Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
czwartek, 26 maja 2016

Pan Czesio przeskoczył ogrodową furtkę i szedł bardzo ważny, niosąc coś w pyszczku.

 

xx

 

Co masz? - zapytaliśmy ja i Karolek - Myszkę! - ułożył maleńkie zwłoki przed sobą na chodniku i dodał - Chodźcie zobaczyć!

 

xx

 

Nie kwapiłam się z podchodzeniem. Wcale nie byłam pewna, czy ta myszka dokładnie umarła i wolałam trzymać się z daleka. Tymczasem Pan Czesio, dumny z siebie i bardzo zadowolony, popisywał się przed nami wyczyniając przeróżne sztuczki. A to układał myszkę na chodniku i sunąc z brzuchem przy ziemi odgrywał wielkie polowanie, a to jedną łapką podrzucał ją wysoko w górę, by sprytnie pochwycić drugą. Szczęśliwie w czasie tych popisów ciałko myszki ani drgnęło i uspokoiłam się, że Panaczesiowe wyczyny już ją ani ziębią, ani grzeją...

 

xx

 

xx

 

xx

 

Podeszłam bliżej, a za mną Karolek.

 

xx

 

Och, proszę, proszę … - ucieszył się Pan Czesio i pyrgnął truchełkiem w stronę Karolka, który błyskawicznym ruchem odpyrgnął je Panu Czesiowi.

 

xx

 

xx

 

Trwała ta zabawa w najlepsze, aż nagle Pan Czesio zastygł w bezruchu i zaniepokojony spojrzał na daszek ganku.

 

xx

 

Nie bez powodu, bo na daszku:

 

xx

 

 

Ożesz ty...! -  zawrzasnął groźnie Czesiulek,

 

xx

 

ale zaraz cała odwaga mu znikła, bo sroka błyskawicznie sfrunęła z dachu i bojowo zachodziła od drugiej strony.

 

xx

 

xx

 

Znowu???? - zawołali chórem Pan Czesio z Karolkiem, bo już powyżej uszu mieli tego sroczego nękania i zaczepiania. Nie czekali aż któregoś sroka w ogon kujnie, tylko dali nogę, pozostawiając na chodniku samotną myszkę, której było już wszystko jedno.

 

xx

 

Poszłam do domu po jakąś torebkę na ostatnią mysią drogę, ale kiedy wróciłam, chodnik był pusty i po myszce śladu nie było. Chyba nie ma potrzeby wyjaśniać, czyim stała się łupem.

 

23:31, damakier1
Link Komentarze (14) »
wtorek, 24 maja 2016

xx

 

Od świtu do nocy drą się sroki. Od paru dni budzi nas ich potworny jazgot, a wieczory spędzamy przy akompaniamencie sroczego skrzeczenia. To przyszedł czas, kiedy z gniazd wyruszają młode sroczęta i po ogrodach pętają się podfruwajki, co to tylko parę kroków podfrunąć potrafią. Stare sroki dobrze wiedzą, że takie niezguły są łatwym łupem dla okolicznych kotów i dlatego żaden kot w ogrodzie ani na ulicy pokazać się nie ma prawa.

 

Ale miałem przedstawienie - zaczął któregoś ranka przy śniadaniu mój mąż i opowiadał, jak to Franek usiłował zdrzemnąć się koło samochodu na placyku, a sroka darła mu się nad głową, zachodziła to od przodu, to od tyłu i nawet skubnąć go w ogon próbowała, a Franio nic, tylko łapą oczy zasłaniał, przytulał się do opony i udawał, że go nie ma.

 

Opowiadał bardzo ładnie, czym wystawił sobie jak najgorsze świadectwo, bo zamiast gapić się przez okno, powinien biec po aparat i nie zabawiać mnie teraz opowieściami, tylko przynieść piękną fotorelację.

 

Od tej chwili bardzo się zrobiłam czujna, aparat zawsze miałam pod ręką i gdy tylko na dworze jakaś sroka zaskrzeczała, zaraz biegłam gotowa do fotografowania. Ale gdy tylko się pojawiałam, czy to na ulicy, czy w ogrodzie, zawsze w tym momencie sroka odfruwała na drzewo, a napastowany kot chował się głęboko albo pod samochodem, albo w krzakach.

 

Robiłam raz coś w kuchni, gdy na werandzie rozdarła się sroka tak głośno, jakby mi w uchu siedziała, a przez ten przepotworny jazgot przebijało się żałosne kocie zawodzenie. Wyjrzałam z aparatem gotowym do strzału: sroka siedziała na ramie werandowego okna, tuż nad Panem Czesiem, który wygiął się w pałąk, sierść nastroszył, ogon zadarł do góry i zastygłszy w tej pozycji, wzywał ratunku. Natychmiast wycelowałam aparat, ale niestety – Pan Czesio na mój widok dał dyla do domu i zanim pstryknęłam, już pewnie wylądował na strychu.

 

Zniechęciło mnie to bardzo, dalej wychodziłam z aparatem na każde srocze skrzeczenie, ale już bez wiary i bez nadziei... I gdy wczoraj wieczorem siedzieliśmy z mężem na werandzie, srogie mu czyniłam wymówki, że tak pokpił sprawę z tą sroką i Franiem.

 

No i czego tak jojczysz - odezwał się z kuchni Karolek, który właśnie na przyzlewnej półeczce pałaszował szyneczkę - dołóż jeszcze plasterek, to zobaczysz, jaką ci na jutro sesję zdjęciową zorganizuję!

 

I słowa dotrzymał:

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

 

 

 

Tagi: koty sroki
23:51, damakier1
Link Komentarze (16) »
niedziela, 22 maja 2016

Już od dłuższego czasu podejrzewałam, że coś jest na rzeczy... A to przyuważyłam w poufnej rozmowie Masię z Wronką,

 

xx

 

a to widziałam Frania, trzymającego Szopka za frak i nadającego mu coś do ucha,

 

xx

 

a zaraz potem zobaczyłam Szopka, jak przekazywał to Karolkowi i Zimie.

 

xx

 

xx

 

Nie przejmowałam się zbytnio i myślałam sobie, że się dzieciaki dobrze bawią, ale gdy się okazało, że Wronka spiskuje z Franiem i Karolkiem, lekko się zaniepokoiłam.

 

xx

 

xx

 

A kiedy następnego dnia Karolek przekazywał jakieś tajemne wieści Panu Czesiowi, a Pan Czesio Szopkowi - zrozumiałam, że to nie przelewki.

 

xx

 

I rzeczywiście - weszłam wieczorem do kuchni przygotować kolację, a tam już czekali Szopek z Wronką:

 

 

xx

 

Wronka chrząknęła i wygłosiła:

 

Pragniemy cię poinformować, że wspólnie z kotami podjęliśmy Uchwałę o suwerenności. Od tej chwili, jako suweren, nie będziemy się stosować do żadnych wspólnych ustaleń - Wronka będzie swobodnie kotłować łóżko, Szopek będzie do upojenia puszczać bąki i gryźć każdego, kto będzie wybrzydzał, że śmierdzi, a koty będą obsikiwać co zechcą ze szczególnym uwzględnieniem kolumny z płytami w dużym pokoju. I wcale się ciebie nie boimy. Nikogo się nie boimy! O!

 

No cóż - powiedziałam - uchwała, to uchwała... Przyjmuję do wiadomości.

 

I schyliłam się by zabrać z podłogi miski Wrony i Szopka. Sprzątnęłam też miseczki z kociej półeczki. Umyłam je i wcisnęłam głęboko do szafki pod zlewem. Nie będą już potrzebne, niech się suweren suwerennie karmi sam.

 

 

 

sobota, 14 maja 2016

Sama już nie potrafię zliczyć, ileż to było różnorakich koncepcji i przymiarek żeby zrobić coś z tym malutkim spłachetkiem ziemi pod brzozą koło garażu. Ciągnie się ten kawałek wzdłuż naszego płotu, ale prowadzi do bramy na posesję sąsiadów i od dawna kombinowałyśmy z sąsiadką, co by tu wymyślić, żeby jakoś wyglądało i żeby nie było trzeba za bardzo się przy tym narobić.

 

Czegóż tam już nie było!

 

Na początku był wielki płożący się jałowiec, bardzo ładny. Przetrwał wiosnę, latem porudział, jesienią usechł, a po zimie nadawał się już tylko do wyrzucenia.

 

Następnego roku sąsiad się sprężył, przywiózł furgon czarnoziemu, rozsypał i wsadził w to malutkie, czerwoniutkie niecierpki. Wyszedł z tego śliczny czerwony dywanik. Ale nie przemienił się, jak było planowane, w piękny czerwony kobierzec. Niecierpki zamiast rosnąć usychały, odpadały im uschnięte, pożółkłe główki i trzeba było wszystko wygrabić i wywalić.

 

Później ja wykopałam z ogrodu najdorodniejsze funkie, powsadzałam je rzędem wzdłuż płotu, a przed nimi posadziłam rozchodniki. Małą miałam nadzieję, że coś z tego będzie, bo ten czarnoziem coś pożarło i okazało się, że ziemia po niecierpkach została jałowa i sucha. No, ale spróbowałam. Bardzo szybko funkie z dorodnych stały się najpierw takie sobie, a za chwilę byle jakie, rozchodnik się nie rozchodził, a między tym wszystkim zaczęły się pokazywać paskudne chwasty.

 

Oszczędzę już sobie dalszych opisów. Z każdą kolejną próbą było coraz gorzej i gorzej. W dodatku koty, które początkowo lubiły sobie poleżeć pod płotem i pogrzać się w słoneczku, zauważyły, że ten piach zrobił się taki miękki i sypki, że się bardzo dobrze nadaje do zasypywania - no, sami wiecie czego... I tak, na samym froncie przed domem mieliśmy ohydny, poprzetykany obrzydliwymi chwastami kawał piachu, w którym koty urządziły sobie toaletę.

 

Wracaliśmy parę dni temu z zakupów i mąż mój powiedział – zahaczymy o skład opałowy to kupię parę kamulców nad oczko. Kupiliśmy spore wiadro za pięć złotych, ułożyliśmy przy oczku, popatrzyłam, a wieczorem zapytałam a ile by takich kamieni trzeba wysypać na tym kawałku przy garażu? - Z tonę, odpowiedział mój mąż. To jedź jutro i zamów – powiedziałam.

 

Pojechał, zamówił, przywieźli i wysypali:

 

xx

 

 

Gdy tylko ucichł łoskot wysypywanych kamieni i ciężarówka odjechała, poprzychodziły koty.

 

xx

 

xx

 

xx

 

Lekko wystraszone, podchodziły niepewnie, wyciągały szyje węsząc z daleka, potem kolejno właziły na kamienie i zaciekawione dopytywały - no i czegoś tu nawrzucała? Co to jest? Każdemu odpowiadałam dowcipnie niczym minister Sienkiewicz - Ch..., dupa i kamieni kupa! I zabrałam się do roboty. Koty asystowały mi bardzo zaintrygowane, ale wkrótce znudziły się i gdzieś przepadły.

 

xx

 

xx

 

xx

 

Taka byłam napalona, że ani nie chciałam czekać aż Antek wróci ze szkoły i mi pomoże, ani nie pozwoliłam mężowi niczego ruszać i sama jedna rozparcelowałam tonę kamieni tak, jak chciałam i tylko na koniec najcięższą donicę mi Antek przyniósł.

 

Wyszło tak:

 

xx

 

 

Zawołałam mojego męża - przyszedł, popatrzył i powiedział - no gołoborze... Usłyszałam w jego głosie podziw i uznanie i bardzo zadowolona zawołałam koty. Przyszły, popatrzyły i zawołały oburzonym chórem: Jak mogłaś tak zniszczyć najlepszą kuwetę w mieście???!!!

 

 xx

 

Tagi: ogród
19:54, damakier1
Link Komentarze (22) »
czwartek, 12 maja 2016

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

Tagi: koty
19:01, damakier1
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 09 maja 2016

Zrobiło się gorąco i przystąpiliśmy do przeorganizowania naszego życia na życie letnie. Ja zajęłam się porządkowaniem werandy, bo latem weranda to serce naszego domu i całe nasze życie właśnie tutaj się toczy.

 

Mój mąż poszedł wyczyścić oczko wodne i napuścić świeżej wody. Wiadomo, zanim się wyczyści i świeżej wody napuści, najpierw trzeba starą wypuścić. I ledwo stara woda zaczęła z oczka ciurkać, wrzask się podniósł nieopisany, że nie wolno, nie ruszać i zaraz ma mój mąż starą wodę oddawać. To protestowały mieszkające w oczku ślimaki i żaby i bezładnie pchały się do ucieczki w strachu, że im dom zabierają. Ale mój mąż był bezlitosny bardziej niż minister Szyszko dla Puszczy Białowieskiej, protestów nie słuchał, całe towarzystwo wyłapał do napełnionego wodą wiaderka i dalej czynił swoje.

 

xx

 

Gdy woda opadła, powyciągał z dna zeszłoroczne zbutwiałe liście, nalał świeżej wody i wchlupnął całe towarzystwo z powrotem. Ślimaki natychmiast przepadły gdzieś w odmętach, a żaby wyprawiały radosne, dzikie harce – a to chlupotały przy brzegu niczym hipopotamy, a to brały prysznic, to znów prezentowały pływanie figuratywne. Widać było, że bardzo są zadowolone i głupio im, że nazbyt pochopnie mojego męża ministrem Szyszko przezwały.

 

xx

 

xx

 

xx

 

Xx

 

xx

 

xx

 

Tymczasem ja omiotłam całą werandę z pajęczyn, umyłam okna, wyczyściłam parapety, a im dalej posuwałam się z robotą, tym bardziej byłam zdenerwowana, bo im bardziej się zastanawiałam, tym bardziej nie mogłam sobie odpowiedzieć na pytanie, gdzie, u diabła, pochowałam jesienią te wszystkie pizdryki ze ścian werandy???

 

Kto nie czytał, może przeczytać tutaj, że kiedy wyremontowaliśmy naszą werandę, ustroiliśmy ją starannie przeróżnymi ozdobami:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2013/09/Cos-takie-ohydne.html

 

W następne lata, kiedy weranda jesienią szykowała się do snu, zabieraliśmy to wszystko i chowaliśmy, by wiosną znowu porozwieszać i poustawiać. A wiosną za nic nie mogliśmy sobie przypomnieć, gdzie to upchnęliśmy. I w zeszłym roku powiedziałam sobie, że to już koniec, tym razem się zawezmę i wymyślę takie miejsce, że na wiosnę żadnych poszukiwań nie będzie! No i wymyśliłam. Tyle, że zupełnie nie pamiętam, gdzie. I bladego pojęcia nie mam, gdzie mogą być: malutkie kafelki z Delft od Dorolki, żeliwny maszkaron, królik, sówka od Olgi, mosiężna róża, coś takie ohydne i sama już nie pamiętam, co tam jeszcze było...

 

No i gdzie ty to wetknęłaś? - każdego ranka wita mnie mój mąż i uśmiecha się przy tym w swoim mniemaniu życzliwie, ale według mnie raczej kpiąco.

 

No pomyślcie, gdzie w takim niedużym domu można było skitrać pudło z pizdrykami jeśli nie ma go w żadnej piwnicy, ani na pawlaczu, ani w szafie, ani na szafie, ani pod łóżkiem?

 

 

sobota, 07 maja 2016

Rwanie bzu

xx

 

Narwali bzu, naszarpali,
Nadarli go, natargali,
Nanieśli świeżego, mokrego,
Białego i tego bzowego.

 

xx

Liści tam - rwetes, olśnienie,
Kwiecia - gąszcz, zatrzęsienie,
Pachnie kropliste po uszy
I ptak się wśród zawieruszył.

 

xx

Jak rwali zacietrzewieni
W rozgardiaszu zieleni,
To się narwany więzień
Wtrzepotał, wplątał w gałęzie.

 

xx

Śmiechem się bez zanosi:
A kto cię tutaj prosił?
A on, zieleń śpiewając,
Zarośla ćwierkiem zrosił.

 

xx

Głowę w bzy - na stracenie,
W szalejące więzienie,
W zapach, w perły i dreszcze!
Rwijcie, nieście mi jeszcze!

 

/Julian Tuwim/

 

xx

 

 

 

01:00, damakier1
Link Komentarze (10) »
niedziela, 01 maja 2016

 

I chciej tu, człowieku, dobrze! Rezydował sobie ten Barczysty na placyku, gdzie spał i co jadł nie wiadomo było, ale miał się dobrze – poliki miał wypchane, futro lśniące i wszystkie tutejszy koty respekt przed nim czuły.

 

Aż późną jesienią 2014. roku żal mi się zrobiło, że Barczysty marznie i poprosiłam mojego męża, żeby mu przed zimą jaki domek wyrychtował. Jak to z tym domkiem dalej było opisane jest tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2014/11/Domek-dla-Barczystego.html

Kto czytał, ten wie, że do końca nie wiadomo, czy Barczysty kiedykolwiek do domku zajrzał, że w bluszczu pod choinką sypiał coraz rzadziej i bardzo rzadko pokazywał się na placyku, a w końcu przepadł.

Minęła zima, minęło lato i przyszła zima ubiegłoroczna, a Barczysty się nie pojawił. Był czas, że na widok każdego łaciatego kota przez głowę mi przelatywało – co tam z Barczystym? - ale w końcu i ja, i wszyscy inni o nim zapomnieliśmy.

 

Aż tu w piątkowe przedpołudnie coś mi mignęło za płotem, koło ciągle stojącego tam domku.

 

xx

 

Słabą miałam nadzieję, że to może być Barczysty, ale pobiegłam do domu, szybko napełniłam miseczkę i postawiłam pod płotem. Schowałam się za murek i czekałam. Najpierw pojawił się Franek i rzucił się do miski, jakby w życiu niczego równie dobrego nie jadł. Złapałam go i zamknęłam w domu. Gdy wyjrzałam ponownie, do miski skradał się Barczysty!

 

Ale jaki on tam barczysty... Najbardziej przechodzona pepega prezentowałaby się lepiej od tego zmarnowanego obrazu nędzy i rozpaczy. Boki zapadnięte, futro skudlone i wyrudziałe, oczy kaprawe - nieszczęście to skradało się czujnie na wpół ugiętych łapach, gotowe w każdej chwili zwiać, gdzie pieprz rośnie.

 

Doszedł do miski i rzucił się na żarcie. Nie fotografowałam, bo bałam się go spłoszyć - stałam tylko i obserwowałam z daleka. Uwinął się szybko, poprawił kotletem, który mu dorzuciła na placyk sąsiadka i z powrotem zaszył się w krzakach. Dopiero gdy słońce dotarło nad nasz placyk, wylazł z krzaków i wygrzewał się ułożony pod naszym płotem.

 

xx

 

Gdy słońce znikło znad placyku, zniknął i Barczysty. Na próżno czekałam z podwieczorkiem, a potem z kolacją. Nie pojawił się w sobotę i dziś też go nie ma. Coś mi się zdaje, że to „wrócił” w tytule napisałam zbyt optymistycznie. Najwyraźniej Barczysty wpadł tylko, by się przywitać.

Bo aż boję się myśleć, że może przyszedł się pożegnać...

 

 

 

Tagi: koty
14:09, damakier1
Link Komentarze (11) »