Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
niedziela, 27 kwietnia 2014

To, że bezczelnie wskoczył na stół i siknął w ekran laptopa ostatecznie można by mu wybaczyć, ale że drugim strumieniem obsikał męską pierś Tatinka, który rzucił się laptopowi na ratunek, to było już za wiele. I bardzo słusznie Tatinek capnął go za kark, uniósł wysoko w górę, spojrzał mu w oczy i wycedził  -  już tu  nie mieszkasz!  -  po czym z dyndającym mu w ręku Franiem zbiegł po schodach i wywalił go na dwór.

Specjalnie to się tym Franio nie przejął. Ot, przyszedł do mnie, czy bym go na parę dni na stołowanie nie przyjęła, bo tym z góry lepiej zejść z oczu i na parę dni z domu się wyniósł, co nie było trudne, bo właśnie pogody piękne nastały i noce zrobiły się ciepłe.  

I właśnie w słoneczne sobotnie przedpołudnie zobaczyłam go, jak mocno przytulony do grubego brzozowego pnia, spał smacznie, ufając, że tak zakamuflowanego nikt go zauważyć nie zdoła.

 

Franio śpi

 

Franiu, zawołałam, może byś wpadł coś przekąsić?  I śpiesznie dodałam  - Tatinka nie ma w domu. Na te słowa podniósł łeb, podumał chwilę i zaczął zbierać się z pościeli, bo faktycznie moja propozycja nie była głupia.

 

Co?

 

Już idę!

 

I wtedy, niespodziewanie, z kaczki zrobił się zając. To znaczy  - z Frania Pan Czesio.

 

Pan Czesio

Tagi: koty
11:45, damakier1
Link Komentarze (24) »
środa, 23 kwietnia 2014

szycie robali

 

cd

 

cd

 

cd

 

cd

 

koniec

Tagi: robale
23:00, damakier1
Link Komentarze (10) »
niedziela, 20 kwietnia 2014

Przed stoiskiem z pieczywem w  Realu poustawiane były długie stoły ze świątecznymi ciastami, a wśród nich stół z babeczkami drożdżowymi z kurczaczkiem. W tych dużych marketach mój mąż staje się jak dziecko  - od razu przystanął i zawołał  - kupmy!  Wybrałam w miarę zgrabną babeczkę z dorodnym, puchatym kurczaczkiem.

Potem robiliśmy jeszcze różne potrzebne zakupy i jeszcze później mój mąż  załadował je do bagażnika. Kiedy to wszystko poustawiałam na kuchennym stole, drożdżowa babeczka była zmieniona w kupę połamanych kawałków, w których tkwiło dziwne coś żółtego do cna oblepionego lukrem.

Wsadziłam kurczaczka pod kran, ale lukier trzymał się mocno. Polałam szamponem  - bez skutku. Dopiero płyn do mycia naczyń dał radę. Wymyłam starannie z tuszu szczoteczkę do rzęs i usiłowałam pozlepiane piórka rozczesać. Ale co pociągnęłam szczoteczką, piórka z kurczaka na niej zostawały i już widziałam, że kurczaczek prędzej ołysieje niż się piórkami nastroszy. To już go tylko suszarką do włosów wysuszyłam. Nie wyglądał  on jednak jak śliczny, puchaty, żółciutki kurczaczek. Raczej, jak młodociany Cipun*.

 

Cipun 

 

Powiedziałam mojemu mężowi  - że też ty, to każde badziewie kupić musisz...!  Ale nie był ten zakup tak bardzo nieudany: Wronie i Szopkowi babeczka bardzo smakowała, a nasz tradycyjny wielkanocny baranek przynajmniej ma teraz towarzysza.

 

Cipun z barankiem

 

..........................................................................................................................

 

*Cipun to kogut występujący w pięknej książce Tadeusza Konwickiego  - Zwierzoczłekoupiór.  Kto nie czytał, niech przeczyta koniecznie.

 


piątek, 18 kwietnia 2014

Święta! 

I znów przyfrunął nasz tradycyjny Wielkanocny Baranek*

 

baranek wielkanocny

 

 

 

Wszystkim
blogowym Gościom

 

życzę

 

zdrowych,
pogodnych i szczęśliwych Świąt

 

oraz

 

pięknej wiosny  -

 

damakier

 

 

 

wesołych świąt!

.............................................................................................................................

 

*

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/04/Baranek-wielkanocny.html

 

środa, 16 kwietnia 2014

Najgorsze zawsze było to, że ciągle coś się zbierało -  a to chwasty powyrywane, a to gałęzie poprzycinane, a to przez lato całe trawa skoszona, a jesienią liście opadnięte  -  i nijak się tego pozbyć nie było można. Przez całe lata ogniska się paliło, ale trawy skoszonej  i chwastów powyrywanych  do ogniska nie wrzucisz. Zresztą ogniska paliliśmy tylko jesienią i bardzo wczesną wiosną, nim drzewa i kwiaty zakwitły, a potem to już się pszczołom w ich trudzie nie przeszkadzało. No a ostatnio to w ogóle zakaz palenia ognisk wprowadzono.

Skutek był taki, że co i rusz w różnych kątach ogrodu małe wysypiska śmieci powstawały, a co z jednym się uporałam, zaraz pod innym krzakiem zjawiało się następne. I kiedy w zeszłym roku wprowadzono Ustawę śmieciową, nadzieja we mnie wstąpiła, że wreszcie się problemu zgromadzonych śmieci pozbędziemy. Zaczęło się nie bez potknięć: 

http://wwwtrembil.blox.pl/2013/08/Ustawa-smieciowa.html

Ale powoli zaczęło się docierać,  ludzie nauczyli się, co kiedy wystawiać, po worki przyjeżdżali punktualnie i już mi się ta śmieciowa ustawa podobać zaczęła. Tym bardziej, że na te wszystkie poucinane gałęzie, skoszone trawy i zgrabione liście utworzono ekoporty, gdzie można było to wszystko wywozić. Niestety, teoretycznie. Praktycznie, co się do ekoportu przyjechało, panowie placowi, niczym Kapelusznik z Marcowym Zającem, gromko wołali  Nie ma miejsca! Nie ma miejsca!  Potem to już mój mąż zawsze dzwonił, upewnić się, czy można przyjechać, ale jak śmierdzi taka skoszona trawa, która w upalne lato czeka na wywiezienie, to już nikomu tłumaczyć nie muszę...

I tak moja wiara w zbawienną moc Ustawy śmieciowej podupadła, a w ogrodzie nadal śmieci gromadziły mi się po kątach. Aż tu na początku tej wiosny pokazały się na przystankach tramwajowych wielkie obwieszczenia: Skosiłeś trawę i nie masz z nią co zrobić? Nie martw się, kup brązowy pojemnik, załaduj, a my przyjedziemy i zabierzemy...  -  tak to mniej więcej leciało i podany był adres strony, gdzie wszystko jest dokładnie opisane. 

Zaraz tam wszystko wyczytałam, w te pędy polecieliśmy specjalny brązowy pojemnik kupować, razem z Antkiem rzuciliśmy się na pierwsze tej wiosny koszenie trawnika, załadowaliśmy pojemnik po same uszy i cała w nerwach czekałam na środę, bo w środy mieli te bio-śmieci odbierać.

 brązowy pojemnik

pierwsze koszenie

 

A dzisiaj przyjechała wielka śmieciara i wszystko z kubła zabrała.

I pokochałam tę ustawę śmieciową.

 

Pan Czesio

 

Karolek

niedziela, 13 kwietnia 2014

Pojawił się na placyku parę lat temu. Dorolka mówi, że jeszcze nie było wtedy Karolka, a mnie się zdaje, że to było jesienią tego roku, kiedy latem zjawił się Karolek. W każdym razie było to dawno... 

Widziałaś tego pięknego kota?  -  zapytała mnie Dorolka któregoś wieczoru i opowiedziała, jaki jest nadzwyczajny, cudownie kolorowy i oryginalny. Zaczęłam się rozglądać i po kilku dniach zobaczyłam  -  rzeczywiście piękny!
Z umaszczenia wyglądał na kota syjamskiego, ale zaczęłam szukać po internecie i wyszukałam, że koty syjamskie są dość drobnej postury, a ten był całkiem postawny. Syjamski nie syjamski, tak mnie zachwycił, że całkiem byłam nie od tego, żeby do domu się wprowadził i pozwalał na co dzień paść oczy swą urodą. Toteż nic nie mówiłam Dorolce, gdy w ukryciu przede mną miseczki z jedzeniem mu przed dom wystawiała, a gdy nikt widział, sama też przed dom to i owo wynosiłam. A kiedyśmy się wzajemnie przyłapały na tym wynoszeniu, to już wynosiłyśmy jawnie, a Dorolka nazwała kota Biszkopcik.

Początkowo był bardzo ostrożny. Kiedy wystawiałyśmy miseczkę czekał w oddaleniu i podchodził dopiero, gdy nikogo w pobliżu nie było. Po jakimś czasie wychodził już  na spotkanie i pozwalał stać obok i przyglądać się, jak je. Jadł ze smakiem, ale nieśpiesznie i właściwie nie sprawiał wrażenia wygłodzonego kota, a raczej wpadającego na smaczny poczęstunek gościa.

A kiedy zaczął się pojawiać na zawołanie Biszkopcik!   i już, już wydawało mi się, że niebawem się wprowadzi, zaczął przepadać na coraz  dłużej i parę tygodni nieraz upłynęło nim pojawił się znowu. W końcu przepadł na dobre. 

I tak jakoś w zeszłym tygodniu Dorolka przyszła z wieścią, że widziała Biszkopcika. No to już zawsze miałam aparat pod ręką i zaczęłam polowanie. Nie minęło wiele czasu, jak go zobaczyłam  – siedział przed okienkiem piwnicznym naprzeciwko naszego domu. Tak, jak w przypadku Ryżego, podchodziłam powoli robiąc zdjęcia najpierw z daleka, a potem coraz bliżej i bliżej...  Niepotrzebnie!  Biszkopcik ani myślał uciekać  - siedział niewzruszenie, sztywno wyprostowany patrzył swymi pięknymi oczyma wprost w obiektyw i najwyraźniej mi pozował. Krok za krokiem, zdjęcie za zdjęciem, podeszłam całkiem całkiem blisko i zrobiłam ostatnie zdjęcie. Wtedy podniósł się, przeciągnął, przeskoczył przez płot, rzucił mi przez ramię pożegnalne spojrzenie i pomaszerował w głąb ulicy. 

Od tej pory już go więcej nie widziałam.

 

Biszkopcik

poniedziałek, 07 kwietnia 2014

portret Wrony

 

No i tylko patrzeć, jak pięć lat zaraz strzeli od czasu, gdy tę naszą Wronkę w internecie wypatrzyłam. Wydoroślała  od tej pory i choć w domu nadal szałaput z niej okropny  -  na kolana mojemu mężowi się pcha, w łóżku się rozpycha, koty gania, Szopka zaczepia i robale po domu i ogrodzie nosi  -  to na spacerze już obcym psom na żadne spoufalanie i głupie zaczepki nie pozwala. Rzadko, bardzo rzadko się zdarza, żeby którego zaszczyciła zaproszeniem do wspólnej zabawy.

 

Wronka sie juz nie bawi

 

Jeszcze niedawno, jako  Królowa psiego wybiegu  rej wodziła i dzikie psie gonitwy urządzała, a teraz na żadne zaczepki nie odpowiada, przy moich nogach się trzyma i tylko jakieś badyle mi znosi i rzucać każe. Na próżno jej tłumaczę, że patykiem to się i w ogrodzie pobawić można i nie trzeba taki kawał łazić. Na darmo mówię: No zobacz, jaki przystojniak Cię zaczepia, idź pobiegaj!  -  Wronka tylko głową kręci  -  za duży jest  -powiada  -  jakby na mnie wpadł, to jakby mnie czołg przejechał...  -   To pobaw się z tym mniejszym  -  odpowiadam, a ona aż przysiada z oburzenia   -   z takim małym? Wiesz, jakie takie małe zwinne są? Chcesz,żeby się cały wybieg śmiał, że takiego małego złapać nie mogę??? Na to to już żadnego argumentu nie mam, daj ten patyk mówię, a Wronka, zadowolona -  a weź sobie, jak potrafisz!  -  odpowiada i na przemian a to mi patyk pod rękę podsuwa, a to spod ręki mej uskakuje i ryczy przy tym, niczym stado lwów, przeokropnie.

A jak się jej zabawa w odbieranie patyka znudzi, łapie za smycz i jeszcze bardziej rycząc próbuje mi ją z ręki wyrwać. Ale na taką zabawę to ja się nie godzę, bo po pierwsze, to szkoda smyczy, a po drugie szarpanie smyczy to nie jest zabawa dla dobrze wychowanych suczek. Nie wolno!, dosyć!, zostaw!, przestań! -  wołam i na koniec sięgam ręką do kieszeni, gdzie mam zawsze specjalne chrupki na łapówki. Wronka smycz puszcza, chapie chrupkę i   idzie pogapić się, jak inne psy harcują. 

 

zbiórka

 

psie spotkanie

 

Wronka na uboczu...

 

trochę żal...

 

 

Wracałyśmy ze spaceru przez piękny Park Kasprowicza i po drodze dokuczałam jej troszeczkę  -  Ale skapcaniałaś, suczku...  widziałaś, jak się wszystkie psy fajnie bawiły? Tylko ty jedna samotnie te patyki memłałaś, jak jaka stara baba...!  A jeszcze niedawno taka młoda i dziarska byłaś...

Wronka niby się nie przejmowała, stojącym uchem wpuszczała, a klapniętym wypuszczała, ale widziałam, że nie w smak jej moje gadanie. W końcu spode łba spojrzała i jak się nie odwinie!  -  A ty to niby młodniejesz z dnia na dzień?  Dawniej to dnia nie było bez spaceru, a nieraz to i po spacerze jeszcze mnie na działki brałaś, a teraz to pogoda ładna być musi, żeby ci się chciało z domu ruszyć... A i nie pamiętam, żebyś kiedyś tyle po doktorach latała, a to kolana rehabilitować, a to jakieś grypy leczyć...  A do tego jeszcze, jaka się marudna zrobiłaś!  Rozpuściła dziób i kłapała jak najęta, aż tym razem mnie mina zaczęła rzednąć. Ale gdy się przymknęła na chwilę dla zaczerpnięcia oddechu, odpaliłam: Przynajmniej nie zrobił mi się taki siwy ryjek!

 

siwy ryjek

 

 

 

------------------------------------------------------------------------------------------

Królowej psiego wybiegu jest tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Wrona-krolowa-psiego-wybiegu-czerwiec-2009.html

 

 

czwartek, 03 kwietnia 2014

Dwie lelije kupiłem  -  powiedział mój mąż i czekał, żebym się ucieszyła. Nie ucieszyłam się wcale, bo kupić łatwo, ale gdzie posadzić? No wiesz???  -  zawołał mój mąż  -   w takim dużym ogrodzie gdzieś posadzisz. No właśnie: gdzieś. Nie chodzi przecież o to, żeby nawtykać byle gdzie, ale żeby się wszystko jakoś z sobą komponowało no i żeby przy koszeniu trawnika nie trzeba było ciągle między klombikami, rabatkami i innymi duperelkami kosiarką lawirować. Powisiały lelije parę dni w torebce na werandzie, a dziś znowu ciepło się zrobiło, to pod wieczór wyszłam do ogrodu jakiegoś miejsca im poszukać. Jedyne miejsce znalazłam koło małego oczka wodnego dokładnie tam, gdzie rósł dziurawiec, ale zeszłej zimy przemarzł i już się nie odrodził. Nawet dobrze tu będą wyglądać  - pomyślałam i małą łopatką zaczęłam kopać ziemię. Natychmiast natrafiłam na gruby korzeń. Potem na jeszcze grubszy. Poszłam po widły. Wbiłam je w ziemię, podważyłam korzeń i zaraz zaprzestałam dalszych działań, bo widły najwyraźniej zamierzały się złamać. Przyniosłam szpadel, wbiłam ile sił w korzeń i ledwo, ledwo wyciągnęłam go z ziemi. Wzięłam nóż, wsadziłam go głęboko pod korzeń i starałam się powyrzynać wszystko, co pod ziemią siedziało. Wtedy zjawił się Pan Czesio – błyskawicznie wyciągnęłam nóż spod korzenia, bo Pan Czesio właśnie wsadził tam łapę, pogmerał chwilę i powiedział  - weź sekator. Poszłam do domu i wróciłam z sekatorem i Karolkiem. Pan Czesio zrobił miejsce Karolkowi żeby i on mógł łapą korzenie dziurawca pomacać, usiedli obaj „koło obok”, a ja naprzemiennie: sekatorem, widłami, łopatą, nożem i znów: nożem, łopatą, widłami i sekatorem z cholernym dziurawcem się mocowałam. No i powoli, powoli, po trochu, po troszeczku korzenie zaczęły puszczać i daliśmy radę. Wykarczowałam to cholerstwo i wsadziłam lelije tak, jak mi mój mąż przykazał: na głębokość równą potrójnej ich wysokości. Poszłam do domu odpocząć po trudzie, a Pan Czesio z Karolkiem, w poczuciu dobrze wykonanej  roboty, zaczęli wieczorne harce.

 

Karolek z Panem Czesiem

 

Pan Czesio

 

na magnolii

 

gonitwa

 

gonitwa

 

Pan Czesio z Karolkiem

 

Karolek

 

00:05, damakier1
Link Komentarze (26) »
wtorek, 01 kwietnia 2014