Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
niedziela, 30 czerwca 2013

Na śmierć zapomniałam o zwierzakowych imionach, aż się  miłe moje Czytelniczki upomniały i lecę, pędzę zaległości nadrobić:

 

Karolek / Baryła

 

 

Nie dość, że się Dorola z Tatinkiem uparli żeby czwartego kota sprowadzać, co im nadaremnie ze wszystkich sił wyperswadować usiłowałam, to jeszcze nim się  u nas pojawił, już go imieniem Karolek, które wcale mi się nie podobało, nazwali.  Karolek! Co to za imię dla kota? - pytałam, a Dorolka twardo odpowiadała – Bardzo ładne! Teraz, kiedy o tym wpisie myślałam, spytałam czemu tak strasznie się przy tym Karolku upierała i skąd w ogóle go wytrzasnęła, a Dorolka pomyślała chwilę i – Nie mam pojęcia – odpowiedziała.

No i przywieźli tego Karolka, a jak otworzyli kotenerek i go zobaczyłam, zaraz i on sam i imię jego mi się spodobało. I musiała się Dorola chyba jakąś nadzwyczajną intuicją kierować, bo się kot ten okazał młodzieńcem tak dziarskim, radosnym i skorym do figli, że Karolkiem tym trafiła w samo sedno. Wołało się też na niego Lolek albo Loluś, a on doskonale rozumiał, że to są od Karolka zdrobnienia.

Prędko jednak okazało się, że tak obfita kocia osobowość w jednym imieniu się nie pomieści i powoli zaczęliśmy mu przymierzać różne inne nazwania. Co jakiś czas ktoś z jakimś nowym imieniem wyskakiwał zdobywając mniejszą lub większą aprobatę całej rodziny, ale jakoś żadne nie przyjmowało się na dłużej. Aż do czasu Halołynu, kiedy to Karolek Dynią został, co opisane jest tutaj: 

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/03/Jak-Karolek-Dynia-zostal.html#ListaKomentarzy

Dość długo ta Dynia za nowe  imię Karolka robiła, bo świetnie do jego  sylwetki  pasowała lecz przecież nie sama uroda, ale i charakter powinien w imieniu swe odbicie znaleźć. A kiedy się Karolek z małolata w dorosłego kota zmienił, radosny i do figli skory pozostał, ale i zakląć srogo  i w bójkę się wdać potrafił.

Chyba to Tatinek pierwszy Baryła!  na Karolka zawołał i wkrótce wszyscy coraz częściej tak wołać zaczęli. I dwa te imiona – Karolek Baryła – naprzemiennie są używane zależnie od tego, czy grzeczny Karolek wieczorem w domu się melduje, kolację zjada, połasi się przymilnie i spać idzie, czy też Baryła włóczy się nie wiedzieć gdzie, na noc nie wraca i hulaszczy tryb życia prowadzi. Ale chyba będziemy musieli mu bardziej karolkować zacząć, bo ostatnio  Karolek coś nam za bardzo zbarylał.

 

.............................................................................................................................

 

Papsiuka:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/12/Imiona-zwierzakow.html

 

Dada:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/12/Imiona-zwierzakow-2.html

 

Zima:

http://wwwtrembil.blox.pl/2013/01/Imiona-zwierzakow-3.html#ListaKomentarzy

 

Pan Czesio:

http://wwwtrembil.blox.pl/2013/01/Imiona-zwierzakow-4.html#ListaKomentarzy

 

23:47, damakier1
Link Komentarze (5) »
środa, 26 czerwca 2013
wtorek, 25 czerwca 2013

Zdziwiło mnie bardzo, że gdy w niedzielny poranek psom śniadanie dawałam, Karolek nie zszedł z góry i nie zameldował się w kuchni. Otworzyłam werandę i... no, nie! Znowu ten drań rozwalony na ogrodowym fotelu leży! Łeb podniósł, popatrzył, ale z miejsca się nie ruszył. Zamknęłam drzwi i poszłam dospać jeszcze trochę. Kiedy wstałam już na dobre, Karolek dalej tkwił w fotelu. To już nie za dobrze zaczęło wyglądać. Zeszłam do ogrodu i zaraz zobaczyłam – biedak jest chory. Niby na mój widok przeciągnął się lekko, ziewnął i jakby się uśmiechnął, ale widać było, że jakieś nieszczęście kocięce go dopadło. Karolku, co ci jest? zapytałam, ale czy to kot odpowie? Wróciłam do kuchni, pokroiłam plaster szynki do kociej miseczki i poniosłam do ogrodu. Dajesz kotu śniadanie do łóżka?! ze zgrozą zawołał mój mąż, ale kiedy powiedziałam, że to dla chorego, zamilkł. Karolek z szyneczki bardzo się ucieszył i wrąbał wszystko do ostatniego kawalątka. Z brzuchem wszystko w porządku pomyślałam. Pewna też byłam, że połamany nie jest, bo od rana samodzielnie z fotela na fotel się przeniósł. Coś go jednak boleć musiało, bo do jedzenia nie wstał i ledwo zjadł, łepek na poduszkę opuścił i dalej leżał, jak zmięty gałganek. Obejrzałam go dokładnie i zobaczyłam, że lewa tylna łapka spuchnięta bardzo, pod spodem kawał futra ma wyrwane i skórę rozdartą. Zawołałam na konsylium Dorolkę i uradziłyśmy, że niech on sobie spokojnie na poduszce leży, jeść i pić donosić mu będę, wieczorem weźmie go Dorola do domu, a w poniedziałek z Tatinkiem do weta go zawiozą.  I calutką niedzielę Karolek na fotelu w ogrodzie przeleżał, a jak  się ciemno robić zaczęło, Dorolka biedaka na strych zaniosła. Wszystkim zapowiedziałyśmy, żeby go  absolutnie rano nie wypuszczać i niedziela się zakończyła.

Pierwsze miauczenie i skrobanie w drzwi zaczęło się o czwartej rano. Wzięłam najulubieńszą saszetkę z lidla, nałożyłam do miseczki i schyliłam się, żeby Karolka podnieść i na przyzlewnej półce posadzić. Na podłodze już go nie było, bo właśnie pięknie na górę sam wskoczył. Zabrał się do jedzenia, a ja wróciłam do łóżka. Słyszałam jeszcze później jakieś pomiaukiwania, ale udało mi się zasnąć. O szóstej, jak zwykle obudziła mnie Wronka. Karolek leżał rozwalony na stole w pokoju, na mój widok zerwał się i przyszedł do kuchni. Dojadł, co zostało w miseczce, a potem awanturował się naprzemiennie pod drzwiami frontowymi i ogrodowymi i aż musiałam go w pokoju zamykać, kiedy psy do ogrodu wypuszczałam i potem wpuszczałam. Do sypialni wróciłam pospać jeszcze i - niech już sobie Dorola z Tatinkiem go łapią i do doktora wiozą – myślałam. Nagle hałas jakiś od okna usłyszałam, oczy otworzyłam, a za firanką na parapecie, jak w teatrze cieni, ogromny cień kota widać. Chwilę się pokręcił i przepadł – to Karolek przez uchylone okno wyskoczył. Zerwałam się na ratunek, bo pewna byłam, że sobie biedak chorą łapkę przy skoku połamał, ale gdy drzwi na dwór otworzyłam, Karolek po placyku spacerował, jak jakie panisko. Rzuciłam się go łapać, żeby go do tego weterynarza zawieźć rano zdążyli, ale gdzie tam! Polazł do ogrodu sąsiadów i zwiał na działki. Za jakiś czas się pokazał, zaraz na wejściu skotłował Maszeńkę i wszyscy uznaliśmy że jest uzdrowiony. I bez weterynarza się obeszło.

 

01:07, damakier1
Link Komentarze (15) »
sobota, 22 czerwca 2013

Jak daleko pamięcią sięgnę, zawsze omijałam jakieś psy. Podobno koty układają się w miejscach, pod którymi przebiegają  żyły wodne. Psy, wybierając miejsce do uwalenia się na całą swą psią długość i szerokość, kierują się wyłącznie tym, by było to na najważniejszym domowym szlaku komunikacyjnym i aby domownicy mieli do wyboru: ominąć albo się potknąć.

Największym zawalidrogą w naszym domu był Drop. Ci, którzy czytają od początku wiedzą, że Drop potężnej był postury i jak już w przejściu się rozwalił, to było co omijać. Za dnia najchętniej rozkładał się w kuchni - po przekątnej, na trasie między kuchenką, zlewozmywakiem i lodówką. Wyciągał się płasko na brzuchu w pozycji „na żabę”, z maksymalnie wystawionymi łapami przednimi w przód, a tylnymi w tył, a dookoła rozrzucał swe bujne loki. Nie było siły, żeby robiąc coś w kuchni w końcu mu na łapę nie nadepnąć lub choć za wystające kudły nie szarpnąć. Burczał wtedy  ostrzegawczo i za karę gryzł w pięty. Nie mocno, tyle, żeby przypomnieć, że uważać trzeba.

W nocy było jeszcze gorzej. Układał się Drop w ciemnym przedpokoju zajmując sobą całą podłogę i spał dokładnie na trasie z sypialni do ubikacji. Często się w środku nocy przeraźliwy łomot w domu rozlegał, a zaraz po nim przejmujące O, kurrr...! lub Jezus, Maria! - zależnie, komu się siku zachciało. Potem następowała krótka kotłowanina, Drop gderał i klął pod nosem, a delikwent przepraszał – no już dobrze, Dropciu, już dobrze... to niechcący było

Papsiuczka też lubiła się pod nogi zaplątać z tym, że nigdy nie położyła się na twardym, więc w przedpokoju i kuchni bezpiecznym się było. Chyba, że jakaś szmatka na podłogę spadła – wystarczyło chusteczkę do nosa upuścić – już Papsiuka na niej leżała.

Wronka zdecydowanie bardziej niż na podłodze woli rozwalać się na łóżku, więc specjalnie omijać jej nie trzeba. Poza jednym wyjątkiem, gdy z łóżka spędzę ją właśnie i do ścielenia się zabieram. Złazi wtedy, a właściwie zełazi ostentacyjnie powoli i rozściela się jak dywanik na wąskim skrawku podłogi między łóżkiem a ścianą. Nieźle się muszę nagimnastykować, by między jej łapami tak pląsać, żeby broń Boże żadnej nie przydepnąć.

Mistrzem w drogi tarasowaniu jest Szopek. Nie położy się Szopek prostacko w przejściu tak, byś się o niego, człowieku, potknął. Nie – Szopcio położy ci się bezpośrednio na stopach. Nie jest on wprawdzie wielkim pieskiem, ale pękatym dosyć i takie 15 kilo na nogi znienacka rzucone swój ciężar ma. A jak już ci się  na nogach usadzi, cała zabawa się zaczyna: co go z nóg zwalisz i krok zrobisz, on hyc! i znów tyłek  na twych nogach sadowi i tak przez całą długą drogę, na przykład z kuchni aż do drzwi wejściowych, do których ktoś niecierpliwie dzwoni i śpieszysz się, by otworzyć.

Jeszcze bardziej wyrafinowaną formą szopciowego zawalidrogowania jest barykadowanie łazienki. Drzwi naszej łazienki otwierają się na zewnątrz i ledwo je za sobą zamknę, słyszę stukanie pazurów po podłodze i po chwili łup! - to Szopek pada pod drzwiami. Układa się tuż pod progiem i całym sobą do   drzwi przylega tak, że po kąpieli za nic z łazienki wydostać się nie mogę. Na próżno zza zamkniętych drzwi grożę i proszę – Szopciu, odejdź! - Szopek ani myśli się ruszyć. Czasem uda mi się go drzwiami lekko przesunąć i przez uchyloną szparę jakoś nad nim się przecisnąć, ale bywa, że męża mojego na pomoc przywoływać muszę, żeby mnie z łazienki wydobył. 

Niespodziewanie wielki mi ten wpis wyszedł, to zdjęć już dodawać nie będę. No, może jedno tylko, żeby się Ave nie poirytowała, że nawet najmniejszego zdjątka Szopcia nie ma.

 

 

21:16, damakier1
Link Komentarze (21) »
piątek, 21 czerwca 2013
czwartek, 20 czerwca 2013

Żar z nieba się leje okrutny i pilnujemy bardzo, żeby przed domem w misce zawsze świeża woda stała.

 

 

Zaglądamy, czy z małego oczka woda nie uciekła i dolewamy, gdy tylko trochę jej ubędzie.

 

 

U Zrybek pompa cały czas wodę tłoczy, żeby się nie zastała, nie nagrzewała tak okropnie i żeby powietrze świeże miała.

 

 

Ale i tak kranówa jest najlepsza.

 

 

Tagi: upał
23:16, damakier1
Link Komentarze (10) »
wtorek, 18 czerwca 2013

Nie mam ja, Gropo, dobrych wieści dla Ciebie...

Teraz, kiedy zrobiło się lato, przestaliśmy panować nad kotami. Łażą gdzie chcą i przyłażą kiedy chcą. Niby zwołuje się je wieczorem do domu, ale przychodzą albo nie, coś tam podeżrą i dalej, przez okno albo długo w noc otwarte drzwi werandy, włóczyć się idą. Jeden tylko Karolek, jako młokos jeszcze, przed północą melduje się w domu, grzecznie spać idzie i na drugi dzień dopiero po zaliczeniu śniadania na górze i przyzlewnej półeczki na dole, w świat wyrusza. I zawsze tak do tej pory było, a właśnie wczoraj, kiedy w nocy taka ogromna ulewa przyszła, wołałam i wołałam, a Karolka ani śladu. Pan Czesiulek przybiegł, jak tylko pierwsze krople zabębniły w parapet. Kiedy otworzyłam drzwi, żeby Karolka zawołać, spod samochodu wyskoczył Zima i wpadł do domu. Nawet Franio, który ostatnio dzień z nocą zamienił i dnie całe wyleguje się na strychu, by nocą dopiero iść w miasto, nawet Franio stwierdził, że daszek nad jego ulubionym murkiem jest za mały i tę ulewę lepiej w domu przespać. A Karolek nie przyszedł...

Na próżno długo drzwi werandy otwarte trzymałam, na darmo co chwilę wołałam, w końcu spać poszłam. Pewnie schował się gdzieś dobrze i nie chce mu się do domu przez deszcz przedzierać – myślałam sobie i nie niepokoiłam się  zbytnio. Dopiero kiedy wczesnym rankiem wypuszczałam psy na pierwsze siku, a Karolka nie było pod drzwiami, trochę mnie to zastanowiło. Już za długo dospać nie mogłam, poszłam zobaczyć od frontu – Karolka nie ma. Poszłam na werandę popatrzeć w ogród – nikogo nie widać, ale za to chrapanie straszne słychać. Rozejrzałam się dobrze i zobaczyłam:

 

 

No, ludzie! Tego jeszcze nie grali... ! Zeszłam do ogrodu, stanęłam nad tym nieszczęsnym efektem hulaszczego trybu życia i jak nie huknę – O ty Karol...!!!   - a on nawet oka nie otworzył, przeciągnął się tylko i łeb łapami obłapił, że niby za głośno się wydzieram.

 

 

Minęło rano, minęło południe, a co z werandy zerknęłam, ryże te zwłoki wciąż na fotelu leżały. I nie zmieniło się nic, kiedy pod wieczór mój mąż do ogrodu wyszedł.

 

 

Coś mi się zdaje, że ten kot coraz mniej Karolkiem, a coraz bardziej Baryłą się staje...

 

 

23:27, damakier1
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 17 czerwca 2013
niedziela, 16 czerwca 2013

Cały tydzień mozolnie kolano leczyłam i dzisiaj powiedziałam Wronce – idziemy! Nigdzie daleko odwagi ani siły pójść bym nie miała, ale na działki postanowiłam zaryzykować. Plan miałam taki, żeby calutkie działki dookoła obejść by Wronka duży spacer miała. Będę  szła powolutku, a Wrona będzie biegać, gdzie będzie chciała –  tak sobie planowałam. Jeszcze zanim do końca ulicy doszłyśmy, już wiedziałam, że na koniec działek to na pewno nie pójdziemy, ale może tę średnią trasę, gdzie pod górkę nie trzeba iść zrobimy. A jeszcze kawałek dalej to już tylko myślałam żeby mi w ogóle do tych działek dojść się udało. W rezultacie przeszłyśmy tylko najkrótszą drogą od jednej bramy działkowej do drugiej i do domu wracałyśmy. Bardzo Wrona była zawiedziona, gdy smycz jej przypinałam i człapała z powrotem z ogonem i łbem  demonstracyjnie zwieszonymi. Tuż przed wejściem na placyk zatrzymała się jeszcze i tęsknie popatrzyła za siebie, a tam – niespodzianka! W głębi ulicy pojawił się Leo i pędził za nami ile sił w łapach.

 

 

Nie ma chyba na świecie psa bardziej serdecznego, radosnego i pełnego entuzjazmu niż Leo. Rasy raczej ogólnej, ale najbardziej bokserowaty i amstaffowaty, mocno masywny - mógłby budzić niezły przestrach, ale wystarczy spojrzeć na małe, śmiejące się oczka, roześmiany pysk z wywalonym jęzorem, popatrzeć na wywijający Leosiem ogon  i już każdy widzi, że to sama radość i dobroć pędzi mu naprzeciw.

Leo to najlepszy kolega Wrony. Trafił na naszą ulicę mniej więcej w tym samym czasie, co Wronka. Jedno i drugie było smarkate i spotykały się często na pobliskim placu, gdzie wyprowadzane są okoliczne psy. Szalały tam do upadłego i wracały umordowane, ale przeszczęśliwe. Kiedy podrosły, ten plac już się na spacery przestał nadawać i rzadziej Wronka Lea spotyka. Zdarza się, że gdzieś na wybiegu lub w parku na siebie się natkną, a częściej spotykają się na naszej ulicy, gdy Leo da nogę swemu panu. Nie biegnie wtedy w stronę Mickiewicza, gdzie jest droga otwarta na cały świat, ale gna w ślepy zaułek skąd  żadnego wyjścia w świat nie ma, ale za to jest Wronka.  Tak właśnie pędził teraz prosto na placyk, a chwilę potem, z wielkim krzykiem   Leo! Leo! pojawił się na ulicy jego pan i razem odegrali stały fragment gry pod tytułem Leo ucieka, pan go łapie.
Bo wszystko można o Leo powiedzieć, ale nie to, że jest psem posłusznym. Owszem, czasem Wronkę rozpiera energia i ciągnie mnie na smyczy, że ledwie zdążę, ale kiedy widzę, jak frunie w powietrzu uczepiony do końca smyczy Leo jego pan, to mi się Wronka wydaje mistrzynią psiego ułożenia i dystyngowanej elegancji. O chodzeniu luzem nawet nie ma co mówić. Wronka, puszczona bez smyczy, zatrzymuje się i przychodzi na każde zawołanie, a nawet na kiwnięcie palcem. Do Lea nie pasuje nawet znane powiedzenie o posłusznym psie, który na zawołanie chodź tu albo nie, przychodzi albo nie. Z góry wiadomo, że Leo nie przyjdzie nigdy.

No więc wpadli obaj, Leo i jego pan, na placyk. Czym prędzej odpięłam Wronce smycz bo by mnie stratowali i Wronka wystartowała na spotkanie. Fruwała radośnie po placyku, za nią latał Leo, a za nim jego pan. Ja stałam pośrodku i pilnowałam kolana w nadziei, że mnie żadne z nich nie wywali. Szczęśliwie wpadła raptem Wronka w otwartą furtkę  naszego ogrodu, pan Lea błyskawicznie furtkę zatrzasnął i Leo był pojmany. Daliśmy im jeszcze się chwilę pobawić i wyściskać i pan zabrał Lea do domu.

Ale był świetny spacer! - powiedziała Wronka.

 

 

I proszę – miało być o spacerze Wronki, a zrobiło się o psie z naszej ulicy. O innych psach z naszej ulicy można przeczytać tu: 

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/06/Najwiekszy-amant-z-naszej-ulicy.html

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/04/Najnowsza-sasiadka.html

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/03/Skrzypek.html

http://wwwtrembil.blox.pl/2013/05/Psy-z-naszej-ulicy-Figa.html

 

22:08, damakier1
Link Komentarze (13) »
czwartek, 13 czerwca 2013

Z tą eksmisją wczoraj, to żart był...

 

 

Są wszystkie.

 

 

I w dodatku mają nową kanapę.

 

00:06, damakier1
Link Komentarze (29) »
 
1 , 2