Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
wtorek, 26 czerwca 2012

Byliśmy w sobotę z Antkiem na wystawie psów. Dawno bardzo nigdzie z nim nie byłam, więc przejęłam się swą rolą i robiłam za najlepszą babcię świata (lody? – proszę bardzo, naleśniki francuskie? - oczywiście! Coś do picia? - wybierz sobie) i w dodatku najmądrzejszą: na każde co to za rasa? odpowiadałam bez pudła i jeszcze dodawałam szerokie objaśnienia.

Ja to poszłam głównie po to, żeby popatrzeć na terriery irlandzkie i powspominać nasza Dadunię, ale irlanda nie było ani jednego. No to łaziliśmy sobie bez ładu i składu i od czasu do czasu pstrykaliśmy jakieś zdjęcie.

Najpierw byliśmy u maluchów.

 Chihuahua – bardzo stara rasa, wywodzi się z Meksyku, z czasów jeszcze sprzed odkrycia Ameryki. W USA zaczęto chihuahua hodować w wieku XIX i szybko trafił do Europy.

Mimo maleńkiego wzrostu, to dzielny i bardzo czujny piesek.

 

Papillon – można go zobaczyć na obrazach Rembrandta i Rubensa. W XVI i XVII był bywalcem dworów królewskich i na arystokratycznych
salonach. Tyle, że uszka miał obwisłe i nazywał się wtedy
phalene (ćma).
Odmiana o stojących, przypominających skrzydła motyla uszkach i nazwa
papillon pojawiła się dopiero pod koniec XIX w.

 

Chiński grzywacz – tak naprawdę wcale nie wiadomo, czy pochodzi z Chin. Za kolebkę grzywacza uważa się też Turcję albo Etiopię.

Charakterystyczna naga skóra jest ciepła, bardzo delikatna i wrażliwa na opalanie. Wcale nie wszystkie są golasami. Te owłosione, choć mniej cenne, nawet mi się podobają.

 

 

Boston terrier – wyhodowany do tradycyjnych w miastach amerykańskich walk psów. Zrobił się bardzo modny w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Dodano mu krwi buldożka francuskiego i stopniowo stał się miłym pieskiem do towarzystwa.

 

 

Charcik włoski – miniaturowy charcik wywodzący się od charta egipskiego. Ulubieniec rzymskich patrycjuszy, czemu zawdzięcza nazwę. Nie dość, że filigranowy, to jeszcze często dostaje dreszczy, co podkreśla jego delikatność i kruchość choć w rzeczywistości jest psem sportowym stworzonym do wyścigów.

 

 

Od charcika włoskiego poszliśmy do chartów dużych.

 

Chart rosyjski (borzoj) – ulubiona rasa rosyjskiej arystokracji, prawie zupełnie wytrzebiony podczas rewolucji październikowej. Odtworzony później z pozostałych resztek i importów zagranicznych.

Najpiękniejszy jest w ruchu, a przynajmniej kiedy stoi. Ale było bardzo gorąco i nie dał się namówic do wstania.



 

 

Chart polski – skrupulatne informacje o wydatkach dworu królewskiego na utrzymanie chartów znajdują się  już w kronikach Galla Anonima. Był to pies niezwykle popularny używany do polowań zające, lisy, wilki i
sarny.

Wyginęły prawie całkowicie w czasie II wojny światowej, a ocalałe resztki były tępione i po wojnie ze względu na wykorzystywanie ich do kłusownictwa.

Rasę odtworzono w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Jest teraz psem do towarzystwa dla miłośników rasy. Czasem jako pies sportowy biega w wyścigach.

 

 

Jak charty, to i:

 Ogar polski – zapalony myśliwy. Wiadomo: idzie w las.

 

 

I jeszcze mało u nas znane owczarki:

 

Owczarek staroangielski (bobtail) – wywodzi się ze starych ras psów pasterskich i pełnił funkcję stróża owiec. Obecnie jest psem do towarzystwa. Bardzo lubi dzieci i chętnie się nimi opiekuje, w Ameryce ma nawet przezwisko Nanny-Dog.



 

Border collie – niezwykle inteligentne psy, stworzone do pilnowania stada. Pracując czujnie obserwują stado niemal hipnotyzując je wzrokiem. Przewidują wszelkie możliwe reakcje pilnowanych zwierząt i błyskawicznie reagują na każde ich zachowanie.

Typowy border jest czarny z białymi znaczeniami. Dużo rzadsza jest odmiana o umaszczeniu merle:

 

 

Wokół ringów wystawowych ustawiono też wiele straganów z psią karmą i
różnymi psimi akcesoriami. Kupiłam Wronie piękną pomarańczową obróżkę z odblaskiem i pomarańczową smycz . Ustroiłam ją w domu i co się okazało? - Wronka najładniejsza!

 

 

Informacje o rasach na podstawie: Larousse. Encyklopedia: Pies / Pierre
Rousselet-Blanc. -
BGW, Warszawa 1993

 

 

 

22:12, damakier1
Link Komentarze (12) »
niedziela, 24 czerwca 2012

KocicyPłonącej, Gatowi, Oldze i wszystkim, których zaintrygowała
niebanalna uroda Suni – prezentuję Sunię w całej krasie:

 

 

O co chodzi można znaleźć tutaj: http://wwwtrembil.blox.pl/2012/05/Piesulek.html

21:26, damakier1
Link Komentarze (6) »
piątek, 22 czerwca 2012

Wczoraj wreszcie rozpadało się na dobre. Równy, rzęsisty deszcz prawie bez przerwy padał dzień cały i jeszcze długo w noc. Dziś rano została już z niego tylko wymęczona drobniutka mżawka i poszłam popatrzeć na ogród po deszczu. Ruszyła za mną Wrona, ale doszła tylko do schodów werandy, a gdy jej nakapało na nos, zdegustowana wróciła do domu wylegiwać się na fotelu.

Również Szopek nie kwapił się do moknięcia na deszczu, przysiadł na najwyższym schodku i przypatrywał mi się spod daszku.

W ogrodzie buszowały koty – Pan Czesio i Karolek. Nic a nic nie przeszkadzał im deszczyk ani mokra trawa. Przeciwnie, były przeszczęśliwe! Biegały, hopsały i goniły się, jak rozbrykane małe dzieci. Zadarty rudy ogon Karolka pokazywał się w stu miejscach naraz, a ledwo zobaczyłam Pana Czesia pod czereśnią, już był przy jabłonce na drugim końcu ogrodu.

Przyglądałam się tym harcom zprzyjemnością i dopiero gdy Karolek błyskawicznie wspiął się wysoko po pniu gruszy, a Pan Czesio wystartował zaraz za nim, przebiegł mu po plecach i znalazł się jeszcze wyżej – ocknęłam się i poszłam po aparat.

Gdy wróciłam, Karolka nigdzie nie było. Pan Czesio rozglądał się bacznie i obchodził ogród dookoła. Najwyraźniej bawiły się teraz w chowanego.

Pan Czesio najpierw wlazł na drzewo i rozejrzał się za Karolkiem z góry,

 

potem sprawdził, czy się Karolek nie schował w małym oczku wodnym,

 

a na końcu przeszukał gęste paprocie. W paprociach Karolek był.

 

Teraz ty kryjesz! - zawołał Pan Czesio, ale Karolek pobiegł za nim i dopadł go przy pniu, za którym właśnie zamierzał się ukryć.

 

Przekotłowały się, a potem każdy szukał drugiego dokładnie tam, gdzie go nie było.

 

Mżawka powoli zaczęła przemieniać się w prawdziwy deszcz, nie chciało
mi się moknąć i poszłam do domu. Karolek z Panem Czesiem w
najlepsze harcowały dalej.

To
jakaś wierutna bzdura z tym powszechnym przekonaniem, że koty nie
lubią wody.

 

02:02, damakier1
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 18 czerwca 2012

Wczoraj na wybieg dotarłyśmy późnym popołudniem. Wrona zaraz zajęła
swój punkt obserwacyjny i rozejrzała się bacznie, kto jest i co się dzieje.



 

 

Popatrzyła i zwątpiła co nieco, bo na wprost niej pokazał się prawdziwy
wilk.





Już jej się zaczął grzbiet stroszyć w groźny grzebień, już wyprężył się jak struna lekko uniesiony ogon, ale wytłumaczyłam jej prędko,  że to tylko  czechosłowacki wilczak ,wprawdzie z wilkiem bardzo blisko spokrewniony lecz spsiały zupełnie i niegroźny nic, a nic.

 

Zaraz też do wilczaka, którego bardzo adekwatnie nazwano Lupus,
podbiegł łaciaty mały Munsterlander i zaczęła się szalona zabawa. Aż się pani od  Munsterlandera wystraszyła, że mu Lupus urwie i zeżre ucho.



 

 

Nic takiego na szczęście się nie stało i za chwilę oba psy odpoczywały obok siebie.



 

Tymczasem po drugiej stronie placu spotkały się dwa smarkacze: malutka suczka rasy Jack Russell terrier i polski owczarek nizinny (PON). Suczka najpierw nie była zbyt skora do zabawy i miała dość wredną minę, ale po chwili złagodniała i długo szeptała pon-owi coś miłego do ucha.



 

Więcej nikogo na wybiegu nie było, Wronka najpierw próbowała dołączyć do tych większych, później do rozbrykanych maluchów, ale one były już świetnie zakumplowane i nie chciały jej na trzeciego do zabawy przyjąć. To połaziła po placu trochę smutna i zrezygnowana. W końcu przytargała wielki patyk i kazała mi rzucać. Porzucałam trochę, pobawiłyśmy się  chwilę w oddaj – nie oddam!, jeszcze się Wronka ustawiła ostentacyjnie na daszku do zdjęcia, ale powiedziałam jej, żeby się wypchała –  i poszłyśmy do domu.

14:26, damakier1
Link Komentarze (2) »
niedziela, 17 czerwca 2012

Mój wnuk Antoni postanowił ostatnio, że w dorosłości zostanie rolnikiem ekologicznym. No to Dorolka zaraz wymyśliła, żeby w wakacje choć na trochę na jakie agroturystyczne wywczasy z nim pojechać – niech chłopak zobaczy, jak się rolnikowi ekologicznemu żyje. Zaczęła szukać po internecie gospodarstw agroturystycznych, gdzie by zwierząt do podziwiania i obsprawiania było dużo. Trudno było coś znaleźć, bo cała agroturystyka reklamuje się tym, że jest łazienka i grill w ogrodzie. No, łazienkę i grilla w ogrodzie to mamy w domu i nie o to chodzi. W końcu, przez znajomych coś wynalazła i wczoraj właśnie na wyprawę zwiadowczą z Antkiem jechała.

Bardzo się Antek na to cieszył, bo zapowiedziane było, że zwierząt tam całe mnóstwo, a szał największy to świeżo narodzony mały cielaczek. Jak tylko o tym cielaczku usłyszałam, zaraz mi się własne z lat dziecięcych wakacje na wsi przypomniały i wakacyjna przyjaciółka moja – Cielisia.

Koniecznie mi sfotografujcie tego cielaczka – powiedziałam im na drogę, bo pomyślałam sobie, żeby o Cielisi napisać i wpis zdjęciem ozdobić.

A z tą Cielisią to było tak: jako mała dziewczynka spędzałam część wakacji we wsi Zastań, gdzie moi rodzice wynajmowali u zaprzyjaźnionych gospodarzy pokój. Nie była to żadna agroturystyka, bo w tamtych czasach zwyczajnie wynajmowało się pokój u chłopa. Przyjeżdżamy tam któregoś roku, patrzymy – a naprzeciw nam listonosz na rowerze jedzie, a obok zwierz jakiś wielki pędzi.

Przybliżyli się, a to koło roweru biegnie cielaczek.

Listonosz ten miał dom zaraz obok naszych gospodarzy i przez całe wakacje obserwowałam, jak co dnia wyprowadza rower, woła głośno Cielisia!, a z obejścia wybiega cielaczek i razem wyruszają na obchód wsi. Co też tej młodocianej krówce przyszło do głowy żeby jak normalne krowy nie iść na dzień cały na pastwisko, tylko wolała za rowerem biegać – nikt nie miał pojęcia. Tak sobie umyśliła i już! A najważniejsze, że gdy obchód się skończył, cieliczka pałętała się samotnie po podwórzu i chyba nudziła się trochę. Ja też na tych wakacjach nudziłam się trochę i szybko zaprzyjaźniłam się z Cielisią. Listonosz był wspaniałomyślny, pozwolił mi zabierać ją na nasze podwórze, a nawet zabierać na spacery po wsi. Teraz i ja wychodziłam przed dom, wołałam na całe gardło Cielisia! i za chwilę cieliczka była przy mnie. Zaraz ją w myślach przerobiłam na psa bernardyna, bo to był czas, kiedy wszystkie moje zabawy były w manie psa i wszystkie zabawki, niezależnie od tego czym były, były psami.
Pamiętam, że  kamienie w ogrodzie obrastały takie ładne kulki mchu – zbierałam te kulki i układałam w pudełkach obok długich kawałków futra z jakiegoś starego futrzanego kołnierza. Te kawałki futra to były psie mamusie, a kulki mchu – małe szczeniaczki...

No więc została Cielisia mym psem bernardynem i tylko przeboleć nie mogłam, że nie podoba jej się nowe piękne imię Bari , jakie porządnemu bernardynowi najbardziej pasuje i z Cielisi nie dała się na Barego przerobić.

No i tak się porobiło, że są to właściwie jedyne wakacje, które pamiętam w każdym szczególe i wspominam z wielkim sentymentem do tej pory. Niewątpliwa w tym zasługa Cielisi.

 

Dorola z Antkiem wrócili ze swej wiejskiej wyprawy, przywieźli piękne zdjęcia, ale oczywiście ani jednego z cielaczkiem. Zła i rozżalona trochę byłam, bo już sobie wpis o Cielisi ułożyłam i tego zdjęcia bardzo mi było brak. Ale zawzięłam się, przekopałam dwie szuflady i znalazłam siebie z Cielisią z tamtych wakacji. Nie pytajcie, który to był rok...



 

 

22:15, damakier1
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 czerwca 2012

Nareszcie...!
Obudził mnie szumiący za oknem deszcz. No, deszcz to może przesada, ale deszczyk to był. Wybierałam się do miasta i choć zanim się wygrzebałam dawno po deszczu było, wzięłam w torbę parasolkę i kapotkę lekką nałożyłam, bo po deszczyku tym jakby pochłodniało.

Ale zaraz kapotkę ściągałam i żałowałam, że w torbie mam parasolkę, a nie okulary słoneczne. I tyle tego deszczu było... Już straciliśmy nadzieję, a niebo się znów zachmurzyło i kapać zaczęło.   I tak droczył się z nami ten deszcz i droczył aż w końcu grzmieć zaczęło, chmury zaciągnęły na dobre i porządny deszcz lunął najpierw na placyk,

 

potem wszedł przez furtkę



 

 

i w końcu w całym ogrodzie się rozhulał.



 

Ależ się ogród ucieszył! Kwiaty, gałązki, listek każdy – wszystko nadstawiało się pod deszczowe krople, a deszcz szumiał radośnie i mył wszystko, co mu w ręce wpadło.

 

A po deszczu umyty ogród prezentował się tak:

 



 



 



 



 



 





 

19:50, damakier1
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 11 czerwca 2012

Dawno, dawno, dawno temu w jednym domu przy naszej ulicy mieszkała piękna ruda jamniczka, a w innym, również rudy, mały pinczer typu ratler.
Ten pinczer, o pięknym imieniu Alf, nie przejmował się nic a nic swą nadzwyczajną rasowością i niczym kundel pospolity włóczył się po całym Pogodnie. Takie zresztą były wtedy czasy, że płotów porządnych w ogrodach nie było, samochodów tyle, co teraz nie jeździło – to i psy się beztrosko puszczało i łaziły sobie samopas po ulicach. A Alf włóczęgą był wielkim, znał wszystkie ulice Pogodna i na każdej z nich miał jakąś dziewczynę. Nie dziwota więc, że gdy tylko jamniczka na naszą ulicę się wprowadziła, zaraz Alf zakochał się w niej na zabój i z miłości tej narodził się rudy szczeniaczek. Gdy szczeniaczek wyrósł  na małego pieska, okazało się, że urodę całkowicie po mamusi odziedziczył i nikt, kto o mezaliansie nie wiedział, nawet nie podejrzewał, że nie stoi przed nim jamniczek najrasowszy z rasowych. Ci państwo od tej jamniczki to nie byli za fajni ludzie – jamniczki gdzieś się pozbyli, a szczeniaczka chcieli wywalić. Na szczęście państwo Alfa wzięli jego synka do siebie. Dostał na
imię Fikus i gdy tylko trochę podrósł, razem z tatusiem wędrowali po bliższej i dalszej okolicy i uderzali w koperczaki do co ładniejszych suczek. Teraz trudno mi sobie przypomnieć, w którym to roku zjawił się na naszej ulicy Alf, a w którym urodził się Fikus, ale gdy wzięliśmy Papsiuczkę w roku 1993. to zaraz w następnym Alf przyszedł do niej w konkury. A tak ze dwa lata później to przychodziły już obydwa – Alfik i Fikus. No to Alfik, jeśli jeszcze żyje, bo coś go od paru miesięcy nie widzę, dobiegać musi dwudziestki, a Fikus musi mieć z siedemnaście. Przez lata całe klęłam te psy siarczyście z całego serca, bo gdy tylko Papsiuka i Dadunia wesele zaczynały wyprawiać, cokolwiek by się otworzyło – wyskakiwał Alf z Fikusem. A zanim wyskoczyły, pędziły z chóralnym ujadaniem przez całą ulicę – obojętnie, czy późna noc to była, czy świt blady.

Przypomina mi się to wszystko, bo od dni paru, co w okno zerknę, widzę Fikusa – posiwiałego mocno, ale żwawego, w ruchach sprężystego, z dziarsko na sztorc postawionym ogonem, jak w amory do suczki Figi z naprzeciwka uderza. Niezmordowanie zdobywa kolejne przeszkody to przeczołgując się pod płotami, to przeciskając między sztachetami, popiskując i powarkując i nijak się do ukochanej dostać nie może. A Figa beztrosko sobie po swym ogródku hasa, mało nieszczęsnym zalotnikiem się przejmując, bo większa jest od niego z pięć razy i chyba słusznie sobie wykalkulowała, że wielkiej pociechy z takiego amanta by nie miała.

Patrzę przez okno, jak biedny Fikus bardzo się stara, jak przystojnieje z minuty na minutę, by choć trochę nieugięte serce swej wybranki skruszyć i pełna podziwu dla tego psiego dzielnego starca jestem. A Wronka razem ze mną przez okno wygląda, minę ma coraz bardziej niewyraźną i szlag jaśnisty ją trafia, bo z tą Figą od samego początku o to, która na ulicy najważniejsza walczą i nienawidzą się serdecznie. A na Wronkę amant Fikus nawet nie spojrzy...

 

Fikus w drodze do ukochanej:

 

 

Figa:

A Wronka tylko patrzy...



19:24, damakier1
Link Komentarze (4) »
czwartek, 07 czerwca 2012

Cóż
tu napisać o Szopku? Od początku był śliczny – śliczny szczeniaczek, śliczny piesek i teraz śliczny staruszek. Zapytała mnie kiedyś jakaś pani na ulicy: Czy on jest taki śliczny z jakiejś rasy, czy sam ze siebie?
No więc jest on taki śliczny sam ze siebie. I do tego bardzo
serdeczny. I bardzo radosny. I może dlatego, że toczył się zawsze
jak czarna, zawsze uśmiechnięta kuleczka, nikt nigdy nie brał go
poważnie. Ani ludzie, ani psy inne, ani koty. A mąż mój to nawet
czasami zamiennie zamiast
Szopek nazywa go Gupek, co jest
bardzo krzywdzące i niesprawiedliwe, bo Szopek wcale głupi nie jest
i swój rozum ma.

Gdy wyrósł Szopek ze szczenięctwa, okazał się bardzo dziarskim
pieskiem zawsze skorym do zabawy i spacerów. Najpierw zabieraliśmy
na duże wyprawy całą trójkę – Papsiuczkę, Dadunię i Szopka.
Potem zabrakło Papsiuki, potem Daduni i Szopek został sam. No to
chodziłam z Szopkiem, ale wkrótce okazało się, że Szopek
pogrubiał, postarzał się i jego krótkie bylełapki  nie nadają
się na długie spacerowanie. I teraz, na spacerach z Wroną już nam
nie towarzyszy – został mu ogród i krótkie wyjścia najdalej na
pobliskie działki.

Ma
Szopek w naszym domu bardzo odpowiedzialną funkcję – czyściciela
kotów. Gdy tylko sprowadziła Dorola dwa pierwsze koty, Frania i
Kubusia, zaraz się Szopek do pielęgnacji ich futra zabrał i tak
jest do dzisiaj. Każdy kot, gdy go tylko Szopek dopadnie, wylizany
jest bardzo dokładnie od głowy aż po ogon ze szczególnym
uwzględnieniem uszu. Nie musi zresztą wcale tych kotów dopadać,
bo wszystkie bardzo to lubią i same przychodzą i mycia się
domagają. Franek najbardziej natarczywy być potrafi i nieraz zdarza
się, że gdy się Szopek za mało do pracy przykłada, trzepnie go
kot porządnie w siwy ryjek.

Kiedy
zjawił się w domu Karolek, Szopek zachwycił się taką ilością
futra do wymycia i rzucił się na niego z dzikim entuzjazmem. Ale
wszystkie koty uczyły się szopkowej toalety od malutkiego, a
Karolek  o takim myciu pojęcia nie miał i z początku nie mógł
zrozumieć, czego ten czarny grubas od niego chce. Cofał się i
fukał, ale Szopek był cierpliwy i teraz Karolek razem z innymi
kotami w kolejce do mycia się ustawia.

Jeden
ma Szopek zwyczaj okropny, do szału wszystkich doprowadzający – z
upodobaniem sadza swój tłusty tyłek na ludzkich stopach. Kiedy się
siedzi przy komputerze z psem na stopach, to choć trochę ciężko,
jest to nawet przyjemne, bo w nogi jest nadzwyczajnie cieplutko.
Gorzej, gdy się niesie torby z zakupami, a przez całą drogę od
drzwi wejściowych do kuchni Szopek drepcze tuż pod nogami i co
chwilę przysiada na stopach. No a jeśli się człowiekowi bardzo
śpieszy do toalety, to już się chce tego potwornego kundla zabić!

 

No,
to tyle historii o Szopku. A jeśli ktoś nie wie albo zapomniał
skąd w ogóle się Szopek wziął, to jest o tym tutaj:
http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Szopek-listopad-2009.html



 

 

00:32, damakier1
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 czerwca 2012

Z Wroną:



 

I sam:



Tagi: psy
23:44, damakier1
Link Komentarze (3) »