Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
sobota, 25 marca 2017

xxx



Na blogu Gosianki znalazłam przepis na barszczyk buraczany. Ponoć bardzo pyszny, a przede wszystkim bardzo pomocny w walce z chorobą nowotworową. Już sam przepis był bardzo smaczny, postanowiłam więc zakisić i wypróbować. Z podanych potrzebnych składników brakowało mi:

buraków, selera, marchewki i korzenia pietruszki. Spisałam to na kartce i kartkę wręczyłam mojemu mężowi. Kiedy wrócił ze sklepu, wyjęłam z torby buraki (cztery), seler, sporą marchewkę i pietruszkę. Wszystko to, czyli: buraki, seler, sporą marchewkę i pietruszkę schowałam do najniższej szuflady w lodówce, bo zrobiło się późno i postanowiłam przełożyć robotę na jutro. Nazajutrz po obiedzie wyciągnęłam z szuflady Cztery buraki, seler i pietruszkę. Marchewki nie było! - Wyjąłeś marchewkę z lodówki? – spytałam męża – Nie wyjmowałem – odpowiedział, jak mogłam się byłam spodziewać.

Poszłam do Antka – Zżarłeś mi marchewkę... – zaczęłam oskarżająco – wzniósł oczy ku niebiosom i podniósł dwa palce do góry – Niczego nie zżarłem, przysięgam...! Uwierzyłam mu, bo Antek wprawdzie od czasu do czasu buszuje w mojej lodówce, ale marchewka to z pewnością nie jest to, co by go szczególnie mogło skusić.

 

Dorolka z Tatinkiem byli poza podejrzeniem, bo na moje pytanie, czy przypadkiem nie ukradli marchewki, Dorolka bez słowa wyciągnęła ze swej lodówki szufladę pełną marchwi. Jasne, że nie będzie kradł jednej marchewki ktoś, kto ma lodówkę zawaloną marchwią.

Wybrałam z szuflady marchewkę równie dorodną, jak zaginiona i zeszłam na dół zadowolona, że mam wszystko, co do kiszenia potrzebne.

 

Pozostawało jeszcze wyjaśnić, co stało się z marchewką, którą mąż mój na pewno kupił i którą na pewno włożyłam do szuflady w lodówce. Podejrzana jeszcze została Agnieszka, najlepsza przyjaciółka Dorolki, jeszcze z liceum, która od rana była u Dorolki w gościach. Ale przyznać za nic się nie chciała no i w końcu skąd niby miałaby wiedzieć, że na dole w lodówce schowana jest marchewka?

W tej sytuacji mój mąż, a i ja sama, zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie jeśli nie w szufladzie, mogłam skitrać nieszczęsną marchewkę? Na nic nie zdały się poszukiwania. Nie było jej ani w kuble na śmieci, ani na parapecie na werandzie. Nie spadła ze stołu i nie potoczyła się za kuchenne schodki. No kamień w wodę... Zgubiłam marchewkę na amen i los jej pozostanie wieczną tajemnicą...

A co z barszczykiem? Dokładny przepis jest Tutaj:

http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/2017/03/magiczny-barszczyk-marysi.html

Kiedy minęły trzy doby, przyniosłam słój z zawartością z sieni, gdzie, jak podano w przepisie stał w zimnie, i zlałam barszczyk do słoików. Już na pierwszy rzut oka widać było, że coś jest nie halo, bo barszczyk był anemicznie blady. Spróbowałam i ledwo przełknęłam tak był słony i paskudny.

Dałam do spróbowania mężowi. Przełknął i powiedział Ohyda!

Już byłam gotowa wywalić wszystko do śmieci i dać sobie spokój z kiszeniem, ale mój mąż powiedział, że jak on zna się na kiszeniu, to kisić powinno się nie w zimnie, a w cieple i że tę drugą partię on sam nastawi po swojemu.

Akurat następne trzy doby spędziłam w szpitalu, a gdy wróciłam, mój mąż nalał mi do kubeczka gotowego już barszczyku, cudnie czerwonego i pysznego! Popijam go teraz z wielkim smakiem i myślę, że ten „z pierwszego kiszenia”, gdybym go nie trzymała w zimnie, byłby jeszcze lepszy.

Bardzo Was namawiam - ukiście sobie tego barszczyku. Jest pyszny no i w dodatku samo zdrowie! Tylko nie przesadzajcie z tym trzymaniem w zimnie.

 

xxx

 

 

23:26, damakier1
Link Komentarze (31) »
sobota, 18 marca 2017



Przepadł gdzieś i długo go nie widziałam. Co dzień sypałam do wystawionej na werandę miseczki suchą karmę, ale sądziłam, że znika ona w przepastnych brzuchach naszych kotów. Aż któregoś dnia weszłam do kuchni, a przez okno zaglądał do środka nie Franio, nie Karolek tylko:

 

xxxx

 

Czmychnął, gdy tylko zbliżyłam się do drzwi, ale za jakiś czas zobaczyłam go znów. Tym razem siedział na murku i w nadzwyczajnym skupieniu patrzył w kierunku schodów.

 

xxxxxxxxxxxx

 

Zerknęłam i ja i dopiero po chwili zauważyłam, co to aż tak bardzo przykuło uwagę Escobara:

 

xxxx

 

Karolka kocham najwięcej i zaraz przez myśl mi przebiegło, że się Escobar na niego rzuci i jeszcze jaką krzywdę mu zrobi. Szybko otworzyłam drzwi i obydwa koty przemknęły przez werandę w przeciwnych kierunkach – jeden śmignął ku schodom i zbiegł do ogrodu, a drugi wpadł do kuchni i dalej, już majestatycznie, pomaszerował ku przyzlewnej półeczce.

 

A potem widywałam Escobara coraz częściej aż stało się to banalne i nie chciało mi się latać po aparat, by uwieczniać jak wsuwa karmę z miseczki lub siedzi na murku. No, ale gdy zobaczyłam go bezczelnie wylegującego się na ławce, którą zarezerwowali do wyłącznego użytku Franio z Karolkiem, to już po aparat poszłam.

 

xxx

 

Pewna byłam, że takiej bezczelności to mu Karolek z Franiem nigdy nie darują, a tu jednego dnia ujrzałam go w najlepszej zgodzie z Franiem, a drugiego – z Karolkiem. Zdjęcie z Karolkiem jest fatalnej jakości i przepraszam, że pokazuję Wam coś tak marnego technicznie. Jednak uznałam, że najważniejsza jest tu jego wartość dokumentalna.

 

xxxx

 

xxx

 

Fotografowałam i fotografowałam Escobarka na werandzie aż on sam uznał, że to staje się nudne i niespodziewanie pokazał mi się na bzie za oknem w sypialni. Poczekał cierpliwie bym poszła po aparat i pięknie pozował w czasie całej sesji.

 

xxx

 

xxx

 

Dopiero na tych zdjęciach zobaczyłam, jaki jest dorodny i tak sobie myślę, że bezdomny kot na samej misce strawy, którą dodatkowo wyżerają nasze koty, taki wypasiony by nie był. Nie wiem, czy przypadkiem nie jest z nim tak, jak z Ciapkiem, psem z mego dzieciństwa? - Miliony lat temu na rynku w miejscu, gdzie teraz stoi społemowski Sam „Pogodno” były ustawione drewniane długie stoły, na których gospodynie z pobliskiego Krzekowa (wtedy pod szczecińskiej wioski, a dziś dzielnicy Szczecina) wykładały produkty ze swych gospodarstw, a same rozsiadały się na stojących przy stołach ławach.

 

W tamtym czasie i samo Pogodno bardziej wioską było niż miejską dzielnicą, samochodów na lekarstwo, cisza i spokój... Toteż psy były puszczane swobodnie i beztrosko włóczyły się po okolicy. Włóczył się i nasz Ciapek i czasami potrafił przepadać nawet na kilka dni.

 

Wysłała mnie raz mama na rynek po pyszną wiejską śmietanę, podeszłam do stołów, a tam pod jednym zwinięty w kłębek śpi nasz Ciapek! A ty co tu robisz??? - a przekupka zza stołu mi na to - Nie krzycz, to taki biedny, bezdomny pies. My go tu wszyscy karmimy śmietanką i twarożkami...

 

xxx

 

 

O tym, skąd wziął się Escobar jest tu:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2017/01/Ten-kot.html

 

I dalej tu:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2017/01/Dalej-o-tym-kocie.html

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tagi: koty
22:06, damakier1
Link Komentarze (13) »
czwartek, 16 marca 2017



Aż sama byłam zaskoczona, jak ciężko mi było znieść tę przerwę. Brakowało mi pisania i Waszych komentarzy. Każdy dzień rozpoczynałam z nadzieją, że dziś już zbiorę się w sobie i ogłoszę koniec przerwy. Ale dzień mijał, a ja wziąć się za pisanie wciąż sił nie miałam i tylko w głowie sobie układałam, co bym napisała gdyby...

 

No i wczoraj umyśliłam, że pierwszy wpis będzie o losach Escobara. Wybrałam zdjęcia, poukładałam sobie w głowie, co napiszę i dziś od rana miałam losy Escobara opisywać.

 

Ale wczoraj wieczorem nadeszła wiadomość o śmierci Wojciecha Młynarskiego...

 

Dużo jest artystów i twórców, których lubię, podziwiam i bardzo cenię ich dzieła. Ale są też tacy, których oprócz tego pokochałam tak, jak kocha się bliskich przyjaciół. Tak było z Jeremim Przyborą, Agnieszką Osiecką i z Wojciechem Młynarskim. Wszyscy Oni nazywali siebie tekściarzami piosenek, a w rzeczywistości byli poetami najwyższych lotów. I żadnego z nich nie da się zastąpić.

 

W licznych dzisiejszych wspomnieniach o Wojciechu Młynarskim przewija się zdanie, że wraz z Nim odeszła cała epoka, w której prawdziwymi wartościami były mądra refleksja, finezyjny żart, piękna polszczyzna. I to wielkie szczęście dla naszego pokolenia, że mogło dorastać i wychowywać się obcując z dziełami tych wielkich Twórców.

 

Panie Wojtku, dziękuję Panu. Może Pan i umarł, ale na pewno Pan nie odszedł...

 

https://www.youtube.com/watch?v=TniEe4ay_0Y

 

 

 

 

sobota, 04 marca 2017

xxx

Te piękne przebiśniegi wygrzebałam w starych zdjęciowych zapasach, ale mówił mi Tatinek, że tuż koło furtki, pod świerkiem, pokazały się już tegoroczne. Nie miałam jednak sił ani chęci, żeby wyjść je sfotografować, czy choćby popatrzeć...

W ogóle tak mnie ta ciężka zima i moje chorowanie rozłożyły, że ani chęci, ani sił na nic nie mam i tylko patrzę, gdzie by tu w jakim kątku się zagrzebać i schować na lepsze czasy.

Znam takie jedno miejsce w Kosmosie - malutkie, maciupeńkie, mięciutko wyścielone i pachnące lawendą. Tam wlezę i będę siedziała aż wydobrzeję.

A do tego czasu - przerwa.

Poczekajcie na mnie, moi kochani Czytacze i Zaglądacze. Wrócę!

 

16:53, damakier1
Link Komentarze (29) »