Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
czwartek, 31 maja 2012

Dostałam od męża na imieniny. Trochę za wcześnie, ale podobno strasznie
przebierałam nogami i nie mógł już patrzeć, jak się męczę. I bardzo dobrze – kto szybko daje, dwa razy daje!

Ucieszyłam się nadzwyczajnie – raz, bo okropnie mi się tego aparaciku chciało. Dwa, bo skoro mi go mąż kupił, to widać uznał, że moje zdjęcia na własny aparat zasługują.

No więc jest – mały canon z wizjerem optycznym tak, jak mi zależało. Poręczny i zgrabniutki.

Zaraz po obiedzie wsadziłam aparacik do specjalnego „etuja”, zawiesiłam sobie na szyi, wzięłam Wronkę i powędrowałyśmy. Na pierwszy raz wybrałam tę skrótową drogę na psi wybieg, gdzie poprzednio tak pięknie pozował sarni koziołek. Szłyśmy sobie dziarsko, przeszłyśmy park, dotarłyśmy do skraju łąki, weszłyśmy na ciągnącą się  wzdłuż płynącego na dnie skarpy strumyka dróżkę i wiecie, co? - Koziołka wcale tam nie było! Ani koziołka, ani sarny, ani nawet kukułki nie pasły się na skarpie, choć tym razem przezornie włożyłam do kieszeni złotówkę i mogłyby mnie okukiwać do woli. Dobrze, że chociaż była łąka, skarpa ze strumykiem i mostki przepustowe:



 

Na wybiegu było pusto, tylko smarkaty owczarek niemiecki i mała terierka walijska. Podbiegła do nich Wronka się przywitać i do zabawy namówić, ale one owszem – przywitały się grzecznie, ale troszkę się jej wystraszyły i bawić się nie chciały. No to sfotografowałam je tylko i poszłyśmy dalej.



Wrona posznurowała prosto do swojej ulubionej przeszkody, wdrapała się na szczyt, ustawiła pięknie i na zdjęcie czekała. Mówiłam jej, że tych zdjęć na przeszkodzie ma już pełno i nie ma sensu kolejnego robić, ale uparła się, że nie zlezie dopóki jej nie sfotografuję. No to nie było wyjścia:



 

Po przyjściu do domu, łupy moje do komputera wgrałam i okazało się, że większość jest nieostra i prześwietlona. Zła byłam trochę, bo dopiero teraz mąż mi powiedział, że migawkę zwalniać trzeba na dwa razy – do połowy dla ustawienia ostrości właśnie i potem do końca, żeby zrobić zdjęcie.

I jeszcze coś o tej jasności nadmiernej mi tłumaczył, ale już zapomniałam. Ale w sumie jestem zadowolona, bo trochę jednak uzbierałam, a przecież dopiero się tego aparaciku uczę.

 A na koniec zrobiłam portret Zimy:



22:51, damakier1
Link Komentarze (5) »
środa, 30 maja 2012

Zadzwonili do nas bliscy znajomi nasi (stan posiadania: kotów pięć i suczysko wielkie o urodzie i posturze dzikiej świni) z wiadomością, że rodzina im się powiększyła. O piesulka. Było tak – zadzwoniła do naszej znajomej jej znajoma, że przy  przystanku autobusowym na Skolwinie od pięciu dni błąka się piesek malutki. Weźmiesz? - zapytała. Wezmę – odpowiedziała nasza znajoma.

Piesek okazał się smarkaty bardzo, drobniutki, zabiedzony, mocno kosmaty. Czarny z grzywką białą, białym krawacikiem i białymi skarpetkami – wypisz, wymaluj - piesulek.

W domu okazało się jeszcze, że skołtuniony jest potwornie, co nic nie szkodzi, bo się kołtuny powycina i coś niedobrego działo się z psim ogonkiem. Weterynarz stwierdził, że ogonek aż w czterech miejscach jest połamany i trzeba było  amputować. Do domu piesulek wrócił z malutką resztką ogonka i w wielkim kołnierzu na szyi, żeby do szwów po operacji nie mógł sięgnąć.

Tego wszystkiego wysłuchaliśmy przez telefon i za dni parę pojechaliśmy piesulka zwiedzić.

Przy furtce przywitała nas Sunia, a zaraz potem zza domu wybiegło czarne
diablę, rozjazgotane jak nie wiem co i skacząc na płot zaciekle waliło w sztachety wielkim plastikowym kołnierzem.

No myślałby kto, że tygrys albo smok jaki. Na szczęście nie był to atak obronny, tylko entuzjastyczne powitanie. Gdy weszliśmy, piesulek obskakiwał nas radośnie i serdecznie.

Siedzieliśmy w ogrodzie przy herbacie, rozmawialiśmy, a ja przypatrywałam się piesulkowi, jak dziarsko wywija swym wielkim kołnierzem wokół głowy,  dzielnie i ufnie zaczepia ogromną Sunię,  odważnie radzi sobie z kotami, z których każdy jest większy od niego. Patrzyłam, jak zgrabnie wskakuje na kolana swemu nowemu panu. Podziwiałam, jak odważnie przychodzi do nas, obcych ludzi, daje się pogłaskać i wziąć na ręce. I nadziwić się nie mogłam, skąd w tym malutkim stworzonku, po tylu przejściach i doznanych krzywdach, tyle miłości i ufności do ludzi i świata?

 



 

A na koniec niespodziewanie zostałam piesulkową matką chrzestną, bo głaszcząc na odchodnym jego kosmatą mordkę mimowolnie powiedziałam – Cześć, Kajtusiu! I tak już chyba zostanie.

 



 

 

 

20:01, damakier1
Link Komentarze (7) »
niedziela, 27 maja 2012

Denerwował się Karolek bardzo, że go zamiast śpiącego w szafie -śpiącego na kanapie we wpisie o doglądaniu kotów umieściłam. Wlazł do szafy i kazał się sfotografować, żeby wszystko było, jak należy.

No, to proszę bardzo:



Tagi: koty
18:34, damakier1
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 maja 2012

Wypier... i nie wracaj! - powiedziała Dorola zatrzaskując za Franiem frontowe drzwi. Gdzie nasikał? - zapytaliśmy chórem. U Antka w pokoju – odpowiedziała i zła, jak chrzan poszła na górę. Był środek nocy, pokręciliśmy się jeszcze trochę i szliśmy spać. Jeszcze tylko mój mąż wyjrzał przed dom i, jak zwykle, cicho zawołał - Kocie...!, ale Franio najwyraźniej zrobił, co mu Dorola kazała i nie wracał.

Rano Dyniek zameldował się na śniadaniu razem z psami, zeszły z góry Zima i Pan Czesio. Wypuściłam je na dwór. Pod furtką stał Franek.  Franiu, kocie, chodź na śniadanie – zawołałam, ale on tylko smutno popatrzył i dalej stał bez ruchu przy furtce. - No chodź – powtórzyłam – na pewno jesteś głodny... Dalej przyglądał mi się rozżalony i pokręcił głową: Nie mogę, Dorola powiedziała, żebym nie wracał.

No i jak się nie ulitować nad biednym wypędzonym? Włożyłam do miseczki trochę kocich przysmaków, co to je melinuję specjalnie dla Karolka i wyszłam przed dom. Ale Frania już nie było. Cóż..., zabrałam miseczkę do domu, wyniosłam przed dom na murek poduszkę (fioletową, żeby pasowała do bratków) i zaczęłam w myślach układać mowę wstawienniczą do Dorolki, by się nad wygnańcem ulitowała. A kiedy przemowę miałam już gotową – porywająca, wstrząsającą i wzruszającą – poszłam na górę. Dorola robiła coś przy kuchni. Stanęłam, usta otwarłam i nim zdążyłam wypowiedzieć pierwsze słowo – Franio dostojnie zszedł ze strychu, rozsiadł się przy misce i spokojnie zaczął chrupać kocie chrupki.

 

Nie jest ta Dorola aż taka zła....

 



Tagi: koty
17:12, damakier1
Link Komentarze (8) »
piątek, 18 maja 2012

Zupełnie czym innym jest zadawać się z kotem i nawet zajmować nim
towarzysko, a czym innym być kota właścicielem i odpowiadać za
niego. A wielką już odpowiedzialnością jest doglądać kota powierzonego. A co dopiero czterech. Tymczasem Dorolka Tylko nie przekarmiaj! za całą
instrukcję mi powiedziała, do samochodu z Tatinkiem wsiedli i do
tej Pragi złotej wybyli. No i prawie dzień cały myśli miałam zajęte - a to, czy Antek szczęśliwie na miejsce dotarł, a to, czy oni tym samochodem cali i zdrowi dojadą. Ale, jak pod wieczór esemesy dostałam, że Antek już w hotelu w Londynie, a oni w Pradze – spokojna już całkiem byłam. I zaraz coś mnie tknęło i zapytałam mego męża:
Widziałeś ty dziś jakiegoś kota od czasu, jak pojechali? - Tylko rudego i Pana Czesia – odpowiedział. No tak – Zima i Franek przepadły! O Franku to zaraz doszliśmy do wniosku, że go Dorola we worku z sobą wzięła, by go do jakiej mijanej po drodze rzeki z mostu zrzucić. Nic dziwnego by w tym nie było zważywszy, że to Franek właśnie tuż przed wyjazdem skwapliwie i obficie obsikał wielką torbę podróżną, niezwykle elegancką, co to ją
siostra Tatinka z samej Ameryki w prezencie im przysłała. Dorolka
tylko na sekundę zostawiła torbę na podłodze w dużym pokoju i to
już Franiowi wystarczyło, by torbę obsikać tak, że już żadne
powierzchowne prania i czyszczenia na nic się zdały. Nie było rady
– zamiast za granicą super-duper bajerancką torbą szpanować i
chwałę ojczyźnie przynosić, musieli się biedacy pakować w stare
byle jakie torbiska, czym zapewne skompromitują ojczyznę bardziej,
niż Tusk niewykończonymi autostradami.

No,
to Franio, a Zima? Nie wiadomo. Do późnej nocy co chwilę głowę
na dwór wystawiałam nawołując, aż w końcu się zjawiły. Oba,
Franio też. To już zupełnie spokojna spać się szykuję, ale coś
Karolka nie widzę. Pytam męża: Dynię wypuszczałeś? - mówi,
że nie, ale kota ani śladu. Wyjrzałam jeszcze raz przed dom,
zawołałam – nie przyszedł. Zrobiliśmy obchód domu – nic.

Na pewno jest w szafie -  twierdził mój mąż, no to przejrzałam wszystkie torby na dole w szafie, gdzie jest jedno z ulubionych miejsc Karolka, ale Karolka nie było.
W szafie go nie ma – powiedziałam, a mój mąż wziął latarkę i poszedł do sypialni, a ja za nim. Ty to szukasz tak konwencjonalnie – powiedział
z wyrzutem i oświetlił latarką Karolka śpiącego smacznie na
najwyższej półce w szafie.

I tak dzień doglądania kotów się zakończył.



 

Na
drugi dzień wstaliśmy późno, Dynia wygramolił się z szafy i
przydreptał do kuchni na śniadanie, wypuściłam psy do ogrodu,
wrócił Franio z nocnego życia, a Zimy i Pana Czesia ani śladu.
Zwykle o tej porze już dawno po dworze biegają, bo je Antek idąc
do szkoły wypuszcza, a jak na górze spokój i cisza, to kociska
zaspały tak, jak i my. Poszłam na górę, spały sobie w najlepsze
– Zima w starym fotelu na strychu, a Pan Czesio u Antka na łóżku. 





 

 

Na moje przyjście otworzyły ślepia, ziewnęły, przeciągnęły się
i zażądały śniadania. Trochę tylko pojadły i oczywiście zaraz
zjawił się Dynia, przepędził od miski Pana Czesia i przysiadł
się do śniadania (już drugiego!) z Zimą. Musiałam biednemu
Czesiulkowi do pokoju miskę wstawić.

No i dzień potoczył się aż do wieczora. O dziwo, wszystkie koty stawiły się przed nocą karnie w domu, poszły na górę na kolację, a Dyniek  na dole na przyzlewowej półeczce po swoje specjalne przysmaki się ustawił.

Najadł się do syta, przysiadł na półce i patrzył, jak krzątam się po
kuchni. Pogłaskałam go, a on z miejsca rozmruczał się
przepięknie, grzbiet wygięty nastawiał i łepek pod rękę mi
wpychał. Głaskałam go dłuższą chwilę i nagle, tuż za uszkiem
napotkałam coś dziwnego – ni to kleszcz, ni to strup zaschnięty.
Wzięłam Dyńkę pod lampę, przyjrzałam się, a to coś twardego
bardzo i chropowatego w skórę wbite. Wzięłam to w palce, poruszać
lekko tym zaczęłam i wyciągnęłam wbite w skórę coś,
zakończone ostro jakby maleńkim szpikulcem. Za uszkiem Karolka
wyraźna  dziurka się pokazała.

Pokazałam to wyciągnięte mężowi, obejrzał – Dziwne - powiedział i dodał: Wyrzuć do kibla. I dopiero, gdy to coś charakterystycznie brzękło uderzając w muszlę, zaskoczyłam, co to: śrut!
Taki sam, jaki swego czasu weterynarz z noska Zimy wyciągnął. To
trzeci już taki wypadek, bo najpierw Zimka właśnie, potem kot
sąsiadów, a teraz Karolek... Martwię się tym bardzo, bo może
przecież to się kiedyś skończyć tragiczniej niż dotychczas.
Karolek szczęśliwie tym razem specjalnie nie ucierpiał, ale gdyby
nie gęste futerko, kto wie, czy śrut nie wbiłby się głębiej?

I zupełnie pojęcia nie mam, co by zrobić można było, by koty te od
nieszczęścia uchronić, bo przecież zamknąć w domu to one się już nie dadzą. Zresztą zamieniać ich szczęśliwego, wolnego kociego życia na więzienie w żadnym razie bym nie chciała.

 A dalej wszystko toczyło swoim rytmem, jutro już wszyscy do domu
wracają, moje doglądanie kotów się skończy i jak przeżyję te wszystkie nerwy pod tytułem
czy dojadą cali i zdrowi? - życie wróci do normy.

 A psy mówią: może byś zostawiła te koty i nami się trochę zajęła?



 

 

 

Tagi: koty psy
00:43, damakier1
Link Komentarze (6) »
niedziela, 13 maja 2012

Straaasznie długo już z Wronką na prawdziwie dużym spacerze nie byłyśmy i dziś po obiedzie wyruszyłyśmy zaległości nadrabiać. Postanowiłam sprawdzić, co też się dzieje na drodze prowadzącej do psiego wybiegu. Cały park wokół wybiegu i dalej za wybiegiem - przez Las Arkoński aż do jeziora Głębokiego - jest przebudowywany na potrzeby przyszłego Ogrodu Botanicznego. W parku przede wszystkim osuszono bagniste zarośla i dość głębokim korytem z kamiennym dnem poprowadzono rzeczkę, która teraz biegnie przez cały park i lasek, przeciskając się przez pięknie wymurowane tuneliki pod ścieżkami.

Od ostatniego naszego spaceru niewiele się zmieniło, tyle że teren został uporządkowany i wywieziono gałęzie z wycinki krzewów. Było pustawo, chłodno i zanosiło się na deszcz, ale nawet nam się to podobało, bo Wronkę mogłam ze smyczy spuścić i szczęśliwa sobie hasała ile dusza zapragnie. Biegała po rozległych trawnikach ile sił w łapach, wywijała kółka i ósemki, przynosiła mi porozrzucane w trawie patyki do aportowania, a ja szłam powoli wzdłuż sennie płynącej rzeczki i przyglądałam się ptakom, które żerowały na spadzistych jej brzegach. Sporawe, wielkości mniej więcej sroki lub gołębia, szare z rdzawym, wróblowatym wierzchem – jednym słowem – kukułki.

Łaziły po spadzistej skarpie, przeczesywały rosnące zielsko i bardzo były zajęte. Gapiłam się na nie i w myślach prosiłam, by która dzioba nie rozwarła i kukać nie zaczęła. Jak zwykle na leśnym spacerze, ani żadnego portfela ni portmonetki, ani nawet najmniejszego grosika w kieszeni nie miałam, a wiadomo – jak kogo kukułka bez pieniędzy okuka, już mu tylko bieda z nędzą na wieki pisane! Szczęśliwie jednak bez złowróżbnego kukania przejść nam się udało. Doszłyśmy do miejsca, gdzie rzeczka z parku przechodzi w las, przypięłam Wronkę, spojrzałam – a przed nami,
najwyżej ze 20 metrów, sarniak – koziołek się pasie! Najspokojniej w świecie nad rzeczką  trawkę sobie skubie. Stanęłyśmy obie, jak wryte i na koziołka się gapimy – my na niego, a on na nas. Powolusieńku podeszłyśmy jeszcze kilka metrów. Widziałam dokładnie małe różki i czujny wyraz oczu koziołka. Jestem pewna, że gdybym miała aparat, spokojnie dałby się sfotografować, bo długą chwilę stał spokojnie i może nawet właśnie pozował? Ale nie miałam aparatu, nic się nie działo i koziołek zsunął się po skarpie, przeskoczył rzeczkę, wspiął się na drugi brzeg, a tam (przysięgam!) czekała duża sarna i razem nieśpiesznie znikły w zaroślach.

Nie mogłam odżałować, że zdjęć zrobić nie mogłam. Mówił mi mąż nieraz, że przecież mogę aparat na swe wyprawy zabierać. Ale to zaraz bagaż wielki się robi – sam aparat ciężki, do tego obiektywy – no, cała torba do dźwigania. To mi się nie chce. Kupię sobie mały aparacik, taki, żeby do kieszeni móc go schować. Tak postanowiłam i już!

Dotarłyśmy na wybieg. Psów trochę było. Wronka powypijała wodę z cudzych misek, wdrapała się na swój punkt obserwacyjny i rozejrzała po okolicy. Następnie odebrała patyk wielkiemu owczarkowi, a na koniec pokazała, że może nie jest już tak szybka, jak dawniej, ale labrador to jej żaden nie dogoni na pewno.

No i zebrałyśmy się do powrotu. Przez całą drogę kukułki okukiwały nas, jak szalone. W tej sytuacji, mój zakup małego, poręcznego aparatu fotograficznego stanął pod dużym znakiem zapytania.

21:16, damakier1
Link Komentarze (9) »
sobota, 12 maja 2012

 

Anim się obejrzała, a kalina na końcu ogrodu obwiesiła się wielkimi białymi kulami niczym bombkami na choince. Przypatrywałam jej się dziś w porannym słońcu, a po głowie mi się snuło:

 

Za krzywym mostem, za wiatrakiem

Cichutko jakby siał ktoś makiem

Tam ciebie czekam, aż z daleka

Przez opuszczony przyjdziesz sad

Przywiodą ciebie koleiny

Koralem błysnę ci kaliny

Na koralowo - kalinowo odmienię nagle świat.

 

Kalinowe noce, kalinowe dni

Kalinowy uśmiech, kalinowe sny

Niby żar w iskierce jarzy się i tli,

Kalinowe serce, które weźmiesz mi

 

Przyjdź mój chłopcze kalinowy

Przez dąbrowy

I zaśpiewaj mi piosenki kalinowe

 

Kalinowe noce, kalinowe dni

Kalinowe serce, które weźmiesz mi

 

Nie przyjdziesz nigdy zapomniałeś

Dla ciebie chmurki przyjdą białe

I kalinowe sny dziewczęce

Tym sadem, który w srebrze śpi

 

Bo ciebie pewno nie ma wcale

Jest tylko księżyc i korale

Te od Kaliny, które nocą pukają w moje drzwi

 

Wszyscy pamiętają Kalinę Jędrusik jako skandalistkę i symbol seksu, a mało kto wie, jak bardzo kochała zwierzęta i jak wiele dla nich robiła. Wspierała bezdomne zwierzęta, a swe domowe koty kochała tak bardzo, że mimo dręczącej Ją astmy i zaleceń lekarzy, do ostatka nie pozbyła się ich z domu.

 

 

http://www.youtube.com/watch?v=1W5XmZq2uyc

 



 

 

 

 

wtorek, 08 maja 2012

W tym roku, ze wszystkich wiosennych kwiatów najdorodniejsze są bratki. Pokazały się bardzo wcześnie w przeróżnych rozmiarach i kolorach, więc i ja piękne bratki w wielkiej donicy przy schodach posadziłam, a potem dokupiłam jeszcze trochę drobniejszych do donicy na szeroki parapet przy schodach. Ślicznie to wyglądało i z przyjemnością sobie popatrywałam z domu wychodząc lub przychodząc.

 

Tę piękną poduszkę to specjalnie dla Frania zrobiłaś? - zapytali Dorola z Tatinkiem wracając  skądś do domu. - Jaką poduszkę? - zdziwiłam się. - No w donicy na murku - odpowiedzieli.

Wyszłam przed dom. Frania już nie było, tylko smętne bratki mocno przyduszone świadczyły, że Dorola i Tatinek nie żartowali. No to zaczęłam nieszczęsne rośliny ratować. Skrupulatnie podnosiłam każdy przygnieciony kwiatek, rozprostowywałam łodyżki i listki, a kiedy bratki odzyskały utraconą rześkość, obficie podlałam je wodą.

Wieczorem wygłosiłam Frankowi długą przemowę, tłumaczyłam mu, że jest tyle na świecie miejsc do spania, a bratki wcale się do tego nie nadają i że przecież też na pewno by chciał, byśmy przed domem ładne kwiatki mieli. I jeszcze dla większej mocy dodałam, że jest dobrym i mądrym kotem. Słuchał tego wszystkiego z życzliwą wyrozumiałością, miałam więc nadzieję, że bratkom nic już więcej nie grozi.

Minęło dni parę, a mąż mój oświadczył: Kotum musiał popędzić kota. No, tom już wiedziała – Franek na bratkach! I znów – łebków podnoszenie, listków wygładzanie... Ale tym razem byłam cwańsza: wzięłam pęczek długich patyczków do szaszłyków, na pół je przełamałam i między bratki, ostrzami w górę poutykałam. Palisada się z tego zrobiła niekiepska i zaczaiłam się patrzeć, co też teraz dziać się będzie. Franek, jak wszystkie koty ciekawski jest przeokropnie i gdy tylko zmianę jakąś w donicy zauważył, podszedł, przyjrzał się bacznie memu dziełu, najpierw obwąchał powtykane patyczki, potem ostrożnie postawił łapkę między nimi, potem drugą, następnie stanął w donicy na wszystkich czterech łapach, a w końcu spróbował  swój gruby tyłek usadowić. Próbował, próbował i musiało go zdrowo kujnąć, bo wyprysnął z bratków jak z procy i jak niepyszny  smyrgnął w krzaki.

 

I teraz bratki kokoszą się w donicy bardzo zadowolone:

 

 

A Franio śpi na twardym betonie:

 



 

 

Wszyscy mówią, że jestem podła.

20:09, damakier1
Link Komentarze (8) »
niedziela, 06 maja 2012

Niezapominajki

to są kwiatki z bajki

rosną nad potoczkiem

patrzą modrym oczkiem



00:03, damakier1
Link Komentarze (7) »