Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wlokłyśmy się z Wronką sennie ze spaceru – taką drogą, przy której z jednej strony są działki a z drugiej, zaraz za wąskim pasem porosłym krzakami, bardzo ruchliwa ulica Arkońska. Taka z tramwajami, autobusami i samochodami. Ta droga od sąsiednich zarośli sporym wałem jest oddzielona dlatego ulicy z niej nie widać, tylko wysokie drzewa. No i gdy tak sobie lazłyśmy noga za nogą i łapa za łapą, nagle na drogę koteczka nam wyskoczyła. Śliczna, szylkretowa – całkiem taka, jak nasza Maszeńka, kiedy jeszcze chuda była. Zatrzymała się przed nami wystraszona, przycupnęła na chwilę i smyrgnęła na działki. Zastanowiło mnie skąd też ta koteczka tu się znalazła, bo z tej strony drogi, z której wyskoczyła, jak już pisałam – trochę krzaków tylko i szeroka, niebezpieczna ulica. Niemożliwe, żeby przez taką ulicę koteczka się przedzierała,  coś tam musi za wałem być – pomyślałam i na wał się wdrapałam.

A tam – kocia Wenecja! Cały teren między wałem a ulicą zalany jest wodą. Pośrodku stoi wielki pałac, a dookoła poustawiane są małe domki. Wokół pałacu, z unoszących się na wodzie drewnianych palet, porobiono liczne uliczki prowadzące do domków.

 

 

Tak to wszystko, w wodzie zanurzone i w gęstwinie ukryte, niedostępne mi się wydało, aż trudno mi było sobie wyobrazić, żeby człowiek jaki mógł się tam dostać. Ale przychodzi ktoś na pewno, bo z domków całkiem czysta ściółka wystaje, a przed niektórymi starannie ułożono niewielkie płyty styropianu służące do wylegiwania się na słońcu. No i musi ktoś napełniać  miseczki gęsto poustawiane między domkami i wzdłuż drewnianych uliczek.

Kto by się spodziewał, że w mieście Szczecinie koty mają swoją Wenecję... ?!



 

niedziela, 28 kwietnia 2013

Proszę pani, Antek panią woła!!! - z wielkim krzykiem przybiegł z ogrodu, gdzie trwały przygotowania do antkowego urodzinowego garden party, kolega Antka. Co się stało? - Szopek nie chce oddać myszy!

U podnóża schodów werandy stał Szopek. Z jednej strony mordki sterczały mu łapka i ogonek, z drugiej - malutki pyszczek z wąsikami. Im głośniej wykrzykiwaliśmy Zostaw! Oddaj! Puść! - tym niżej Szopek łeb opuszczał, mocniej grzbiet wyprężał i w głaz niezłomny się przeistaczał. Dawniej, w epoce przedblogowej, zaraz bym męża zawołała a sama do domu uciekła, by makabry tej nie oglądać. Ale teraz natychmiast po aparat pobiegłam. Szopek z myszą w mordzie grzecznie czekał, a gdy usiłowałam odejść kilka kroków dla nabrania właściwego dystansu, ochoczo podreptał za mną. I zaczęło się – co ja kilka kroków się odsunę, Szopek dryp, dryp sunie za mną. Co ja przykucnę, Szopek z entuzjazmem mysie zwłoki w obiektyw mi wpycha. Chłopaki się wydzierają, Wronka biega dookoła i Daj myszę! Daj myszę! woła, a Baryła z wyrzutem patrzy, bo to pewnie on tę myszę upolował i to jemu, a nie Szopkowi ten łup się należy.

 

 

Fotografowałam zawzięcie, czas płynął, a Szopkowi najwyraźniej zrobiło się już myszy dosyć, tylko nie wiedział biedaczek, jak z honorem trupa się pozbyć. Pysk z utkwionym truchłem do góry zadzierał, w oczy mi patrzył i najwyraźniej porady, co robić u mnie szukał. Chłopaków uspokoiłam i odsunąć się im nakazałam, Wronkę do domu przepędziłam, a kiedy już spokój nastał, podreptał Szopcio pod krzak bukszpanu, dyskretnie myszkę na trawkę wypstryknął, pogmerał nosem w trawie, jakąś zaległą starą kość wygrzebał, powędrował z nią w przeciwny koniec ogrodu i jak gdyby nigdy nic, spokojnie ciamkać ją zaczął. Mnie pozostało tylko trupa uprzątnąć i tak cała afera się zakończyła.

 

Tagi: mysz
16:59, damakier1
Link Komentarze (12) »
piątek, 26 kwietnia 2013

Się zatkałam – tak napisałam w komentarzach, kiedy mi Najmilsze Czytelniczki moje zaczęły narzekać, że co zerkną to nic, tylko Żaba Zdzicha i nic nowego na blogu nie widać. Nie powiem, nawet przyjemnie mi się zrobiło, bo to zawsze miłe  kiedy człowieka  dosyć nie mają. Ale rzeczywiście – coś by nowego się przydało, a ja zatkana... Na szczęście Stara.Gropa  przypomniała słowa poety, że nie ma takiej rury, której nie można odetkać i od razu  sobie uprzytomniłam, że na zatkanie najlepszy Pan Czesio. Już w dzieciństwie przejawiał Pan Czesio swój talent hydrauliczny, co opisane jest tutaj:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Dalej-o-Panu-Czesiu-wrzesien-2009.html

Zaraz więc Pana Czesia do rury przywiodłam i rzekłam mu: Kocie, ratuj! Odtykaj! Pan Czesio dziarsko się wziął do roboty i myślę, że dzięki wspaniałej jego postawie, już wkrótce na blogu nowy wpis się ukaże.

 





 

22:41, damakier1
Link Komentarze (13) »
niedziela, 21 kwietnia 2013

Kiedyś, gdy Dorolka jeszcze była mała, z siedem, osiem lat miała, lubiliśmy jeździć w trójkę na wakacje na Mazury. Właściwie w czwórkę, bo zabieraliśmy jeszcze psa Dropa. Szlajaliśmy się po jeziorach małą łódeczką typu Orion, a Dorolka, której towarzystwa dzieci trochę brakowało, wymyślała sobie różne zajęcia. Jednym z nich łapanie żab było. Nie tyle nawet o samo złapanie żaby chodziło ile o to, żeby złapaną znienacka pod nos mi podstawić albo pod bluzkę wciskać. Bałam się i brzydziłam tych żab przeokropnie, zwiewałam przed nimi, gdzie pieprz rośnie i dotąd nie wiem, czemu wtedy Dorolki w jakim jeziorze nie utopiłam, choć powinnam była.

W tamtym czasie popularna była piosenkarka Zdzisława Sośnicka, która oprócz silnego, pięknego głosu, miała też imponujący garnitur zębów i szeroki uśmiech dookoła głowy. I właśnie z racji tego uśmiechu, mój mąż każdą złapaną  żabę nazywał Żabą Zdzichą.

 

Zeszła Dorolka na dół do pralni i zaraz nerwowo mamo! mamo! wołać zaczęła. Zeszłam za nią – stała pośrodku pralni, paluchem w kratkę ściekową celując i gdy weszłam – żaba! - powiedziała. Rzeczywiście, tuż przy kratce ściekowej siedziała żaba. Ukucnęłyśmy i przyjrzałyśmy się jej dokładnie. Nie przejmowała się nami wcale, siedziała spokojnie i ani drgnęła. Musisz ją stąd zabrać zdecydowałam, bo nie uśmiechało mi się, żeby nam żaby w piwnicy mieszkały. Dorolka rozejrzała się bezradnie, wyszukała jakiś kawałek kartoniku, położyła przed żabą i lekko palcem ją popchnęła. Żaba uniosła się nieco, ale na kartonik nie wlazła.

I kiedy tak patrzyłam, jak Dorolka trochę ze strachem, trochę z obrzydzeniem coś z tą żabą zrobić próbuje, przypomniały mi się te dawne mazurskie wakacje, żab łapanie i moje przed nimi zwiewanie... Sugestywnie mi się musiało pomyśleć, bo spojrzała Dorola na mnie i westchnęła – kiedyś to żaby łapałam, a teraz coś mnie.... - tu minę strasznie wykrzywioną zrobiła.

W końcu chwyciła żabę przez kawałek papierowego ręcznika, wsadziła na pokrywkę kartonowego pudełka i wyniosłyśmy ją do ogrodu. Posadziłyśmy ją na kamieniu obok wodnego oczka, gdzie będzie miała wszystko, co żabie potrzebne – wodę, dużo roślin, wśród których można się schować i kamienie do opalania się. Żaba przysiadła na kamieniu z nonszalancko wyciągniętą jedną łapką i wyglądała na całkiem zadowoloną.

 

 

Będzie ci tu dobrze – powiedziałam. I zgadnijcie, jak dałam jej na imię?

Tagi: żaba
15:13, damakier1
Link Komentarze (29) »
piątek, 19 kwietnia 2013

Zobaczyłam, że na końcu ogrodu Wronka z Szopkiem pod płotem stoją, bardzo czymś zaaferowane, uszy mają na sztorc postawione, ogony wyprężone i czają się, w każdej chwili do skoku gotowe. Przyjrzałam się, a za płotem diabelec jakiś szalone młynki wywija, to do płotu przypędza, na przednie łapy przypada i do zabawy zaprasza, to własną odwagą wystraszony, odskakuje i kolejne koło zatacza.
Najwyraźniej sąsiedzi pieska sobie sprawili.

 

 

To poszłam się przywitać. Przybiegł z entuzjazmem i uśmiechnął się szeroko od czubka nosa do koniuszka ogona. Troszkę mniejszy od Wronki, czarny podpalany z jednym oczkiem brązowym, a drugim niebieskim. Z miejsca go za to oczko pokochałam, bo takie właśnie jedno niebieściutkie oczko miała Papsiuczka. Przełożyłam rękę przez siatkę, poskrobałam pieska po nosku, potarmosiłam kosmate uszko, a on, rozanielony, przejechał mi po ręce jęzorem i ze szczęścia aż popiskiwać zaczął. To już było trochę za wiele i najpierw groźnie zawarczała Wronka, a zaraz po niej Szopek swym upiornym zaszczekiem się rozjazgotał. Uszy po sobie piesek położył, odskoczył od siatki i jak nie odpyskuje! Rejwach się zrobił na dwadzieścia cztery fajerki. Piesek animuszu nabrał, do siatki znów doskoczył i mało co płotu nie rozwalili. A cała trójka ujadała na potęgę.

Z tego wszystkiego zatrzęsła się  rosnąca przy płocie tuja, wylazł spod niej Baryła – minę miał bardzo zdegustowaną, prychnął pod nosem coś w rodzaju – doprawdy, w tym domu to już nawet zdrzemnąć się nigdzie nie można! - i poszedł szukać spokojniejszego miejsca.

 

13:50, damakier1
Link Komentarze (16) »
czwartek, 18 kwietnia 2013

Wiosna w tym roku dziwaczna bardzo. Upał na dworze jak w pełni lata, a trawa ledwo się zazieleniła, na drzewach ani śladu  pierwszych listeczków o kwiatach nawet nie wspominając. Zupełnie, jakby roślinność   w nadejście wiosny jeszcze nie uwierzyła. Za to ptaki wątpliwości żadnych co do wiosny nie mają. Już od bladego świtu swoje ptasie radio na cały regulator nastawiają i chwałę wiosny pod niebiosa wyśpiewują. Siedzieliśmy właśnie przy kawie na werandzie, gdy w te wszystkie fit-filit, ćwir, ćwir, ćwir i tiu, tiu, tiu... wdarło się okropne skrzeczenie srok.

Wysoko na gruszy siedziała przytulona do pnia para sójek, a sroki, wściekłe jak jasna cholera, darły się ile miały pary w dziobach. Było ich ze cztery albo i pięć,  zataczały co raz ciaśniejsze kółka wokół drzewa, by biedne sójki do lotu przymusić.

Natychmiast stanęłam na werandzie z aparatem w ręku. Mąż mój tylko spojrzał na mnie z politowaniem i powiedział – Z tym szkiełkiem? Z czym do ludzi? I zanim zdążyłam powiedzieć, żeby wziął swój aparat, dodał: Nawet się nie ruszam, bo i moim obiektywem się do tych sójek dobrze nie sięgnie.... Nie wiem, może by się nie sięgnęło, a może tak tylko mój mąż powiedział, bo mu się od kawy ruszyć nie chciało, ale na takie dictum kobieta bezradna jest,  więc się nie spierałam. Zresztą sójki właśnie poderwały się do lotu i poszybowały na świerk sąsiadów, przysiadły i zaraz poleciały gdzieś dalej. Ale za jakiś nieduży kwadransik, najpierw jedna pojawiła się na jabłonce, a po chwili druga na żywopłocie. Niestety, mój obiektyw i teraz nie umiał ich dosięgnąć.

No i tak kręciły się te sójki po ogrodzie – raz pojawiały się, a raz znikały, aż pomyślałam sobie, że może zamieszkać w ogrodzie postanowiły. Jak tak, to już ja was, moje kochane, kiedyś przydybię! - rzekłam sama do siebie. Na razie jednak sójki odleciały, a zdjęcia zrobić mi się nie udało.

Pod wieczór, wracałyśmy z Wroną z działek, patrzę – a tu przed jednym z domów, na płocie sójka siedzi. Bliziutko, że widać jej każde piórko! I wcale uciekać nie zamierza. Zerka na nas, łebkiem kręci, dziobek o płot czyści – nic, tylko fotografować. Zatrzymałam się, wyciągnęłam aparat, do oka przystawiłam i wtedy dziad jakiś się napatoczył, na chodnik koło płotu wlazł i sójkę spłoszył. Na szczęście odfrunęła na dach i nim poleciała dalej, zdążyłam pstryknąć:

 

 

Nie jest to to samo, co gdybym na płocie, z bliska ją złapała. Ale zawsze coś.

Tagi: sójka sroka
16:44, damakier1
Link Komentarze (13) »
środa, 17 kwietnia 2013

 

Po tym niedzielnym zerknięciu na świat, strasznie Maszeńkę korcić zaczęło żeby na prawdziwą wycieczkę się wybrać. Ale – i chciałaby, i bała się. W poniedziałek co i raz na dół zbiegała, łepetynę na werandę wystawiała i przy najmniejszym hałasie pędziła na górę. We wtorek już śmielej sobie poczynała, po werandzie spacerowała jakby nigdy nic, a parę razy nawet po schodach do ogrodu zeszła. Ale tylko kawałek, nie za daleko.

A dzisiaj – ciach, ciach, ciach.... i lekkim kroczkiem w świat pomaszerowała!

 

 

Najbardziej spodobało jej się za garażem, gdzie leży kupa rupieci przeznaczonych do wywiezienia i jest mnóstwo kryjówek, w których w razie czego schować się można. Obadała ten śmietnik skrupulatnie, w każdą możliwą dziurę zajrzała, sprawdziła którędy do środka wejść i którędy wyjść można, a potem, wzdłuż płotu,  rozpoczęła obchód całego ogrodu.

A kiedy tak Maszeńka odważnie ogród zwiedzała, kibicowały jej wszystkie zwierzaki. No, prawie wszystkie, bo Franio uznał, że skoro wszyscy z domu się wynieśli, to jest najlepszy moment, żeby na łóżku u Doroli się uwalić i długie nocne balowanie odespać.  Ale cała reszta, bardzo przejęta, wyprawę Maniusi pilnie śledziła i wszyscy otuchy jej dodawali.

 

 

Łaziła sobie Maszka po dworze aż do obiadu, a jak po obiedzie sobie odpoczęła, jeszcze raz na spacer wyszła i wieczorem raz jeszcze. Na razie poza ogród się nie wypuszcza. Kiedy zobaczymy ją na placyku, uznamy, że Maszeńka została kotką wychodzącą.

 

22:51, damakier1
Link Komentarze (11) »
wtorek, 16 kwietnia 2013

Wyszłam przed dom, a tam Dorola przejęta, jak nie wiem co, po placyku się miotała. Zobacz! - zawołała i wycelowała ręką w ogród sąsiadki, gdzie po trawniczku łaził sobie nasz Karolek, a obok niego stał  kotek rudy i całkiem nieznany. Na szyi miał zieloną obróżkę z dzwoneczkiem, rozglądał się dookoła troszkę spłoszony, a troszkę zaciekawiony. Popatrywały jeden na drugiego i najwyraźniej sobie do gustu przypadły, bo żadnego puszenia się i złowrogiego pomrukiwania nie było. Dorola już telefonem zdjęć zdążyła narobić, ale i tak po aparat ją posłałam i też zaczęłam fotografować. Zauważył Karolek, że za gwiazdy filmowe robią, coś tam rudemu szepnął i ruszył nowego kolegę nam przedstawić. Prowadził go wzdłuż płotu, bardzo  przejęty. Ogon postawił na sztorc, żeby ważności większej nabrać, a kolega, wprawdzie w strategicznej odległości, ale całkiem śmiało za nim podążał.
Doszły tak na nasz podjazd do garażu, Karolek się rozsiadł wygodnie, a rudzielec stanął pośrodku podjazdu i tu już animusz go opuścił. Stał chwilę niepewnie na nas patrząc, gotów do czmychnięcia i po chwili delikatnie, łapka za łapką wycofywać się zaczął i zwiał  na trawnik sąsiadki.

 

 

Kręcił się po drugiej stronie placyku do samego wieczora. Karolek parę razy jeszcze do niego wybiegał, a potem rudy gdzieś przepadł. Pewnie wrócił do domu. Może go jego rodzina tak, jak my Maszeńkę, wypuściła na pierwszy wiosenny spacer?

23:06, damakier1
Link Komentarze (17) »

Podczas gdy Maszka zbierała się w sobie, by odważnie na podbój świata pomaszerować, w ogrodzie panowało istne szaleństwo. Wronka jak lux-torpeda obiegała ogród dookoła tratując po drodze Szopka, Pana Czesia i Karolka. Szopek wkurzał się okropnie,  usiłował Wronkę złapać i dać jej porządną nauczkę, co wyglądało przekomicznie, bo do wielu rzeczy się Szopcio nadaje, ale do biegania to na pewno nie.

 

 

Pan Czesio z Karolkiem najmniejszej uwagi na szaleństwo Wronki nie zwracali, bo zajęci byli łapaniem patyków, którymi Antek wymachiwał im przed nosami.

 

 

Prędko się to łapanie patyków Panu Czesiowi znudziło. Odwrócił się, zanurkował w krzaki i udał się na polowanie na prawdziwego zwierza.

 

 

Karolka żaby nie interesowały. Wybrał się sprawdzić, co słychać na ulicy. I słusznie uczynił, bo na ulicy pojawił się nowy kolega. O czym będzie jutro.

 

 

Na blogu Świat to dżungla - Panterka, czyli nasza  Aniamania, urządziła konkurs limerykowy. Zadanie polegało na napisaniu o sobie w formie limeryku.

Ja napisałam tak:

Damakier pomysł miała taki,

żeby Wronę i inne zwierzaki

i wszelkiego czworonoga

przerabiać na swego bloga

opisując koty oraz psiaki. 

 

U damykier ze Szczecina

mieszka liczna zwierzaków rodzina

Żyją zgodnie i przykładnie,

a co w pysk któremu wpadnie,

z apetytem wielkim zaraz wcina.

 

 

A Panterka ułożyła cały zbiorek limeryków o wszystkich uczestnikach zabawy.

Oto limeryk o mnie i Wronce. Z piękną ilustracją:

 

 

 

Mama Wronki to Dama Kierowa,

sama Wrona to postać wzorowa.

Koty kocha

ta pieszczocha

i do figli jest zawsze gotowa.

 

Całość można znaleźć tutaj:

http://swiattodzungla.blogspot.com/2013/04/limeryki-wyniki.html

 

00:08, damakier1
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Jak się tylko troszkę wiosennić zaczęło, a w prognozach pogody coraz cieplejsze zapowiedzi się pokazywały, zaczęliśmy snuć opowieści, co to będzie, jak w końcu Masi drzwi na dwór otworzymy? I jak w sobotę  wieczorem Dorolka  prognozę na niedzielną pogodę usłyszała, przyszła do mnie i powiedziała tylko jedno słowo: jutro!

Niedziela rzeczywiście obudziła się przepięknie słoneczna i aż się chciało do ogrodu lecieć. Antek przyszedł do mnie i marudził  – no kiedy wreszcie mama Maszkę wypuści?

Otworzyłam drzwi na werandę, Dorola zeszła na dół, po drodze Masia, Masia... wołając i Maszka przybiegła do kuchni. Stanęła w progu jak wryta i wpatrywała się w szeroko otwarte drzwi. Postała tak chwilę, zakręciła się na pięcie i smyrgnęla z powrotem na górę. Na próżno Dorola z Antkiem na wszystkie sposoby imię jej odmieniali na dół ją przywołując. Ani myślała przyjść. Ułożyła się w pokoju na stole i wygrzewała w słońcu. No to odpuściliśmy.

Ale po jakimś czasie, gdy porządki pozimowe na werandzie zaczęłam, zobaczyłam ją znowu na progu.

 

 

Dorola z Antkiem przybiegli z ogrodu i na wyprzódki zaczęli Maszkę wołać. Ale ona tylko rozglądała się dookoła, a potem lekko się czając, podeszła do schodów. Tu znów się zatrzymała, wyciągnęła łepek, zerknęła w dół, potem przez balustradkę w bok, na ogród – i myk do domu! I taki to był Maszki pierwszy dzień wolności.

 

 

 

Ale oprócz tej sprawy z Masią jeszcze wiele atrakcji tej niedzieli mieliśmy. Wronka szalała w ogrodzie usiłując zarazić swym entuzjazmem Szopka i koty. Pan Czesio polował na żabę. A Karolek spotkał nowego kolegę. Ryżego.

O tym wszystkim będzie później.

 

00:19, damakier1
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2