwsze to to, że tak niedawno, przed chwilą prawie tę Wronkę do domu sprowadzałam, a choć wariatką, jaką była jest ciągle, to śnupa już jej siwieje na potęgę i zaraz niczym Szopek siwy ryjek będzie miała. A od tego już jej do tego psiego starca krok malutki, a mnie do tej starowinki, która go prowadziła, taki sam mały.

Po drugie na myśl mi przyszły dawne psy moje, które długie lata przy mnie były i odeszły.

Florek – malutki, biały piesek, jeszcze mój „panieński”. Wzięłam go ze schroniska. Wyglądał jak biała niewinna maskotka, a okazał się zabijaką, który rządził na całej dzielnicy i nawet największe psie bandziory czuły przed nim respekt. Kiedy wyszłam za mąż, długo trwało nim Florek uznał, że już kto inny został przewodnikiem stada. A gdy urodziła się Dorolka, pilnował jej przed wszystkimi  obcymi, ale kiedy podrosła i już raczkowała po podłodze, patrzył, czy nikt nie widzi i złośliwie szczypał ją w pupę. Nie wiadomo ile Florek miał lat, gdy go brałam do domu, ale u nas był lat 17 i w ostatnich latach, choć nie chorował, a humor i apetyt mu dopisywały, widać było, że żywot jego zbliża się do końcówki. Oślepł i ogłuchł prawie całkowicie, dnie i noce prawie w całości przesypiał, tylko na chwilę wyprowadzany do ogrodu na sikanie. I zdarzyło się tak, że pewnej wiosny, kiedy zima postanowiła nie ustąpić i sypnęła ostro śniegiem, Dorola zachorowała na anginę. Wstałam w nocy podać jej antybiotyk, a Florek podniósł się z materacyka i podreptał pod drzwi. Otworzyłam pewna, że siknie pod schodami i zaraz wróci i zajęłam się Dorolką. Dałam jej lekarstwo, a psa nie było. Ubrałam się, wylazłam do ogrodu w sypiący śnieg – ani śladu. Obudziłam męża, wzięliśmy latarki, jeszcze raz obeszliśmy cały ogród, całą ulicę – bez skutku. Doczekaliśmy dnia – sprawdziliśmy na działkach, w ogrodach i piwnicach sąsiadów. Szukały Florka wszystkie okoliczne dzieci, dowiadywaliśmy się w schronisku, pisaliśmy ogłoszenia... Kamień w wodę! Najwyraźniej nie chciał Florek kłopotu nam sprawiać i poszedł sobie umrzeć.

Po Florku był Drop, znajda z ulicy – piękny postawny kudłacz, postrach kotów i niestety kotobójca. To przez niego przez długich 18 lat w naszym domu nie było kota. Lata płynęły, a Drop w świetnej kondycji trzymał się znakomicie i nikt nawet nie pomyślał, że się to zmieni. Gdzieś tak po skończeniu 15. lat zachorował bardzo ciężko. Podobno był to zawał i potem zapalenie płuc. Ale wykaraskał się i nawet potem, gdy zjawiła się Papsiuczka, jakby trochę odmłodniał. Niestety na krótko. Pierwszy raz pomyślałam, że Dropciu się kończy, gdy szłam z nim przez obce podwórko, a on raptem nadział się w nos w nos na wylegującego się kota i przeszedł obojętnie, nawet go nie zauważając. A potem to już poszło... Zaczęło wysiadać wszystko po kolei i w końcu nie było rady, doszliśmy do podjęcia tej najtrudniejszej z trudnych decyzji.

Potem była Papsiuczka, potem Dadunia, a dzisiaj patrzyłam przez okno, jak starowinka ja chodzę po placyku ze starowinką Wroną. Pewnie dlatego tak mi się na myśli o starości i umieraniu zebrało.

 

A może i dlatego, że byłam dziś na cmentarzu na grobie moich Rodziców.

Jutro 21. rocznica śmierci mojej Mamy.

17:48, damakier1
Link Komentarze (8) »
wtorek, 06 marca 2012
poniedziałek, 05 marca 2012

Przechorował się ten Biedny Karolek i potem długo jeszcze na nędznej ryżowej diecie się mordował to i wychudł, jak niteczka, rude futerko mu się skosmaciło, straciło blask cały i z przystojniaka zrobił się obraz nędzy i rozpaczy. Nie dziwota więc, że gdy tylko Karolek na dole w kuchni się pojawiał, ręka sama mi otwierała lodówkę by jaki plasterek szyneczki ukroić i pod koci pyszczek podstawić. Szybko się Karolek zorientował, że   różne przysmaki, jakich w górnej stołówce  co dzień nie uświadczysz, na dole można trafić. Teraz, kiedy z dworu wracał, na schody wcale nie skręcał, tylko prosto do mojej kuchni, na półeczkę przy zlewie się kierował. Ja już na tej półeczce specjalną miseczkę zdążyłam ustawić, a jak już była miseczka, to specjalne przysmaki Karolkowi zaczęłam kupować. I wstyd się przyznać, dogadzałam rudzielcowi  przed całą resztą to ukrywając i za nic mając sprawiedliwość społeczną.

 

Bo pokochałam ja tego kota miłością bezgraniczną i bałwochwalczą. Co sobie na przyzlewnej półeczce przysiadł, to ja mu myk jakąś pyszotkę do miseczki!

Ułożył się na biurku – to ja w te pędy po grzebyk i szczotkę cudne rude futro rozczesywać!
Karolek czesania nie lubi i wkurzony zaraz mi pazurami po ręce
przejedzie, to ja wodę utlenioną na ranę leję, oczy przymykam i – Jaki szybki, jak tygrys! - z zachwytem mówię.

Urządził  sobie Karolek w szafie miejsce do spania, to ja, choć wszystkim kotom w ogóle nie pozwalam po sypialni się kręcić, przypominam wieczorem mężowi: - Tylko nie zapomnij na noc drzwi od szafy uchylić!

 

Jak to wszystko Dorola z mężem swym, Tatinkiem, zobaczyli – już mnie mieli: Tak? - wrzeszczeli – Wronce szyneczki nie dasz, Pana Czesia z kuchni pędzisz, a tej ryżej mendzie dogadzasz? A przeczytaj sobie, coś pisała: „gupia córka z gupim z mężem”! Przypomnij sobie, jakeś wydziwiała, po co nam nam tego czwartego kota sprowadzać? Leć teraz na foruma i odszczekuj wszystko!

Tak na mnie się darli i prawdziwie mieli rację, bo trułam im okropnie, by się opamiętali i z czwartym kotem dali spokój, bo nieszczęście tylko i sodomia z gomorią z tego będzie. I wszystko, co żem gadała odszczekuję i przyznaję, że moja gupia córka ze swym gupim mężem słuszną rację mieli i mądrze uczynili nadzwyczaj, rude to stworzenie do domu sprowadzając.

 

Gdy nadszedł czas Halołynu i zaczęto stosowne dekoracje przed domami ustawiać, wracając z miasta zobaczyłam z daleka, że na murku przy naszych drzwiach Dorolka pięknie pomarańczową, dorodną dynię postawiła. Podeszłam do furtki, a dynia zeskoczyła z murka, ogon na sztorc postawiła i przywitała mnie pięknym mrrau!

 

I tym sposobem Karolek Dynią został.

 



 

Tagi: dynia
14:25, damakier1
Link Komentarze (8) »
czwartek, 01 marca 2012

Wstaw to zdjęcie – mówi mój mąż i podtyka mi przed oczy wielkie rybsko pływające w stawie. Zrobił to zdjęcie w Parku Oliwskim i bardzo jest z niego dumny. Podobno nie sztuka sfotografować ryby w wielkich akwariach, mając je na wprost nosa, ale zrobić zdjęcie w naturze – to zupełnie inna sprawa! Trzeba się zaczaić i mocno naczekać, aż ryba wypłynie z zarośli, a światło będzie padać tak, że przebije się przez wodę nie odbijając się od niej i nie dając niepotrzebnych blików. No i ważne jest, żeby gdy światło już jest, jak trzeba – ryba nie uciekła.

Nie mogę wstawić tego ryba, bo nic nie mam o rybach do napisania, a zdjęcia to ilustracje do tekstów – tak odpowiadam i
przyglądam się wielkiej rybie na fotografii. To karp królewski,
taki jakie trafiają na wigilijne stoły. Ten na zdjęciu jest
ogromny, mąż twierdzi, że aby dojść do takiego rozmiaru musi
mieć ze dwadzieścia lat.

 

Ryb znajomych nigdy nie miałam i zawsze wydawało mi się, że z ryby w akwarium, czy z ryby na ekranie telewizora taki sam pożytek tyle, że z tą druga roboty nie ma. Dopiero, kiedy do ogrodowego oczka wodnego wpuściliśmy trochę karasi i bestie zaczęły podpływać do brzegu w porze karmienia przekonałam się, że coś jednak tak ryba skumać potrafi. Później to nawet tak się oswoiły, że gdy wsadziło się rękę do wody przypływały i miziały się lawirując między palcami. Może dlatego, że gromadka ich spora była i nie dało się jednych od drugich odróżnić i jakimiś imionami  nazwać, nie przywiązałam się do nich zbytnio i nie opłakiwałam, kiedy je czapla wyżarła.

 

Wiem, marna ta opowiastka, ale za to jaki pan ryba okazały:

 

Ten ryba