Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
piątek, 31 maja 2013

Po obiedzie deszcz wielki  lunął, nadeszła burza i fest pioruny waliły. Długo to nie trwało, deszcz przycichł, niebo już się rozjaśniać zaczęło, gdy nagle huknęło straszliwie i zaraz potem łomot się rozległ przepotworny. Wybiegłam z kuchni patrzeć, czy się garaż memu mężowi na głowę nie zawalił, bo właśnie coś tam w garażu był dłubał. Ale garaż stał cały, a przed garażem cały mąż.
Rozejrzeliśmy się, a w górze, tam gdzie nad garażem ogromna gałąź była, z brzozy tylko paskudny kikut sterczy. Za to za garażem ułamany wielki konar leży i istna plątanina gałęzi. Poszliśmy od ulicy zobaczyć, a tam już sąsiedzi jedni i drudzy się schodzą i brzozę oglądają.

To piorun – powiedział jeden sąsiad – słyszałem jak walnęło i w tym momencie gałąź spadła. - Tak, tak, ja też słyszałem – powiedział drugi i dodał – o, tu widać, jak konar jest osmalony.

Bardzo się z sąsiadką przejęłyśmy. Niby się wie, że jak jest burza to pioruny w drzewa mogą trafić, ale żeby tak w brzozę w ogrodzie? Koło domu? I kiedy się już naprzejmowałyśmy, nagadały, naoglądały śladów osmalenia, odezwał się mój mąż:  – Jaki tam piorun? To wcale nie jest osmalone, tylko spróchniałe.

Też wyraźnie słyszałam, jak ten hałas spadających gałęzi nastąpił tuż po huku pioruna i dokładnie widziałam osmalony konar, ale jak pierwszy sąsiad z głupawym uśmiechem zaczął męża mojego przekonywać, że ależ skąd, to na pewno piorun był, a mąż mój natychmiast uśmiechnął się jeszcze głupiej, front zmienił i - no może rzeczywiście to jest osmalone - zaczął mówić, to sama zwątpiłam, jak to z tym piorunem było.

Kiedy już wszyscy sobie poszli, raz jeszcze dookoła zwalonych gałęzi połaziłam, obejrzałam wszystko dokładnie i dalej  nie wiem, czy nadzwyczajne wydarzenie przyrodnicze w ogrodzie miałam, czy po prostu spróchniała gałąź się urwała?

 

 

środa, 29 maja 2013

Źli już wszyscy byliśmy okropnie, bo ten ziąb i deszcze ogród nam ukradły i nijak było choć na chwileczkę wyjść na dwór. Toteż jak tylko pokazało się trochę słońca, wypadliśmy całą gromadą. Ja wyrywałam powyrastane niemożebnie chwaściska, a zwierzyna szalała. Psy powynosiły  robale – Wrona latała ze swoim jak torpeda dookoła ogrodu, a Szopek najwyraźniej młode lata sobie przypomniał, bo ozór wywalił, ziapał przeraźliwie, robala na trawniku ułożył i mocno nieprzyzwoicie z nim sobie poczynać zaczął. Kiedy ochłonął, za Wroną pobiegł, ale padł wkrótce i na próżno go Wrona do dalszej gonitwy zapraszała.

 

 

Nie udało się Wronce z Szopciem w berka dłużej bawić, to Karolka dopadła, ale ten straszliwego dał dyla i przepadł, jak kamień w wodę.

 

 

Schował się Karolek nie wiadomo gdzie, a gdy Wronka poszła z powrotem Szopka męczyć, przekradł się na koniec ogrodu, gdzie rosną paprocie. Przez tych kilka dni prawdziwa dżungla z nich wyrosła, w sam raz do zabawy w kociego chowanego. Gdy dotarł tam Karolek, w paprociach schowany był Pan Czesio, a Maszka szukała. Tak, bo nawet Maszeńka, której pierwszy zapał minął i kiedy już pozwiedzała ogród i okolice postanowiła pozostać kotka domową, a gdy Dorola ją namawia – Idź, Masiu, zobacz, jak jest ładnie na dworze! - twardo odpowiada – A po co, kiedy już wszystko widziałam? - nawet ta Maszeńka, skuszona piękną pogodą, pobawić się do ogrodu przybiegła.

 

 

 

 

No i tak – psy z kotami w ogrodzie harcują, jak głupie, Zima nie wiadomo gdzie łazi, a dom na pastwę losu pozostawiony w całości wynieść można. Szczęściem jeden Franciszek jest kotem odpowiedzialnym,  na progu domostwa twardo tkwi na posterunku i dobytku pilnuje.

 

 

Ale ten Karolek bezczelny! Sam mi się wkleił drugi raz i za nic nie dał się wyciąć.

 

 

 

19:02, damakier1
Link Komentarze (19) »
wtorek, 28 maja 2013

Wykosili brzegi tej rzeczki, która płynie od Rusałki w Parku Kasprowicza aż do Głębokiego i już z daleka było widać wystające nad wodą dwa spore kamienie. A z trochę bliżej okazało się, że to  nie żadne kamienie, a dwa kacze kupry z wody sterczą. Para kaczek, kaczor z panią kaczorkową, zapamiętale dziobami w dnie grzebała, beztrosko pupy na świat wypinając. Ale gdy jeszcze bliżej z Wronką podeszłyśmy, plask! pupami na wodzie siadły i czym prędzej zaczęły gramolić się na brzeg. Dziwna w tym logika była, bo na lądzie dużo łatwiejszym łupem być mogły niż na wodzie. Jakieś tam, widać, swoje powody miały, wylazły na brzeg i tuż przed nami taśtały się po ścieżce długi kawał drogi. W końcu jednak im do kaczych łbów przyszło, że nie najmądrzejszą strategię obrały, z powrotem do rzeczki wlazły, przeprawiły się na drugi brzeg i przepadły w zaroślach.

 

 

Obfotografowałam je na wszystkie strony i jak jaka myśliwa na wielkim polowaniu się poczułam. Jeszcze dobrze ochłonąć nie zdążyłam, gdy nad głową łomot okropny usłyszałam. To dzięcioł z werwą niesamowitą w drzewo walił, ale jakiś znerwicowany był bo wiercił się przeokropnie i co go na jednej gałęzi w obiektywie pięknie upozowanego miałam, nim zdążyłam pstryknąć już był na drugiej. Musicie uwierzyć mi na słowo – tam, gdzie pokazuje czerwona strzałka,  dzięcioł w drzewo stuka.

 

 

I na koniec największa niespodzianka – już przy końcu drogi, na rozległej łące przyuważyłam wystającą z wysokiej trawy ptasią głowę. To szara gąska wyciągała szyję i rozglądała się dookoła.  Prawdę mówiąc wcale nie wierzyłam, że pozwoli podejść mi na tyle blisko, żeby na zdjęciu widać ją było. Ale poprosiłam Wronkę, żeby grzecznie i spokojnie szła mi przy nodze i spróbowałam.

 

 

Myślę sobie, że jak na jeden niezbyt długi spacer, to miałam safari niezwykle udane. A jeszcze mi Wronka podpowiada, żebym doliczyła tego zdechłego kreta, którego znalazła i pięknie się wytarzała.

 

niedziela, 26 maja 2013

 

Figa mieszka naprzeciwko. Pojechali sąsiedzi którejś jesieni na grzyby i nagrzybobrali śliczną rudą psiczkę – ni to ogar, ni to posokowiec. Suczka dostała na imię Figa, zadomowiła się błyskawicznie i z zapałem wielkim dostarczała sąsiadce nadzwyczajnych atrakcji i rozrywek. Zwiewała kilka razy na dzień, płoty żadne nie były dla niej przeszkodą, bo przefruwała wysoko nad nimi bez najmniejszego wysiłku. Namiętnie goniła  wszystkie uliczne koty w tym koty sąsiadki, czyli swoje własne. Aż na jakieś psie szkolenia sąsiadka z nią poszła i trochę się Figa ustatkowała - nie za dużo, ale trochę...

Jak już pisałam, wzięła się Figa z grzybobrania, czyli jesienią, a następnego roku na wiosnę my wzięliśmy Wronę. No i sobie myślałam, że jak takie dwie młodziutkie, wesołe suczki zamieszkają obok siebie, to się koleżanki z nich zrobią wielkie i przyjaciółki do zabaw, spacerów i wszystkiego. O, ja naiwna! Od pierwszego ułamka sekundy, gdy jedna drugą zobaczyła, udowadniać zaczęły, która na ulicy najważniejsza. I tak  im zostało. Już piąty rok się zaczął, jak Figa z Wroną wydzierają się na siebie niczym dwie przekupy, wyzywają się od najgorszych i jedna drugiej namiętnie wygraża, że ją pozabija i pokraje. Wystarczy, że naprzeciwko furtka skrzypnie, a już Wrona z nosem przy szybie w oknie stoi i na Figę powarkuje. Jak tylko Wrona łapę na placyku postawi, zaraz z domu sąsiadki szczekanie Figi słychać. A nie daj Boże na ulicy się spotkać! Naprawdę trzeba z sił całych smycze trzymać, żeby się psice nie dopadły i nie pozjadały.

No i spaceruję ja sobie któregoś razu  po działkach, a  Wronka, która daleko do przodu wybiegła,  przed zakrętem alejki  przypada nagle do ziemi, rozpłaszcza się  jak naleśnik, kołnierz stroszy i jedno ucho na sztorc postawione w górze trzyma. Oho! - pomyślałam – coś tam strasznego za rogiem być musi... Podeszłam po cichutku, spojrzałam ponad żywopłotem, a tam za zakrętem stoi na alejce Figa – wyprężona, z łapą lekko uniesioną w klasycznej stójce. No i tak:  Figa stoi gotowa do ataku, Wronka czai się przy ziemi do skoku, a ja za płotem myśli gorączkowo zbieram, jak sobie z tymi rozszalałymi harpiami poradzę. Ale po chwili Figa łapę na ścieżce postawiła, łeb od Wrony powoli odwróciła i trawkę jakąś od niechcenia skubać zaczęła. Wronka się podniosła, nastroszony kołnierz na grzbiecie wygładziła i raczkiem, raczkiem ostrożnie cofnęła się o parę kroków, zrobiła w tył zwrot i radośnie pobiegła w drugą stronę alejki.

Udałam, że nie widziałam niczego i wróciłyśmy do domu. Miałam nadzieję, że od tej pory nie będą się już tak zajadle rzucać na siebie, ale gdzie tam! - awanturują się tak samo, jak przedtem. A do tego spotkania na działkach żadna nikomu nigdy się nie przyznała.

 

 

O innych psach z naszej ulicy można przeczytać tu:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/06/Najwiekszy-amant-z-naszej-ulicy.html

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/04/Najnowsza-sasiadka.html

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/03/Skrzypek.html

 

23:24, damakier1
Link Komentarze (9) »
sobota, 25 maja 2013

 

To się tak łatwo mówi – z rybka by się przydała...., a potem się jeszcze podstępem z jednej Zrybki dwie robi. I przyjemnie jest, gdy słonko świeci, nad oczko pójść podumać, na wodę po kamyczkach pluskającą popatrzeć i rybki policzyć. A potem przychodzi majowy sobotni poranek, deszcz leje, zimno jak szlag, a ja się pytam: Zrybki nakarmiłeś? - i co słyszę w odpowiedzi? -  Nie!

No to wzięłam ze słoika garść jeść dla rybek i polazłam w deszczowy ogród.

Ledwo ze stopnia na trawę nogę postawiłam, zachrzęściło mi coś pod nogami, jakbym po kruchym szkle stąpała. Spojrzałam pod nogi, a ja stado ślimaków rozdeptuję! Okropność!!! Dalej już do Zrybek szłam bacznie pod nogi patrząc i żadnego  więcej nie rozmaćkałam, a przynajmniej nic o tym nie wiem. Dotarłam do oczka, Zrybki zaraportowały: sztuk dwie, obecnych dwie, rzuciłam im, co przyniosłam i lawirując między ślimakami do domu wracałam. Rozglądałam się dookoła i wszędzie ślimaki widziałam – na porozrzucanych po ogrodzie kamieniach, na pniach drzew, na co większych liściach i na całym trawniku. Zgroza! - Nie dość, że mi niechybnie ślimaki cały ogród zeżrą, to jeszcze strach będzie z werandy zejść, bo żadna przyjemność za miażdżący żywe stworzenie buldożer robić. 

Nie ma kto na zbyciu bażanta albo chociaż kury?

 

 

 

PS. Samą już mnie złości, że mi Wrona z Szopkiem i kotami już tyle czasu żadnego tematu do opowiedzenia nie podrzucają. Proszę o wyrozumiałość.

 

Tagi: ślimaki
22:49, damakier1
Link Komentarze (8) »
piątek, 24 maja 2013

Mój ogród od działek dzieli tylko ogród sąsiada. Z drugiej strony do działek przylega stadion. A na stadionie od kilku dni całe popołudnia wypełnione są koncertami – w mieście są Juwenalia. Nie wiem, czy to z powodu tej głośnej muzyki, czy z powodu okropnych chłodów na działkach zrobiło się pusto.

A wczoraj pod wieczór wylazło piękne słońce, na stadionie  pięknie zagrali i poszłyśmy sobie z Wronką połazić po pustych alejkach trochę działkowych, a trochę koncertowych.

 


poniedziałek, 20 maja 2013

Kiedy się ten samochód, który rozwozi paczki, zatrzymał przed domem, pewna byłam, że to jak zwykle przyjechały jakieś płyty dla Tatinka.  A to była paczka dla mnie i to aż z Francji.  Z Francji? To chyba coś od Gata być musi – pomyślałam i rzeczywiście – dostałam prezent od Gata!

Odpakowałam paczkę i aż z żalu jęknęłam – w środku, obok okazałej flaszki i pudełka cukierków, leżały kawałki czegoś, co kiedyś było kubeczkiem z wymalowanymi sowami. Pozbierałam te biedne kawałeczki w garść i strasznie zmartwiona poszłam z tym do męża. Powiedział: się zlepi... Zlepiło się tak:

 

 

Tylko przy uszku dosyć duże wyszczerbienie zostało, ale mi mąż obiecał, że coś wykombinuje i to uzupełni. Tylko, że to już czasu trochę wymaga i znalezienia czegoś, co na doklejenie się nada.

Teraz prezent wygląda tak:

 

 

W dołączonym do paczki liście, Gat napisała, że cukierki są lokalną specjalnością, wyrabiane z miodu tamtejszych pszczół, a dołączona do nich widokówka ma mi pokazać, w jakich okolicznościach przyrody Gat oczekuje na wpisy na blogu. Bardzo, bardzo mnie te słowa wzruszyły, ucieszyły i napełniły dumą, graniczącą pychą.

 

 

Cukierki sobie pojadamy – miodem pachną i smakują znakomicie. Butelczyna jest tak zacna, a trunek w niej tak szlachetny, że nie można jej otwierać ot, tak – zwyczajnie. Toteż otwarta będzie uroczyście 1. sierpnia – na naszą rocznicę ślubu.

Kubek, rękodzieło gatowej koleżanki-artystki ceramicznej, znalazł miejsce za szybką Elephanta (tak ma na imię nasz kredens) i wszyscy go tam podziwiać będą. I tak sobie myślę, że może na marne to nieszczęście z rozbiciem się kubeczka nie pójdzie, bo kiedyś Antek, gdy mnie już nie będzie, będzie mógł swoim wnukom tę dramatyczną historię o stłuczonym i pracowicie sklejonym kubeczku z malowanymi sowami opowiedzieć...

 

Wielką radość mi, Gatu kochany, sprawiłaś!

Dziękuję.

 

 

Tagi: ceramika
23:05, damakier1
Link Komentarze (18) »

Wczoraj przy obiedzie, między jednym szparagiem a drugim, mój mąż napomknął znienacka: Jutro Gruby da mi rybkę. Nic się nie odezwałam, bo co się miałam odzywać? Dzisiaj od rana jeszcze o tę drugą rybkę zła byłam, ale po śniadaniu Dorola przyszła z pytaniem, czy bym z nią nie poszła na wystawę florystyczną i kiermasz ogrodniczy. Ucieszyłam się i humor mi się zaraz poprawił, bo już nawet nie pamiętam, kiedyśmy się tak razem, matka z córką, gdzieś wybrały. No i mąż mój do Grubego po drugą rybkę Zrybkę pojechał, a my z Dorolką do miasta, na Wały Chrobrego. Bardzo udana to była wyprawa. Pogoda piękna, ludzie pouśmiechani, eksponaty wystawowe zmyślne i w większości bardzo ładne. Żałowałam, że aparatu nie wzięłam i aż – czemuś mi nie powiedziała?! - Dorolki pytałam, choć przecie mówiła, że na wystawę florystyczną idziemy. A jak mi jeszcze na kiermaszu, na Dzień Matki Dorolka przecudną azalię kupiła, to już tak cała w skowronkach byłam, że pomyślałam sobie, a co tam...! i leliję wodną mężowi do oczka kupiłam.

Gdy wróciłyśmy, rybki Zrybki w oczku pływały już dwie.

 

 

 

Ustroiłam im oczko leliją, a po obiedzie poszłam jeszcze do koleżanki mojej jednej, jeszcze jedną roślinę wodną przyniosłam i garść ślimaków takich specjalnych, które glony i wszelkie świństwo zżerają, przez co ponoć woda nie mętnieje.

Przyszedł mój mąż do ogrodu, stanął, popatrzył, zadumał się i westchnął smętnie: ciut przymałe teraz się to oczko zrobiło...

Na zdjęciach niżej, zamiast dumającego nad wodą mego męża, zadumany Baryła. Też przystojny.

 

 

00:28, damakier1
Link Komentarze (9) »
sobota, 18 maja 2013
czwartek, 16 maja 2013

Z rybka by się przydała.... rzucił w przestrzeń mój mąż. Siedzieliśmy w ogrodzie nad oczkiem wodnym – ja czytałam nową „Politykę”, a mąż kontemplował pluskającą po kamykach wodę, zadowolony bardzo, bo właśnie wczoraj wpadł na to, czemu mu ciągle woda z oczka ucieka. Coś tam pomajstrował i rzeczywiście, od wczoraj wody nie ubyło ani odrobinki.

Żadnej rybki! - zaprotestowałam – zaraz ją koty zeżrą. Nie tak zaraz, powiedział, a jakby tu ładnie z rybką było... Jeszcze mi jedna stwora do karmienia potrzebna…  –  ja na to, a on mi  –  No ale ile taka rybka zje? To ja – No właśnie, nasypię jej za dużo, wszystko będzie gniło, bród i smród się z oczka zrobi. - Sam bym ją karmił! - na to mój mąż.

I tu popełniłam pierwszy błąd – powiedziałam: Zresztą tak sama jedna by się nudziła...  To kupmy dwie! - radośnie zawołał mój mąż, ale jeszcze się nie poddałam: – Oczywiście, żeby się mnożyły jak wściekłe i zapchały całe oczko! - Można kupić dwóch chłopczyków – odpowiedział niezrażony. Ciekawe, skąd będziesz wiedział, że to dwa chłopczyki? - Zobaczymy, czy się rozmnożą, czy nie i będziemy wiedzieli!

I tu, nim pomyślałam, popełniłam błąd drugi i już byłam trafiona, zatopiona:  Dwie wykluczone – powiedziałam –  jeżeli, to tylko jedna! 

No i jest. Nazwaliśmy ją Zrybka. Mam nadzieję, że za prędko jej Pan Czesio nie zeżre.

 

18:59, damakier1
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2