Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
środa, 29 lipca 2015

xx

Przeróżne rzeczy mogą przydarzyć się kotu, kiedy śpi.

Może niespodziewanie spaść na niego z wysoka gruszka i nabić mu guza.

Może go sroka dziabnąć w łeb.

Może na niego napaść jakiś inny kot.

Antek, a jeszcze bardziej mój mąż, może znienacka psiknąć go wodą z ogrodowego węża.

I dużo innych niespodzianek może go spotkać, bo bardzo wiele może się przytrafić śpiącemu kotu...

 

xx

 

 

Ale nie wtedy, gdy:

 

 

xx

 

Tagi: koty psy
17:22, damakier1
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 27 lipca 2015

To kotka naszych przyjaciół. Nazywa się Kruszynka:

 

ww

Tagi: koty
10:36, damakier1
Link Komentarze (9) »
piątek, 24 lipca 2015

xx

Bezkrwawe łowy Włodzimierza Puchalskiego to jedna z książek, które towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo i do dziś dnia stoją na regale w zasięgu ręki. I chociaż w byle gazecie, o internecie nie wspominając, można znaleźć zdjęcia bajecznie kolorowe i technicznie nieporównanie doskonalsze, zdarza mi się od czasu sięgnąć po mocno już podniszczoną książkę i popatrzeć na szare fotografie...

A pomyślałam o tym dlatego, że dzisiaj, niczym pan Puchalski, sama bezkrwawo łowiłam.

 

W końcu ogrodu rośnie mały zagajnik aronii, o której mój mąż mówi, że to borówka syberyjska choć ja jestem pewna, że nie rosyjska tylko amerykańska.

 

xx

 

xx

 

 

Między tym zagajniczkiem a żywopłotem z daglezji jest mały skrawek trawnika, gdzie rozwiesiłam sznurki i urządziłam letnią suszarnię.

 

xx

 

 

Dziś przed południem wieszałam pranie, a w zagajniczku za plecami cały czas coś się niemożebnie kokosiło, szurgotało i telepało. Poszłam do domu po aparat, zakradłam się i proszę, co bezkrwawo upolowałam:

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

Tagi: ptaki
00:59, damakier1
Link Komentarze (14) »
środa, 22 lipca 2015
sobota, 18 lipca 2015

xx

 

xx

 

Z pełnym poświęceniem oswajał Antek Tymczaski, sił i środków nie szczędził, a Malinka i Pracio przykładały się pilnie i pewnego dnia stwierdziliśmy, że:

 

Cyrkulację pokarmów od wlotu do wylotu opanowały znakomicie, wszystko, co do miseczek mają nakładzione, pochłaniają błyskawicznie, a wydalają do kuwety i nigdy się nie mylą.

 

Gdy ktoś do pokoju wchodzi, nie uciekają panicznie pod szafę, a przeciwnie - ciekawie łebki spod szafy wystawiają.

 

xx

 

xx

 

Pięknie paradują po pokoju w tę i z powrotem, pozwalając podziwiać, jak wyrosły i jakie są śliczne.

 

xx

 

xx

 

W chwilach wolnych od innych zajęć toczą fantastyczne walki francuskie aż do utraty tchu, czyli do zaśnięcia w objęciach.

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

W tej sytuacji uznaliśmy, że Malinka i Pracio są już oswojone absolutnie i Antek, zakończywszy swą misję może spokojnie jechać na wakacje, a Tymczaski mogą powędrować do nowego domu. Tak też się stało. Wczoraj przyjechała pani z TOZ-u, zapakowaliśmy kotki do kotenerka i pojechały...!

 

Niby to kłopot z głowy, ale Dorolka przy wydawaniu maluchów minę miała niewyraźną, a i mnie troszkę smutno i żal się zrobiło...

 

Za to Pan Czesio odetchnął z ulgą, uśmiechnął się pod wąsem i powiedział: nareszcie...!

 

xx

 

***

 

Jeśli ktoś nie czytał, a chciałby przeczytać, to o Tymczaskach kolejno było tu:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2015/06/Jas-i-Malgosia.html

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2015/06/Oswajanie-Tymczaskow.html

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2015/06/Dalej-o-oswajaniu-Tymczaskow-i-o-Kawce.html

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2015/06/Tymczaski-na-dobranoc.html

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2015/06/Co-za-madrale.html

 

 

Tagi: koty
14:29, damakier1
Link Komentarze (10) »
wtorek, 14 lipca 2015

Przywędrowałyśmy z Wronką na psią polankę w Parku Kasprowicza, a tam - gromadka małych piesków.

 

Były małe francuskie buldożki,

 

xx

 

xx

 

elegancki długowłosy jamniczek i piękny papillon,

 

xx

 

xx

 

przystojny boston terrier

 

xx

 

xx

 

i sporo jeszcze innych, a wszystkie nadzwyczaj rasowe.

 

xx

 

Wronka poszła przywitać się z pieskami, a ja - jak to jest w dobrym zwyczaju - podeszłam się przywitać z grupką ludzi zebranych pośrodku polany.

Niedawno była w Szczecinie międzynarodowa wystawa psów i wokół niej toczyła się rozmowa w grupce. Jak się okazało, wszystkie pieski brały udział w wystawie i ich sukcesy oraz porażki były omawiane. Papillon zdobył złoty medal, a pani od buldożków była rozżalona, bo dostały ocenę tylko dostateczną. Stałam przysłuchując się rozmowie, a po chwili Wronka, znudzona psim towarzystwem (bo, umówmy się, były tam same małe pieski), podeszła do nas i z radosnym uśmiechem na pysku stanęła obok mnie. Pan z mojej lewej strony spojrzał i powiedział: - byłaby nawet ładna gdyby jej to drugie ucho stanęło... Uśmiech na pysku Wrony nieco przywiądł, a koniuszek jej ogona smętnie zwiesił się na dół. Owczarkowi mojej znajomej też ucho nie chciało stanąć, to mu bandażowała i przyklejała plastrem i po pół roku trochę stanęło... - podchwyciła pani z mojej prawej. Po tych słowach to już Wronka całkowicie w popłoch wpadła, spojrzała na mnie rozpaczliwie, a ucho oklapło jej jeszcze bardziej niż zwykle. Wysłuchałam i powiedziałam: wzorzec jej rasy nie wymaga, żeby jej uszy równo sterczały! Ukłoniłyśmy się grzecznie na pożegnanie i poszłyśmy.

 

Wronka odzyskała dobry humor, biegała po trawie, zbierała i przynosiła mi patyki, a kiedy doszłyśmy do skraju parku i przed wyjściem na ulicę przypinałam jej smycz, podniosła łeb do góry, spojrzała mi w oczy i zapytała:

  • A właściwie, to jakiej ja jestem rasy?

  • Ty, moja kochana Wronko, powiedziałam, ty jesteś rasy ogólnej!

 

xx

 

Tagi: psy
20:02, damakier1
Link Komentarze (21) »
czwartek, 09 lipca 2015

Marzyliśmy o nim od zawsze. Z początku było to klasyczne marzenie ściętej głowy, bo gdyby nas nawet było stać, to i tak nie mielibyśmy gdzie Go postawić. Po latach miejsce już by się znalazło, ale tyle było potrzeb i pilniejszych, i rozsądniejszych, że o przymierzeniu się, a co dopiero o zrealizowaniu, najmniejszej mowy nie było.

 

Z czasem już samo marzenie stało się wartością samą w sobie. Lubiliśmy planować, jaki będzie i gdzie stanie. Łaziliśmy po sklepach z antykami i gdy natknęliśmy się na jakiś piękny okaz, oglądaliśmy długo i wyobrażaliśmy sobie, jakby wyglądał w naszym pokoju. A później, kiedy nastał internet, raz ja, raz mój mąż, siadaliśmy przed komputerem, właziliśmy na Allegro i co raz jedno drugie wołało - zobacz, ten to piękny..., albo - ten to by pasował...

 

Gdy po ostatnim remoncie urządzaliśmy nasz największy pokój, jakoś tak samo nam wyszło, że miejsce dla Niego właściwie czekało gotowe. I postanowiliśmy, że sprawimy Go sobie w prezencie na pięćdziesiątą rocznicę ślubu.

 

A którejś z ostatnich upalnych nocy, siedzieliśmy długo na werandzie, nasłuchiwaliśmy, czy nie idzie burza, pogadywaliśmy o tym i o owym i nagle, ni stąd, ni zowąd zapytałam: - A czy to wiadomo, że my w ogóle dożyjemy do tej pięćdziesiątej rocznicy...?, a mój mąż, bez chwili zawahania, odpowiedział natychmiast: - To kupujemy!

 

No i mamy Go. Kupiliśmy na czterdziestą piątą rocznicę.

 

xx

 

xx

 

 

20:05, damakier1
Link Komentarze (21) »
wtorek, 07 lipca 2015

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

Tagi: koty
17:03, damakier1
Link Komentarze (12) »
niedziela, 05 lipca 2015

Z roku na rok czereśnia usychała coraz bardziej i co roku mój mąż własną piersią zasłaniał ją przed moimi zakusami. Powoli, ale nieubłaganie nasz przytulny letni kącik dla gości - z kamienną kuchnią do grillowania, dużym ogrodowym stołem i fotelami skrytymi pod obszernym dachem, zmieniał się w najbrzydsze miejsce w całym ogrodzie. Z trawnika zrobiło się piaszczyste klepisko, dookoła walały się pousychane gałęzie, a na dodatek w tym roku gwałtownie zaczął tracić liście porastający drzewo bluszcz. W całym ogrodzie czerwiec pysznił się zieloną trawą i kolorowymi kwiatami, a pod czereśnią - listopad! No i któregoś dnia popatrzyłam i powiedziałam: ściąć ją!, a mój mąż nie odezwał się ani słowem.

 

xx

 

xx

 

Akcja była nader skomplikowana. Najpierw trzeba było pousuwać oplatający czereśnię bluszcz, którego łodygi okazały się tak grube, jak całkiem solidne pnie niejednego drzewa. Potem pod piłę poszły co większe gałęzie. Tu już zrobiło się niebezpiecznie, bo pień drzewa pod naporem drabiny trzeszczał niemiłosiernie i strach było, że za chwilę razem z drabiną i drwalem wszystko runie na ziemię. W końcu przyszedł moment na ściągniecie na dół największej gałęzi z samego czubka.

 

xx

 

xx

 

Chrupnęło, trzasnęło i nie sama gałąź, a cała czereśnia rozdarła się wzdłuż pnia i runęła w ogród. Dalibóg, na ostatnich nogach już ten pień stał. Rozdarty wpół ział teraz ze środka potworną próchnicą, a pokruszone kawałki drewna można było rozetrzeć w palcach na pył. Wychodzi na to, że w samą porę czereśnia pd nóż poszła, bo jeszcze chwila, a by komu na łeb zleciała.

 

xx

 

xx

 

xx

 

Bardzo jestem zadowolona, bardzo... Całkiem spory kawał ogrodu się teraz odsłonił - chodzę i oglądam, i w głowie sobie układam, jak się teraz to wszystko uporządkuje, trawnik się powiększy, meble i pawilonik na swoje miejsce wrócą i bardzo fajne miejsce na różniste towarzyskie spotkania będzie.

 

xx

 

No, bardzo się cieszę, bardzo... Tylko mi gdzieś na dnie duszy jakiś głosik szepcze, że oto coś się skończyło...

 

xx

 

*

To była część trzecia i ostatnia. Ale będzie jeszcze suplement.

 

 

Tagi: ogród
21:42, damakier1
Link Komentarze (11) »
sobota, 04 lipca 2015

Kiedy podrosłam i wylazłam z hamaczka, trawnik pod czereśnią stał się moim pokojem zabaw. Miałam tam domek dla lalek, w którym królowała lalka Elżunia i urządzone podwórko z gromadką piesków. Pieski robiłam z kępek mchu i chowałam je do kartonikowych budek.

Gdy podrosłam jeszcze bardziej, przeniosłam się z trawnika piętro wyżej - na szeroko rozpostarte, grube konary drzewa. Pierwszy, wyciągnięty na całą długość trawnika, zwieszał się tak nisko, że mogłam się nań wspiąć prosto z ziemi, bez żadnych drabinek ani stołeczków. Chodziłam po nim niczym po równoważni, jedną ręką trzymałam się gałęzi u góry, a drugą obrywałam wiszące nad głowa czereśnie. Jak mi się znudziło, właziłam piętro wyżej, bo grube gałęzie rosły tak gęsto, że z łatwością można się było wspiąć aż na sam czubek drzewa. Mówiłam, że to bocianie gniazdo i siadywałam tam często by obserwować z wysoka całą naszą ulicę. Gałęzie na czubku uformowane były tak, że tworzyło się wygodne siedzisko i oparcie za plecami, jak w fotelu. Można było wziąć książkę, rozsiąść się wygodnie i czytać. Wiele swych dziecięcych lektur tam przeczytałam – między innymi moją ulubioną książkę Wandy Borudzkiej - Dorota i jej towarzysze, od której Dorolka ma swe imię.

 

xx

 

Z biegiem lat czereśnia rodziła coraz mniej owoców, za to pojawiało się coraz więcej uschłych gałęzi. Pewnego razu, po potężnej nocnej burzy, znaleźliśmy rano na trawniku ten potężny dolny konar, od którego zaczynało się wspinaczkę na drzewo. No cóż, wyrównał mój mąż piłą powstałą ranę, żeby czereśnia nie straszyła poszarpanym kikutem i zawiesiliśmy tam ogrodową lampę.

 

xx

 

 

xx

 

Od tego momentu coraz częściej znajdowaliśmy na trawniku kolejne konary i w krótkim czasie nie było już ani po czym się wspiąć, ani o co oprzeć drabinę, a czereśnie stały się dostępne jedynie dla szpaków.

 

Od góry czereśnia usychała, a od dołu zaczął się na nią wspinać zielony bluszcz. Wkrótce oplótł ją tak, że z czereśni przekształciła się w jakiegoś tajemniczego olbrzyma z amazońskiej dżungli i stała się terenem myśliwskich wypraw Karolka.

 

xx

 

/Karolka w dżungli obfotografował mój mąż, co na blogu jest tutaj:http://wwwtrembil.blox.pl/2012/07/Karolek-w-dzungli.html /

 

Owoców na drzewie pojawiało się coraz mniej, aż w końcu któregoś roku nie pojawiła się ani jedna czeresienka i pozostał nam tylko piękny widok na ogromne, obrośnięte zielonym bluszczem drzewo i zbawczy cień rzucany na werandę w upalne letnie dni.

 

xx

 

No i od czasu do czasu znajdowaliśmy na trawniku kolejny uschnięty konar. Z gałęzi, na których siedział Karolek, pozostało tylko tyle:

 

xx

 

xx

 

Zaczęłam przebąkiwać, że coś trzeba z tą czereśnią zrobić..., a mój mąż, dla którego wycięcie najlichszego badylka jest gigantyczną traumą, wyzywał mnie od morderczyń drzew i powtarzał w kółko - ale zobacz, jaka jest piękna, jaka zielona...

 

 

*

Ciąg jeszcze dalszy wkrótce.

 

 

Tagi: ogród
14:34, damakier1
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2