Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Wracałam z rynku obładowana zakupami, dochodziłam już do naszego placyku, gdy z mijanego ogrodu wyfrunęło coś na uszach, nóg moich dopadło i z niezwykłym entuzjazmem tańczyć i okręcać się wokół mnie zaczęło. Wystraszyłam się mocno, bo z tego właśnie ogrodu przywędrował swego czasu Pan Czesio i obawa była poważna, że się nam niespodziewanie znowu menażeria powiększy. Na razie przykucnęłam, by się z szalonym stworzeniem przywitać i przyjrzeć mu się dokładnie. Nie kotek to był tym razem, a piesek malutki, właściwie malusieńka psinka.

Gdy tylko nachyliłam się nad nią, pyszczek jej się roześmiał od ucha do ucha, a ogonek rozmerdał się tak energicznie, że tylko patrzyłam, czy jej przypadkiem tyłeczka nie urwie. Pogłaskałam jej tyci łepek  – rękę całą  mi natychmiast oblizała i z zapałem zaczęła drapać się po mej nodze na kolana, by stamtąd do twarzy mi dosięgnąć.

Wyprostowałam się i z ulgą zobaczyłam, że w głębi ogrodu krząta się sąsiad. Kamień spadł mi z serca, bo pewna już byłam, że gdy psinkę do domu odprowadzę, nie zastanę na opustoszałym tarasie samotnej miseczki tak, jak to z Panem Czesiem było*.

Przyprowadziłam psinkę – zawołałam do sąsiada, a gdy podszedł bliżej poprosiłam, by w nagrodę pozwolił szczeniaczka sfotografować.

 

Przyszłam do domu i zawołałam do męża: Chodź prędko do sąsiadów zrobić zdjęcia szczeniaczka!

Mąż tkwił pod sufitem spocony i utytłany farbą i minę zrobił taką, że prędko dodałam: Sama bym poszła, ale na pewno takich dobrych nie zrobię. Podziałało, mina męża złagodniała – Weź torbę z obiektywami – rzucił i zlazł z drabiny.

Weszliśmy do ogrodu sąsiadów i psinka ruszyła tym razem męża mego witać. Podskakiwała, okręcała się w kółeczko, popiskiwała z przejęciem jeszcze chyba większym niż przy spotkaniu ze mną, a frajdę miała większą
na pewno, bo gdy mąż mój na ręce ją wziął i w górę podniósł, z ogromną uciechą  brodę mu wytarmosiła.

I zaczęło się polowanie.
Psinka latała po ogrodzie jak szalona, była w stu miejscach naraz, przyjmowała przecudne pozy, a gdy tylko zobaczyła skierowany na siebie obiektyw, pędziła co sił w łapkach w jego kierunku i nijak jej uchwycić nie było można.

Naprawdę, ciężko się musiał mój mąż napracować, bym mogła tę psią panieneczkę na blogu przedstawić.

 

Nazywa się Bella i jest trzymiesięcznym szczeniaczkiem rasy Cavalier King Charles spaniel:

 



 

 

------------------------------------------------------------------------------------------

*Początek historii Pana Czesia znajduje się we wpisie Upór i konsekwencja:

 http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Upor-i-konsekwencja-sierpien-2009.html

 

To zdjęcie nie wiąże się z tematem, ale nie mogłam mu się oprzeć. Niestety, to nie mój ogród. Ale moja ulica.

 



niedziela, 29 kwietnia 2012

Zrobiłam sobie tapetę z tego pięknego zdjęcia motyla z wpisu o nieśmiałej wiośnie. Zdjęcie widniało na ekranie komputera, a mój mąż zaczął: Kiedy robiłem to zdjęcie.... No aż mnie zatkało! Jak to robiłeś??? Przecież to ja zrobiłam to zdjęcie!

I się zaczęło – na nic moje przysięganie i zarzekanie się, na nic tłumaczenie, że to wtedy, kiedy nieśmiałą wiosnę fotografowaliśmy, ja właśnie na ściętym pniaku laurowiśni motyla upolowałam i całą serię mu zdjęć napstrykałam, ale tylko jedno się nadawało, bo na pozostałych jakaś butla po oleju w kadr się wpakowała. I na nic mężowi moje przypomnienia były, że kiedy w motyla tego obiektywem celowałam, stał obok i rad fachowych mi udzielał. Nie, nie i nie! On zdjęcie to zrobił i on doskonale pamięta, jak motyla fotografował.

Bo i faktycznie, fotografował motyla, ale dawno i nie tego. I nie na laurowiśni ściętej, a na budlei, czyli motylim krzewie właśnie.

Zadałam sobie trud, archiwa przegrzebałam i proszę, oto jego motyl:

 

A ten tu motylek jest mój, najmojszy:



 

I wiecie, co mi mąż mój na to powiedział? - No może.... Ale jestem przekonany, że to jednak ja robiłem, bo to jest bardzo dobre zdjęcie.

17:33, damakier1
Link Komentarze (8) »
sobota, 21 kwietnia 2012

Ale szyje..., ale szyje...! - powiedział mój mąż wchodząc do domu. Kto szyje? - spytałam. Sroka. Na gruszy – odpowiedział.
Wyszłam na werandę i zadarłam głowę akurat w chwili, gdy sroka ze sporym patykiem w dziobie siadała na czubku drzewa. Trochę niżej, w rozwidleniu gałęzi tkwiła dość pokaźna sterta badyli. Sroka zsunęła się na wierzch sterty i zaczęła upychać w niej przyniesiony patyk. Słusznie mój mąż powiedział, że szyje gniazdo, bo ze wszystkich robót ręcznych, właśnie szycie najbardziej praca ta przypominała. Najpierw sroka na oślep dźgając stertę znalazła miejsce, w które koniec patyka wetknąć się udało. Potem cierpliwie popychała patyk coraz głębiej i głębiej, od czasu do czasu na drugi brzeg sterty przeskakując, by sprawdzić, czy  patyk już tam dotarł. W końcu koniuszek patyka po drugiej
stronie chwycić się udało i teraz sroka centymetr po centymetrze patyk przez całą stertę przeciągała. Długa i żmudna była to praca i co czas jakiś ją przerywała, by na gałąź sąsiednią przefrunąć i stamtąd w odpowiedniej perspektywie dzieło swe
obejrzeć, a i odpocząć przy tym choć odrobinę.

Wreszcie patyk umocowany został jak należy i sroka z gruszy odleciała. Szybko zjawiła się z nową gałązką w dziobie, a wkrótce okazało się, że nie jedna, a dwie sroki gniazdo szyją, bo na gruszy pojawiła się druga. Przyleciała właśnie w chwili, gdy pierwsza, gałązkę swoją w stercie upchawszy, podziwiała swe dzieło z czubka gruszy. Druga przysiadła obok, coś tam sobie pogadały i pierwsza sfrunęła na sam środek sterty, gdzie przysiadła wyraźnie do gniazda się przymierzając.

Druga przyjrzała się temu bacznie, a gdy pierwsza odleciała, zabrała się do poprawiania niedoróbek, jakie tamta poczyniła.

A potem to już się pogubiłam – sroki latały w tę i z powrotem, gałęzie znosiły na potęgę i nie wiadomo już było, która jest
która. W każdym razie raz jedna, raz druga do gniazda właziła,  raz jedna  drugą w gnieździe uważnie oglądała i obydwie z
zapałem budulec na budowę znosiły.

Gniazdo rosło w zawrotnym tempie, oglądane z werandy wyglądało dość byle jak i, co tu kryć – mocno paskudnie, ale srokom najwyraźniej się podobało i były ze swej roboty zadowolone.

Wiadomo zresztą, że sroki do urody swych gniazd zbytniej uwagi nie przywiązują i wystarczy im, że budowla jakoś kupy trzymać się będzie i jajka w niej da się wysiedzieć.

Może i rację mają, bo stare gniazdo na brzozie, które od początku po dziś dzień wyglądało i wygląda jak splątany kłąb patyków i śmieci, rok w rok kolejnym pokoleniom srocząt schronienie daje.

Zastanawiałam się, szycie nowego gniazda obserwując, czy sroki te to mieszkanki starego gniazda, które nowy dom wybudować zapragnęły, czy może to całkiem nowa rodzina do ogrodu mi się wprowadza?



Poszłam popatrzeć na brzozę – stare gniazdo tkwi wysoko w gałęziach jak tkwiło i nie wygląda nic gorzej niż przez wszystkie te lata wyglądało. Ale cisza wokół niego i spokój, żadnej sroki w pobliżu nie widać.

No i nie wiem teraz, jak to ze srokami tymi będzie. Czy do starego gniazda starzy lokatorzy przylecą? I czy to nie za dużo będzie dwie rodziny srocze w takim niedużym ogrodzie? No cóż – zobaczymy! A na razie gniazdo na gruszy rośnie.

 



 

 

A to nie są sroki, tylko gołębie na spacerze:

 



 

 

czwartek, 19 kwietnia 2012

Uradowana Wronka:

 



19:08, damakier1
Link Komentarze (5) »

Dziś pierwszy cieplejszy dzień – słoneczny i bezwietrzny. Odstawiłam chorowanie na bok i poszłam do ogrodu zobaczyć, co się dzieje.

A w ogrodzie wiosna. Niezbyt pewna siebie, raczej skromniutko przycupnięta, ale jest!

 

 

 

 

 



 

 



wtorek, 17 kwietnia 2012

W domu siedzę już tydzień cały, antybiotyk cały wyżarłam, łóżka nie ścielę i co i rusz w pościeli zalegam, a kwękać i stękać nie przestaję. Choróbsko mnie trzyma – raz mi za zimno, raz za ciepło, z nosa mi kapie i beznadzieja ogólna. Trochę się nudzę, a razem ze mną nudzi się Wronka. Narzeka biedna, bo spacerów jej zabrakło. Szopkowi nic się nie zmieniło, bo jego Antek na spacer codzienny  wyprowadza, ale Wronka za duża jest i zbyt żywiołowa żebym ją dziecku powierzyć mogła, a mąż mój na spacery nie chadza i już. No to Wronka tylko do ogrodu wychodzi i w chorowaniu mi towarzyszy.

Kiedy po domu się kręcę, ma Wrona nadzieję, że może jednak jakieś wyjście się szykuje i zachęcająco do drzwi wyjściowych podbiega, uśmiecha się i pomrukuje proszalnie, a gdy przekona się, że nic z tego, zrezygnowana do kuchni idzie i ostentacyjnie do miski zagląda pod tytułem jak już na spacer iść nie chcesz, to chociaż daj przekąsić coś dobrego...

Ale jak tylko Wronka zobaczy, że ku sypialni zmierzam, czujnie zaraz mi się przygląda i kiedy tylko kołdrę uniosę i na łóżku przysiądę, entuzjastycznym hopsem ląduje na środku łóżka, wyciąga się jak długa i sobie chorujemy razem.

Kiedy przysnę, przysypia razem ze mną przylepiona do mego boku i grzeje
mnie niczym futrzany termofor. A kiedy spać się nie chce i tylko się wylegujemy, pogadujemy sobie i wspominamy dawne dzieje.

Co byś ty teraz, Wronko, robiła w tym schronisku – pytam, a ona aż sapie z przejęcia i wpycha mi zimny nos w ucho mrucząc podziękowania, że ją z tej biedy wybawiłam. Źle ci tam było, prawda?- mówię, a Wronka przysiada na łóżku i użala się głośno nad strasznym swym losem: Oj, jaka byłam nieszczęśliwa, jak mnie głodzili, jak mnie wielkie psy prześladowały...! Jak tylko sobie o tym głodzeniu przypomniała, zaraz do kuchni pobiegła sprawdzić, czy coś się od rana w misce nie zaplątało.  Wróciła zła, bo w misce pusto, więc jeszcze  bardziej i głośniej użalać się nad sobą zaczęła, aż mąż mój do sypialni zajrzał i pyta, czyśmy obie nie powariowały? - Czemu zaraz  powariowały? - odpowiadamyTak sobie wspominamy dawne dzieje...

 

No i tak sobie kombinowałam, że tak to wszystko opiszę, a do tego jeszcze zdjęcia wkleję, jak Wronka mnie w chorobie wspiera, do boku mego się przytula i ślicznie obydwie w pościeli wyglądamy.
Wstałam, poszłam do męża i mówię: Chodź, zrobisz nam zdjęcie, jak pięknie się w łóżku prezentujemy. Wzięłam jeszcze tę aksamitną kapę, na której Wronka medal odbiera, żeby jej czarne futro ładnie z czerwienią kontrastowało i zawołałam ją do sypialni. Układałam równiutko kapę obok mej poduszki, a Wronka bacznie się przyglądała i z przejęcia aż wszystkie uszy na sztorc postawiła. Jak już wszystko pięknie uładziłam, do łóżka wlazłam, a Wronka hycła na czerwoną kapę i prześlicznie się upozowała, niczym goyowska Maja naga.

Ledwo mój mąż z aparatem w progu się pokazał, Wronkę w ułamku sekundy z kapy zdmuchnęło, przemknęła obok niego z podkulonym ogonem i zamelinowała się w małym pokoju.

Wołaliśmy, gwizdaliśmy, cmokaliśmy – wszystko na próżno. W końcu pudełkiem ze spacerowymi chrupkami zaczęłam grzechotać i Wronka dała się zwabić do sypialni. Szła wystraszona na ugiętych łapach, jakbyśmy bijali ją codziennie mocno i systematycznie, niepewnie stanęła dobry metr od łóżka i dalej ani kroku. Nawet dywanika przed łóżkiem łapą tknąć nie śmiała. No i trudno. Trzeba było się poddać. Zła byłam początkowo, że mój blogowy pomysł spalił na panewce, ale potem pomyślałam, że może to i lepiej. Może się Wronka właśnie oduczyła włażenia do łóżka i odtąd zmienianie pościeli nie będzie już najczęściej wykonywaną praca domową? Może nie będę już musiała oglądać śladów psich łap na prześcieradle ani zbierać czarnych kłaków z poduszki?

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło!

Wstałam, bardzo starannie zaścieliłam łóżko i poszłam zakrzątnąć się przy jakim obiedzie.

A gdy po jakimś czasie zajrzałam do sypialni:



 

Tagi: łóżko
15:53, damakier1
Link Komentarze (4) »
sobota, 14 kwietnia 2012

Dziś
na blogu dzień mego męża – zdjęcia z wycieczki do Oliwskiego
ZOO, na jaką w zeszłe wakacje zabrał naszego wnuka, Antka:



 

Tu wielkie żółwie błotne:



 

Tu
foka, która najpierw się wylegiwała, potem pokazała sztuczkę, a
na końcu czekała na nagrodę:

 

Flamingi
i pingwiny:

 



 

Słoń:



 

To nie wiem co:



 

Mama Kangurzyca z Maleństwem:



 

 

I na koniec to, co w ZOO najfajniejsze – karmienie kózek:



 

czwartek, 12 kwietnia 2012

Wiosna w tym roku przyszła szybciutko, już w początkach marca. Niestety, zaraz poszła. Już nie wspomnę o zimowo śnieżnej Wielkanocy –
śnieg stopniał, ale zimno, dżdżysto i ponuro jest nadal.

W ogrodzie moim tylko pięknie rozkwitła forsycja dzielnie o wiośnie
przypomina,



 ale magnolia, choć już do zakwitnięcia się przymierzała, zatrzymała się w pół kroku i zziębnięte płatki boi się rozprostować.



Z tego wszystkiego i ja się pochorowałam, w łóżku poleguję i
tylko od czasu do czasu w ciepłym szlafroku po domu się pokręcę i
przez okno na smętny świat boży zerknę. I obserwuję sobie przez
to okno koty.

Choć trudno to sobie wyobrazić, sąsiadka nasza ma kotów jeszcze więcej
niż my: z pięć, a może nawet z siedem. Dodatkowo, z początku ulicy przychodzą dwa smarkate niedorostki i, nie wiadomo skąd, jeden bardzo przysadzisty i barczysty kocur w czarno białe łaty. No i jest jeszcze jeden kot u drugich sąsiadów i od czasu do czasu wpadają jakieś zupełnie nieznane. Jest się na co gapić.

Nasze koty wyraźnie poczuły wiosnę i już od wczesnego świtu siedzą na
schodach przy drzwiach, czekając aż ktoś je wypuści. Nie, nie chodzi o żadne erotyczne harce, wszak koty te to, jak mawiał Jeremi Przybora, byłe samce, ale nie samą miłością kot żyje.

Z nadejściem wiosny koty najwyraźniej przystąpiły do ustalania, czyje co je i gdzie kto rządzi. Zasadniczy podział terenu jest jasny i niezmienny od dawna: ganek i front ogrodu naprzeciwko nas należy do kotów z sąsiedztwa. Nasz frontowy ogródek, podjazd do garażu, schody i daszek ganku mają nasze koty.

Czarno biały barczysty panoszy się u sąsiadów, jak u siebie, a nasze
koty do nas go nie wpuszczają. To znaczy nie wpuszczają nigdzie
poza jednym miejscem przy okienku piwnicy, gdzie okap daje osłonę
przed deszczem, krzew migdałowca przed wiatrem, a płożący się po
ziemi gęsty bluszcz służy za miękki materacyk do spania. To miejsce upodobał sobie barczysty na sjesty, a nasze koty, czy to z wielkoduszności, czy ze względu na jego bary, zgodnie to zaakceptowały.

Pojedynczy kot sąsiadów nie ma prawa pokazać się nigdzie. Ma swój ogród i ma tam siedzieć – o ile właśnie tam nie przyjdzie do głowy
pohasać Panu Czesiowi i nie zapędzi go pod same drzwi, gdzie skulony nieszczęśnik będzie siedział tak długo, aż go do domu nie wpuszczą. I tak będzie miał szczęście jeśli natknie się na Pana Czesia, bo Czesio pogoni go nie ze złości, tylko tak, dla draki. Gorzej jeśli napotka go Franio, bo wtedy to już oberwie nie na żarty.

Między kotami z przeciwka a naszymi specjalnych zatargów nie ma. Czasami tylko kotka sąsiadów ostentacyjnie rozsiada się na naszym płocie,
a Zimka i Pan Czesio zapędzają się na ganek sąsiadki głównie po to, by sprawdzić, co też tam jest w kocich miskach. I zależnie od humorów – czasem intruz jest boleśnie przepędzany, a czasem traktowany jak gość z sąsiedzką wizytą.

Franio już z takich podchodów wyrósł i chadza własnymi ścieżkami. Co
innego z Dynią. To jego pierwsza wiosna u nas i uznał, że czas ustalić sobie terytorium odpowiednio duże, godne jego postury i urody. I z tego ustalania tyle wyszło, że nieraz miałam okazję widzieć przez okno, jak Dyńka z rozwianym włosem, postawionym na sztorc ogonem zwiewa ile sił w łapach przed zmasowanym atakiem kotów sąsiadki.  No i nasz Dyniek rezon stracił, ale nie zrezygnował. Dalej zapuszcza się na podwórko przeciwników, ale wtedy tylko, gdy dokładnie zbada, że koty sąsiadki sobie poszły i teren wolny.



Zresztą teraz już mu tak nie zależy, bo zapanował nad całym placykiem,



 

bardzo ważny pilnuje porządku, a gdy nie dzieje się nic złego, zadowolony zapada w drzemkę.



 

 

Tagi: wiosna
18:48, damakier1
Link Komentarze (13) »
niedziela, 08 kwietnia 2012

Jak wiadomo, Święta zastały mnie w połowie remontu totalnego. Jednym
z przedsięwzięć remontowych było zdjęcie futryn około drzwiowych, a jak już były zdjęte, to puste przestrzenie pod nimi mąż mój wypełnił pianką poliuretanową. Pcha się to to tam, gdzie trzeba za pomocą specjalnego pistoletu, a gluty, które się nie zmieszczą poniewierają się potem  po domu w formach przedziwnych.

Wchodzę ja sobie któregoś tuż przedświątecznego ranka do małego
pokoiku, a przy komputerze siedzi sobie glut taki – oczka ma wymalowane, nosek czarny, u szyi dzwoneczek zawieszony.

Zerknęłam i taki mnie śmiech ogarnął, że chichrałam, jak głupia i
zaprzestać nie mogłam.

Na same święta usadziłam baranka między cebulowo ufarbowanymi
jajkami, przystroiłam bukszpanem i poszłam pokazać Dorolce:
spojrzała i śmiechem się zaniosła donośnym i radosnym.

I tak już poszło – co kto na baranka spojrzał – i mąż mój, i Tatinek, i Antoś –  każdy rechotał radośnie.

Dziś, do rodzinnego świątecznego śniadania Dorola stół przepięknie
ustroiła, a ja, w formie zwieńczenia tej ślicznej dekoracji, na samym środku baranka ustawiłam.

Śniadaliśmy sobie miło i nieśpiesznie, a co kto nagłym śmiechem parsknął,
wiedzieli wszyscy, że na baranka znienacka spojrzał.

 

Wszystkim moim blogowym Czytelnikom z okazji Świąt życzę dużo radości i pogody ducha.

 



 

A tu mój wielkanocny ogród:

 

ForsycjaMagnolia

13:06, damakier1
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 kwietnia 2012

Najmilsze sercu memu Forum ze Dworum, na którym blog mój się narodził, świętuje urodziny.

Z tej znakomitej okazji  zasłużeni dworzanie nagrody i odznaczenia dziś otrzymali, a wśród nich:

Damakier: Medal za Podjęcie Blogierskiego Trudu - czym FzD ubogaca i sławę jego niesie daleko - hen! poza granice Dwora.

 

Uradowałam się przeogromnie, trzódkę moją – w pierwszym rzędzie koty, w drugim psy, usadziłam wokół siebie i przed oczy ten przepiękny medal
postawiłam:

 

Radość w domu zapanowała ogromna, gwar i rwetes – cały zwierzyniec się już podrywał i do Dworu medal odbierać się szykował, alem odpór temu zbiorowemu entuzjazmowi dała tłumacząc, że w każdej sytuacji takt, umiar i rozwaga są wskazane.

Po długiej i burzliwej debacie, do reprezentacji bloga wytypowana została Wrona – z tej okazji ułożona na aksamitnej czerwonej kapie oraz Franio w swej najbardziej uroczystej pozie:

 



19:24, damakier1
Link Komentarze (10) »