Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
niedziela, 30 marca 2014

A co ten Baryła tam robi?!  -  przeleciało mi przez głowę na widok dużego ryżego kota w ogrodzie naprzeciwko. Ale oczywiście nie mógł to być Baryła, bo Baryła siedział na parapecie i razem ze mną gapił się na nieznajomego. Wiadomo, co zrobiłam -  wzięłam aparat i wyszłam na placyk. Skradałam się ostrożnie, a kot obserwował mnie spode łba z miną mocno ponurą. Zrobiłam mu zdjęcie z daleka, przez płot, w obawie, że gdy podejdę bliżej, zerwie się i mi zwieje.

 

Baryła?

 

I bardzo słusznie postąpiłam, bo gdy podeszłam bliżej, ryżelec zerwał się i mi zwiał.

 

tylko ogon

 

Com ja się natrudziła, przez okno nawyglądała i po placyku nalatała tego mi nikt nie odbierze! Co coś ryżego na placyku mignęło, wybiegałam przed dom, a  ryży tylko w łeb się stukał, niecenzuralne wyrazy mełł pod wąsem i dawał dyla. Dobre pół dnia mi to polowanie zajęło aż w końcu ukrytego w krzakach go dopadłam.

 

trochę widać

 

Po południu przyjechał mój mąż z miasta, wszedł do domu, a przed nim wskoczyła Maszka, zdenerwowana okropnie i szurnęła na górę. Życie jej uratowałem!  - powiedział mój mąż  -  gdyby nie ja, to kto wie, co by jej ryży zrobił.

Było tak: spacerowała sobie Maszeńka po placyku i spory kawałek od domu się oddaliła. A przy naszym płocie usadowił się ryży. Ani się Mania nie spostrzegła, jak drogę do domu miała odciętą! Ryży, choć i tak wielki, nastroszył się by być jeszcze większy. Na przykurczonych łapach, w każdej sekundzie gotowy do skoku, pilnie śledził każdy ruch Maszeńki i co bidula krok w jedną stronę zrobiła, ryży w tę samą stronę wybiegał i drogę jej zastępował. A co się w drugą stronę rzuciła, z drugiej strony na drodze jej stawał. Najgorsze zaś było to, że tak uporczywie na drodze Masi stając, coraz bardziej dystans skracał i jeszcze chwila, a miałby ją na wyciągnięcie pazurzastej łapy. Bała się Maszeńka okropnie! Przycupnęła na asfalcie i rozglądała się bezradnie znikąd nie mając pomocy.

Wcale się ryży nadejściem mojego męża nie przejął. Głośne  psik! nic go nie wzruszyło, odsunął się tylko o krok, może półtora i dalej złowrogo wpatrywał się w Maniusię. Dopiero gdy się mój mąż pochylił, udając, że z ziemi kamień podnosi i zaraz nim ryżego walnie, pozostawił nieszczęsną kociczkę, przeskoczył płot i pobiegł gdzieś sobie tylko znanymi ścieżkami.

A na drugi dzień ja sama widziałam, jak to samo co z naszą Maszeńką, wyczyniał ryży z Kulą, czarną koteczką sąsiadki. Tak samo się biedna Kula przez zastępującego jej drogę ryżego do własnego domu dostać nie mogła i ja tak samo, jak mój mąż, zdrowo się natupać i nakrzyczeć musiałam żeby czarną kotkę z opresji wybawić.

Oj, po tym wszystkim to już na serio znielubiłam tego ryżego kota. Myślałam tylko, że może głodny jest i nawet kombinowałam, czy by mu czego do jedzenia nie podrzucić. Ale kiedy na własne oczy zobaczyłam, jak wszystkie koty sąsiadki na widok ryżego w mgnieniu oka porzuciły pełne miski i w popłochu wiały, gdzie pieprz rośnie, zupełnie już się nim przejmować przestałam. Martwiłam się raczej, żeby jakiego naszego kota nie ukrzywdził.

 

wzystkie miski ryżego

 

Nadarzył mi się wyjazd, nie było mnie parę dni i po powrocie poszłam z Wronką na działki. Obeszłyśmy calutkie działki wzdłuż i wszerz, Wronka biegała po alejkach, a ja fotografowałam forsycje z poprzedniego wpisu.

Dzień dobry!  -  dobiegło nas z jednego z mijanych ogrodów, to pozdrawiał nas miły starszy pan, z którym lubię zamienić czasem parę słów. Podeszłam bliżej i wtedy go zobaczyłam  -  siedział przy wiadrze po farbie, minę miał znudzoną ale absolutnie pogodną i gapił się na nas. Troszkę uniósł się i napuszył, gdy Wronka podeszła do płotu, ale widać było, że czyni to tylko z obowiązku i nie przykłada do tego puszenia i stroszenia się zbytniej wagi. Zresztą zaraz spokojnie usiadł z powrotem.

 

troszke napuszony

 

To pana kot?  -   zapytałam, a pan działkowicz aż cały rozpromienił się na to pytanie. Tak naprawdę to sąsiada, ale też jakby mój, bo wspólnie z sąsiadem go karmimy. I dalej już popłynęła wielka opowieść o ryżym, o tym jaki jest mądry, jak nie wiadomo skąd  wie, kto w jakim dniu przyniesie mu obiad i bezbłędnie zawsze czeka przy właściwej furtce. O tym, jak pięknie się wita i mruczy na powitanie, jak wybiega na spotkanie i odprowadza na pożegnanie. I w ogóle – jaki jest najpiękniejszy, najmądrzejszy i najmilszy. A kiedy tak starszy pan rozpływał się w wychwalaniu nadzwyczajnych przymiotów tego nadzwyczajnego kota, ryży siedział niewzruszenie obok białego wiaderka i słuchał tej przemowy z wyraźną przyjemnością choć nie bez odrobiny pobłażania.

No, no....   -   pomyślałam sobie  -  to by się pan działkowicz zdziwił, gdyby tego cud - kota na gościnnych występach na mojej ulicy zobaczył....  Ale nie powiedziałam nic, bo dzień był zbyt piękny na to, żeby takiego miłego pana ze złudzeń odzierać.

 

ryży?

 

Zresztą, że to na sto procent jest ten sam kot, to bym sobie ręki uciąć nie dała.

 

 

Tagi: koty
23:06, damakier1
Link Komentarze (17) »
piątek, 28 marca 2014

czyli przyszła pora na forsycje

 

forsycja

forsycja

 

Wrona

 

forsycja

 

forsycja

 

mój ogród

 

moja ulica

 

Przepraszam za niespodziewaną, przedłużającą się przerwę. Musiałam nagle na trochę wyjechać i jakoś wybiłam się z rytmu.

 

forsycje

20:33, damakier1
Link Komentarze (15) »
piątek, 21 marca 2014

Późnym wieczorem, nocą prawie, wzięłam Szopka żeby sobie pospacerował po placyku przed snem i zabrałam jeszcze worek ze śmieciami do wyrzucenia. Nad podjazdem do garażu mamy taki reflektorek z czujnikiem ruchu i kiedy zbliżyłam się do śmietnika, cały podjazd zalało światło. I całe szczęście, bo tuż przed moją stopą siedziała ona  -  całkowicie obojętna na nagle włączone światło, na mnie, na Szopka i w ogóle na świat cały. Wgapiała się we mnie małymi, czarnymi oczkami i ani drgnęła. Wróciłam do domu po aparat.

Małą miałam nadzieję, że jeszcze ją przy śmietniku zastanę, ale była. Siedziała tak, jak ją zostawiłam i gapiła się dalej. Podszedł do niej Szopek i pyrgnął ja nosem  -  no teraz to mi zwieje, zanim zdjęcie zdążę zrobić - pomyślałam, ale ani myślała uciekać. Z niezmąconym spokojem pozwalała się obchodzić ze wszystkich stron i fotografować.  A kiedy już się napstrykałam do woli i odchodziłam, siedziała dalej i odprowadzała mnie nieruchomym wzrokiem. 

Ale myślę, że rano to już jej tam nie będzie...

 

ropucha

 

ropucha

 

ropucha

 

Tagi: ropucha
00:56, damakier1
Link Komentarze (10) »
niedziela, 16 marca 2014

 

Maszka

 

Co też się Matce Naturze pokićkało, że przysłała na świat Maszeńkę w postaci kociczki, to pojęcia nie mam. Szczęście, że się w końcu połapała i sprowadziła  Antka z Dorolą na wakacje do tej wsi, gdzie Maszka, wtedy jeszcze wcale Maszką nie będąc, wychowywała w trudzie i znoju swoje kolejne dzieci.  Bo w zamierzeniu na pewno miała być Maszeńka maciupeńką, najwierniejszą i najukochańszą psinką Doroli. I tak się właśnie stało. To nic, że Maszeńka ma kocie futerko, koci ogonek i w ogóle cała jest w kocie ciało obleczona  - w duszy jest właśnie ukochaną Dorolki psinką. Wpatruje się w swoją pańcię niczym w obrazek, na krok jej nie odstępuje, a jeśli się troszkę oddali, na najcichsze zawołanie w mig przybiega. I okropnie tęskni, gdy Dorolki  nie ma w pobliżu.

Całą długą zimę, kiedy Dorolka szła do pracy, siedziała Maszka z innymi kotami na górze  - trochę pogadała, trochę podrzemała i czas jej jakoś do powrotu Dorolki zleciał.  Ale zaczęło dnia przybywać,  robiło się coraz cieplej,  koty od samego rana na dwór wyrywały i Maszeńka zostawała w domu samiutka. I trochę dla zabicia czasu, a trochę dla poprawienia urody całymi godzinami skrupulatnej toalecie się oddawała. Skutek jest taki, że Masia gołą pupą z daleka niczym pawianica świeci.

 

Maszka

 

Teraz, kiedy ta nadspodziewanie wczesna wiosna przyszła, może i pognałaby Masia razem z innymi na świat boży, ale jak tu z taką oskubaną pupą się pokazać? Codziennie rano widzę, jak siedzi na schodach w drzwi się wpatrując i namawiam ją  -  idź, Masiu, pospaceruj, wygrzej się na słoneczku  -    ale ona wyskakuje tylko na chwileczkę, wzdłuż płotu się przesmyknie, sprawdzi, czy gdzie w głębi ulicy Dorolka się nie pokaże i czmycha do domu. 

Maszka

Idzie na górę, coś tam przekąsi,  chwileczkę pośpi, posprawdza wszystkie kąty i schodzi do mnie  -   nie ma nigdzie Dorolki.....  mówi i na drzwi wyjściowe zerka. Wypuszczam ją znowu, a ona siada na pniaczku pod świerkiem, skąd dobry widok na ulicę jest i wiadomo, kogo wygląda. Otwieram co jakiś czas drzwi, ale Masia twardo na pniaczku siedzi i oczy wypatruje. W końcu rezygnuje i wraca na górę. I tak przez dzień cały aż do Dorolki powrotu.

 

Maszka

 

Och, kiedy Dorolka wraca, Maszka od razu inną koteczką się staje  -  wesolutka, jak iskiereczka, pod nogami Dorolce powitalnie się kręci i sprawozdanie z całego dnia, mrucząc i pomiaukując, radośnie jej zdaje.

 

A najbardziej zadowolona  była Maszeńka wczoraj, kiedy Dorolka nie dość, że  w domu była, to jeszcze przeziębienie ją dopadło i cały dzień z pościeli nie wyłaziła. Przeleżały tak  obie do wieczora  -  Maszeńka, zwinięta w kłębuszek u stóp Doroli pilnowała, by nikt spokoju jej pani nie zakłócił, mruczała sobie cichutko i ten stan duszy, który ją ogarnął, to się nazywa pełnia szczęścia.

 

Maszka

 

 

Skąd się Maszeńka wzięła jest tu: 

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/08/Piaty-Nie.html 

I sporo jest o Maszeńce w sierpniu i wrześniu 2012.

 

 

czwartek, 13 marca 2014

Kto sam się nie pochwali, pochwał się nie doczeka, a kto sam się nie upomni, temu nie będzie dane.

Wielu ma mój blog wspaniałych czytelników, piszących wspaniałe komentarze, ale jedna tylko Ewa napisała: 

Damo, która masz medali przynajmniej tyle:
forum.gazeta.pl/forum/w,29055,149809433,149810959,Re_A_gdzie_Korea_Pln_.html
chyba powinnaś Gropie S. i mnie za systematyczne wpisy przyznać choć po jednym malutkim z nogawki? 

Przeczytawszy powyższe, zwołałam posiedzenie plenarne i raz jeszcze rzecz całą na głos przeczytałam. Posłuchała Wronka, głową kiwnęła i rzekła:  Co prawda, to prawda – medale się należą!  -  Tak, tak – należą się! -  przytaknął, pokasłując leciutko, Szopek, a za nim przytakiwali kolejno: Franio, Zima, Pan Czesio, Karolek, a na końcu, głosikiem dość piskliwym – Maszeńka.

Skutkiem tego uchwalono, co następuje: 

Wrona i inne zwierzaki, zebrani na posiedzeniu plenarnym pod przewodnictwem damykier, przyjęli przez aklamację uchwałę o odznaczeniu Szanownych Czytelniczek niniejszego bloga, Ewy9717 oraz Starej.GropyZłotym Medalem z Kotem  za mądre, gorliwe i systematyczne wpisy oraz za wdzięk i bezpretensjonalność. 

Uroczyste wręczenie medali powierzono Panu Czesiowi

 

Pan Czesio

 

oraz Karolkowi,

 

Karolek

 

z którego to, zaszczytnego obowiązku, obydwaj wywiązali się z najwyższą przyjemnością:

 

medal Ewy

 

medal Gropy

 

Tutaj nastąpiły huczne brawa, gratulacje, ochy i achy oraz rozbrzmiały fanfary: 

http://w64.wrzuta.pl/audio/aQv5HZmxNCk/canadian_brass_-_trumpet_fanfare

 

 

 

Wzory medali znalazłam na blogu pani Karoliny-G, której bardzo dziękuję za zgodę na ich wykorzystanie.

http://karolina-g.blogspot.com/2013/07/sportowcy.html

 

Zachęcam wszystkich do dłuższego spaceru po całym blogu pani Karoliny, bo są tam rzeczy naprawdę śliczne.

 

Przezornie obwieszczam, że limit medali na rok 2014. niniejszym został wyczerpany.

 

 

środa, 12 marca 2014

krokusy

 

przebiśniegi

 

przylaszczki(?)

 

A tu, pierwsze w tym roku, tradycyjne zdjęcia Wronki na psim wybiegu:

 

zdobywanie przeszkody nr 1

 

zdobywanie przeszkody nr 2

 

odpoczynek

 

I jeszcze napotkany w drodze sympatyczny piesek:

 

napotkany piesek

 

pobaw się!

 

 

A na koniec kot na etacie psa:

 

czy to kot, czy to pies?

 

niedziela, 09 marca 2014

Karolek

 

Na naszej ulicy nie ma chodnika, a wąska jest tak, że dwa samochody z trudem się mogą na niej wyminąć. Toteż wszyscy, którzy na naszą ulicę zajadą, parkują na samym końcu, na placyku pod moimi oknami. Zawsze tu kilka samochodów  stoi, stałych i przyjezdnych, nic więc dziwnego, że wśród kotów z naszej ulicy wykształcił się typ kota samochodowego, a właściwie nasamochodowego.

Bardzo prędko koty te zauważyły, że samochód może być zarówno świetnym miejscem do spania lub wylegiwania się, jak i doskonałym punktem obserwacyjnym najbliższej okolicy. I rzadko niezmiernie się zdarza, żeby postawiony na placyku samochód stał sobie pusty, bez jakiegoś kota na wierzchu, dłużej niż kwadrans. Często widzę z okna, jak ktoś podchodzi do samochodu by wsiąść i odjechać, a tu mu na masce uwalone kocisko leży i ani myśli złazić. Bardzo różnie ludzie reagują  -  najczęściej sympatycznie i z uśmiechem (zwłaszcza, gdy na Karolka się natkną), ale bywa, że ktoś wkurzony, że mu kot samochód brudzi, mocno się nazłości, naapsika i natupie. Trochę tych wkurzonych rozumiem, bo nasz samochód ustawicznie cały jest  upaprany, co ma tę zaletę, że nawet na najbardziej zatłoczonym parkingu bezbłędnie go, po upstrzonej śladami kocich łap karoserii, poznajemy.

Ale jakby ludzie na zajęcie samochodu nie reagowali, koty zawsze reagują tak samo  -  doskonale obojętne, patrzą z lekką wyniosłością, trochę na stojącego przed nimi człowieka, a trochę jakby przez niego i ani drgną. Bywa, że ktoś z zamiarem pogłaskania rękę wyciągnie, wtedy  kot usuwa się leciutko, bo na żadne spoufalanie się koty samochodowe obcym nie pozwalają.

Dopiero, gdy kierowca drzwi samochodu otworzy i do środka wsiądzie, koty podnoszą się nieśpiesznie, jeszcze przed zeskoczeniem przeciągają się nonszalancko, zeskakują i, odszedłszy parę kroków, przysiadają i zaczynają się myć tak ostentacyjnie, by każdy widział, że tylko pilna potrzeba dokonania natychmiastowej toalety do zejścia z samochodu je skłoniła.

Potem posiedzą sobie troszeczkę, podumają, porozglądają się i lądują na następnym samochodzie.

 

Franio

 

Franio

 

Pan Czesio

 

Pan Czesio

 

 

A to już lekkie przegięcie:

 

koty sąsiadki

czwartek, 06 marca 2014

W leniwe przedpołudnie, w ciepłych promykach wiosennego słonka, ucinał sobie Franio małą drzemkę na daszku garażu.

 

na garażu

 

Franiu...!  -  zawołałam, a Franio ani drgnął. Franiu...!  -  powtórzyłam i nie ustępowałam, aż otworzył jedno oko i spojrzał niechętnie, kto mu błogi spokój zakłóca.

 

o co chodzi?

 

Zatoczył łuk na pół przymkniętym ślepiem, zobaczył, że to tylko ja, popatrzył chwilę z lekkim wyrazem obrzydzenia na twarzy i znów zapadł w sen.

 

znowu śpi

 

Franiu..., wstawaj, bo dzień prześpisz  -  naprzykrzałam się z dołu, bo sama nie wiem, co we mnie wstąpiło, żeby tak porządnemu kotu w poważnej drzemce przeszkadzać. No i wymusiłam w końcu, że Franio wstał i zrezygnowany poszedł sobie spokojniejszego miejsca poszukać.

 

no idę...

 

idę, idę...

 

Ale zanim zniknął, zrobiłam mu ten piękny portret: 

 

portret Frania

niedziela, 02 marca 2014

Oj, dała się Szopciowi duża blondyna we znaki... Od tej pamiętnej wizyty w przychodni miejsca sobie znaleźć nie umiał, chodził smutny i zadumany, nieobecny uśmiech na siwym ryjku mu się błąkał i nawet w tym jego nieszczęsnym kaszlu nutę tęsknoty się słyszało. Widać było, że mu ta obfita blondyna z myśli i serca wyjść nie może.

Prawie całą niedzielę spędziłam w ogrodzie. Koty goniły się między sobą, Wronka wyszukiwała w liściach porzucone jesienią piłeczki i przynosiła mi je do rzucania, a Szopek ułożył się na maleńkim wzgórku pod laurowiśnią i stamtąd wgapiał się w ogród rozmarzonym wzrokiem od czasu do czasu wzdychając boleśnie.

Pracując, słuchałam jego ciężkich westchnień przeplatanych namolnym kaszlem i spoglądałam ze współczuciem na ten biedny, czarny tłumoczek przy laurowiśni. Aż tu spojrzałam raz któryś, a z tłumoczka znowu się piesek zrobił, smętny uśmiech w jakiś taki lubieżny uśmieszek się przekształcił i najwyraźniej do Szopka dotarło, że nie czas żałować blondyny, gdy się ma w ogrodzie taką seksowną brunetkę:

 

zabawa z brunetką

 

dalej zabawa

 

I ANI NIE KASZLNĄŁ!

 

Szopek i Wronka

 

 

21:06, damakier1
Link Komentarze (13) »
sobota, 01 marca 2014

Najpierw zaśpiewało coś przepięknie, później przemknęła przez ogród ruda błyskawica i Karolek znalazł się wysoko w gałęziach bzu, dokładnie w miejscu, z którego przed chwilą czarny kos wyśpiewywał swe pierwsze wiosenne trele. Siedział teraz i rozglądał się dookoła szukając, gdzie też podziać się mogła ta smakowita, śpiewająca przekąska. Po kosie oczywiście już śladu nie było i Karol, silnie wkurzony, słał mi z góry mordercze spojrzenia, jakbym to ja osobiście pewny łup z bzu mu przepłoszyła.

 

tu był kos

 

nie ma kosa

 

Czas mijał, kosa nie było i dotarło do karolkowego ryżego łba, że nie ma co czekać, pora złazić. Ha!!! Dobrze mówić! Te same bzowe gałązki, po których pędził Karol w górę niczym po autostradzie, nagle okazały się chwiejne i wiotkie i żadnego oparcia kocim łapom nie dawały. Uginały się, chybotały i co na której Karolek łapę stawiał, czym prędzej cofał ją z powrotem ratując się przed upadkiem.

 

wejść łatwo...

 

...zejść trudniej

 

Gimnastykował się i mordował przeokropnie, a ja, z aparatem pod bzem latając jeszcze stresu mu dodawałam, bo co się biedak skupić próbował, wołałam z dołu durne kici, kici..., żeby mi w obiektyw ładnie spojrzał. Nie wiem, czy to przez moje przeszkadzanie, czy z desperacji wielkiej, zesmyknął się Karolek  z grubszego konarka, na którym siedział, przekoziołkował,  w ostatniej chwili zdążył jakąś gałąź w locie chwycić, wykonał jeszcze jeden obrót i zgrabnie znalazł solidny konar pod łapami. Na chwilę zastygł nieruchomo, zatoczył ogonem wielkie koło, z gracją zeskoczył na ziemię i powędrował przez trawnik. Mnie nie zaszczycił już ani jednym spojrzeniem.

 

obrót

 

wymyk

 

udało się!

 

A z góry, z wierzchołka brzozy, kos rozśpiewał się jak szalony, na cały ptasi dziób. Ale tak wysoko, w gęstwinie gałęzi, dostrzec go było nie sposób.

 

zamiast kosa, znowu Karolek