Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
sobota, 30 sierpnia 2014

Przysłała mi Dorolka zaproszenie na herbatę:

 

Maniusia - paniusia

 

Dopóki Ciebie, Ciebie nam pić

Póty jak w niebie, jak w niebie nam żyć

Herbatko, Herbatko, Herbatko...

/Jeremi Przybora/

 


Tagi: koty
23:45, damakier1
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2014

od strony ulicy Słowackiego

 

mostek na Rusałce

 

 

dla Almetyny

 

Teatr Letni

 

Fontanna na Rusałce

22:49, damakier1
Link Komentarze (20) »
sobota, 23 sierpnia 2014

Już tydzień minął wczoraj od ostatniego blogowego wpisu, a tu jakiś marazm na wszystkich popadł – zwierzaki rano wstają, w dzień jedzą, w nocy śpią - nie dzieje się nic i pisać nie ma o czym. Na próżno proszę - wymyślcie coś albo chociaż jakieś plotki z okolicy przynieście. Nic. Nuda.

Aż tu dzisiaj, tuż po obiedzie, wpadają do kuchni Antek z Dorolą. Włóż okulary – woła Antek i już mi je sam usłużnie niesie, a Dorola wyciągniętą rękę z telefonem w dłoni pod nos mi podtyka i - Patrz kobieto! - powiada. A w telefonie – smok! O, matko! - zawołałam - co, jak, którędy???!!!

A było to tak: wywiesił się Tatinek przez kuchenne okienko, żeby papierosa spokojnie wypalić, spojrzał na podjazd i zawrzasnął: Pan Czesio z jakimś gadem walczy! Zaraz na to Dorola z Antkiem do schodów się rzucili, przed dom wybiegli, a tam Pan Czesio z łbem pochylonym, w napięciu w kogoś się wpatruje. Co tam, Panie... zaczęła Dorolka, ale nim skończyła Pan Czesio dramatycznie wyszeptał - mam smoka! Faktycznie, najprawdziwszy smok siedział przed Panem Czesiem i tak, jak Pan Czesio w niego, tak on w Pana Czesia się wpatrywał.

 

co to?

 

Za łagodnie to ten smok wcale nie wyglądał i nie dziwota, że Pan Czesio do bliższej znajomości się nie kwapił. Ale gdy za plecami tak silne wsparcie poczuł, odważył się niżej łeb opuścić i skrupulatnie potwora obwąchać.

 

trzeba to obwąchać

 

I nie wiadomo, czy się własnej odwagi przestraszył, czy coś mu groźnego smok powiedział, dość, że szybko się wyprostował i powolutku, ostrożnie przystąpił do odwrotu.

 

lepiej sobie pójdę...

 

idę...!

 

Tymczasem, zwabiony nadspodziewanym ruchem na podjeździe, zjawił się Franio. Podszedł do smoka, obwąchał go starannie od głowy po koniuszek ogona - aha, smok... - powiedział. Podumał nad nim chwilę po czym powędrował zająć się swymi sprawami.

 

teraz Franio

 

chwila zadumy

 

Pozostawiony sam sobie smok puszył się i puszył na podjeździe, aż mu Antek wsunął w rozdziawiony pysk kawałeczek jabłka. Co było dalej, wersje są podzielone – według Antka, smok, przyjąwszy jabłko z jego ręki, podziękował i je skonsumował. Według Doroli, smok jabłko wypluł. W każdym razie jeszcze tylko uśmiechnął się na pożegnanie i nieśpiesznie się oddalił.

 

smok został sam

 

 

z jabłkiem w pyszczku

 

 

Tagi: koty
18:37, damakier1
Link Komentarze (22) »
piątek, 15 sierpnia 2014

Po działkach teraz oprowadza nas Wrona. Marszrutę ma doskonale opracowaną - od jednego płotu obwieszonego dojrzewającymi jeżynami do drugiego. Wybiega daleko do przodu, ustawia się i czeka aż podejdziemy i załadujemy jej zerwane owoce do pyska. Bo wiadomo - jeżyny kłują i nie ma co delikatnego psiego nosa narażać.

 

Wrona

 

Antek trochę się z Wronką droczy. A to podrzuci jeżynę tak wysoko, żeby się jej złapać do pyska nie udało. A to znowu w górze, tuż przed wronim nosem, godzinami owoc trzyma aż Wronce z niecierpliwości mało język nie ucieknie. No i, zanim cokolwiek do suczkowego pyska trafi, sam się Antek godzinami opycha bez końca.

 

Antek najpierw je sam

 

Antek się droczy

 

Prędko więc Wronka porzuca Antka i przychodzi do mnie. Ja zbieram jej jeżyny z pełnym poświęceniem. Przeszukuję gałązka po gałązce i wybieram tylko te najczarniejsze, najsłodsze... Są tak dojrzałe, że przy zrywaniu brudzą mi palce ciemnym, lepkim sokiem. Podtykam je Wronie pod nos, a ona łapczywie zlizuje owoce z mej ręki i teraz już palce mam nie tylko jeżynowym sokiem, ale i psią śliną umaćkane. Toteż bardzo uważam, żeby te dla Wronki zrywać prawą ręką, a jak się sama skuszę, to sobie lewą ręką obrywam. Rwę jeżyny przez czas jakiś, prawą rękę Wronce podsuwam, a sama z lewej ręki biorę aż w którymś momencie się pomylę i na odwrót - z prawej zjem, a Wronkę z lewej poczęstuję. No cóż, sama już nic do ust nie biorę i wszystko w psią mordę wtykam do czasu, gdy na wyjątkowo kuszące, dorodne owoce się natknę. Wtedy zrywam je delikatnie, palcami, które wydają mi się najczyściejsze i od niechcenia do ust je biorę. Potem zmieniam zasadę i Wronkę częstuję lewą ręką, a sama zajadam z prawej. A jeszcze później jemy na wyprzódki, raz z prawej, raz z lewej, na higienę nie bacząc.

 

Wronka czeka...

 

I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że takie dojrzewające jeżyny to się we wrześniu dopiero pojawiają, a to zaledwie połowa sierpnia  mija... Czyżby zbliżała się już jesień?

 

Jeszcze się drzewa zielenią lasom,

ptaki śpiewają pieśni niebiosom,

a ja już stoję zatroskana

nad fioletowo kwitnącym wrzosem.

 

Jeszcze są pełne kwiatów ogrody,

jeszcze słonecznie złoci się wrzesień,

a ja się pytam z niepokojem -

czyżby zbliżała się już jesień?

 

A jeśli wiosny się nie wrócą,

jeśli się lata nie powtórzą? -

Nic nam dobrego, nic dobrego,

wrzosy i liście złote nie wróżą...

 

Nic nam dobrego, nic dobrego,

wczesnej jesieni dni

nie wróżą...

 

Coś takiego napisałam dawno, dawno temu, gdzieś w głębi lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Ale, jak widać, martwiłam się niepotrzebnie, bo przez cały ten czas wiosny i lata powracają niezmiennie i nic nie zapowiada, aby ten dobry stan rzeczy miał ulec zmianie.

Pozdrawiam moją przyjaciółkę Jałosię, która dołożyła do tego tekściku melodię i miałyśmy swoją piosenkę.

 

Wrona i jeżyny

 

Tagi: psy
19:20, damakier1
Link Komentarze (25) »
czwartek, 14 sierpnia 2014

Słowo się rzekło, kobyłka u płota - obiecałam Gropie, że poświęcę osobny wpis arystokratycznej urodzie Karolka, to nie było na co czekać. Wzięłam aparat i udałam się na poszukiwania. Znalazłam go przed domem, na podjeździe. Leżał rozwalony i arystokratę mało przypominał, bardziej wyrudziałą szmatę albo worek kartofli:

 

Karolek na podjeździe

 

Karolku, a ułóż się jakoś ładnie, zdjęcie specjalnie dla Gropy ci zrobię...! - uśmiechnął się promiennie, przefajtnął na drugi bok i łapki pod brodę wdzięcznie podkulił. No, ale czy tak wyglądają arystokraci?

 

arystokrata?

 

Podniosłam go z podjazdu, poszłam do ogrodu i zawołałam na pomoc Antka. Masz tu, dziecko, gałązkę, pomachaj Karolkowi tak, by swą arystokratyczną urodę w gonitwie prezentował, a ja będę fotografować. Och, jak się Karolkowi spodobało! Biegał za gałązką, jak szalony, hopsał, kucał i kicał* i najbardziej przypominał szalonego wiewióra.

 

wiewiór od przodu

 

... i od tyłu

 

No to posadziliśmy go na stole. Karolku, tłumaczyliśmy, przecież jesteś rasowy, arystokratyczny wygląd masz w genach, ustaw się jakoś elegancko. Karolek na to tylko japę otworzył i zapamiętale pacał łapą gałązkę, którą Antek wymachiwał dla podkreślenia wagi naszych słów.

 

na stole

 

to też Karolek

 

I gdy porzuciłam już wszelką nadzieję, Karolek przybrał pozę nonszalancko niedbałą acz pełną wdzięku, ręce przed siebie wyciągnięte elegancko skrzyżował, wzrok pełen skupienia na przytrzymaną z gracją gałązkę skierował i nagle, na tym ogrodowym stole, objawił nam się najprawdziwszy arystokrata!

 

nareszcie!

 

Karolku, jesteś wielki! - zawołaliśmy oboje z Antkiem, a Karolek zeskoczył ze stołu i poszedł relaksować się po trudach pozowania w oparach kocimiętki.

 

odpoczynek...

 

... w oparach kocimiętki

 

***

*hopsał, kucał i kicał  -  z czego cytat? Oczywiście, że z Wyprawy na żmirłacza  L. Caroll'a

 

Tagi: koty
00:29, damakier1
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2014

portret Frania

 

Teraz, kiedy drzwi werandy od świtu do nocy na oścież są otwarte, koty nie czekają od frontu aż ktoś je do domu wpuści, lecz kursują swobodnie z góry na dół, przez moją kuchnię i przedpokój. Oprócz Frania. Franio zdecydowanie preferuje drogę od frontu. Czasem, jeśli dobrze zgłodnieje, przychodzi do ogrodu i idzie na górę przez werandę, ale już z powrotem – z domu na dwór - wychodzi wyłącznie przez drzwi frontowe.

 

Tak też i dziś było. Zasiadaliśmy właśnie na werandzie do leniwego śniadania, gdy na schodach rozległo się tupanie - to z góry, po swoim śniadaniu, schodził Franio. Przeszedł przez przedpokój, przez kuchnię i zatrzymał się na progu werandy. Miau... powiedział i wymownie popatrzył za siebie. Zignorowaliśmy. Postał chwilę i powtórzył: Miauuu...! I za chwilę: Miaaauuu!!!

Westchnął mój mąż, wstał od stołu i poszedł za kroczącym przed nim Franiem. Otworzył mu drzwi frontowe i na odchodne powiedział - nie mógłbyś, jak każdy wychodzić przez kuchnię? Franio przystanął, obejrzał się i spojrzał z politowaniem: mógłbym, ale od czegóż mam służbę?

 

Franio

 

Tagi: koty
11:59, damakier1
Link Komentarze (27) »
sobota, 09 sierpnia 2014

Zobaczcie, jakiego hibiskusa Waldek wyhodował - powiedział Jurek, gdyśmy wpadli ostatnio do przyjaciół w odwiedziny i podsunął nam pod oczy swą komórkę ze zdjęciem. Na zdjęciu był okazały kwiat hibiskusa, wielkości przysuniętej doń dla porównania dłoni. Waldek, brat Jurka, to ogrodnik specjalizujący się w uprawie kwiatów i pyszniący się na zdjęciu hibiskus był niewątpliwym dowodem jego maestrii zawodowej.

 

Wyszłam dziś rano do ogrodu i aż zamarłam z wrażenia! Na trawniku pod magnolią stał w pełnym kwieciu mój malutki hibiskusik, którego na Dzień Matki od Dorolki dostałam. Jeszcze przy wczorajszym wieczornym podlewaniu, patrząc na liczne zwinięte pąki zastanawiałam się, jakie to też kwiaty z tego będą, a tu taka niespodzianka!

 

Zaraz sprowadziłam wszystkich do ogrodu, a mój mąż rozłożoną dłoń do kwiatów kazał mi przystawić i ze wszystkich stron hibiskusa obfotografował. Potem, kiedyśmy w komputerze te zdjęcia oglądali - koniecznie to trzeba Jurkowi wysłać - powiedział.

 

porównanie

 

hibiskus

 

hibiskus

 

Tagi: kwiaty
14:10, damakier1
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Rozplątywałam rafię owijającą bukiet astrów, z którym weszłam do kuchni i walnęła mnie osa. Walnęła mnie osa! zawrzasnęłam przeraźliwie aż Dorolka zbiegła z góry z amertilem w jednej i jakimś mazidłem w drugiej dłoni. Ale ja już zdążyłam złapać dorodną cebulę, kroiłam ją na grube plastry i przykładałam je do palca, który puchł w oczach i paluchem się stawał.

Przysiadłam na kuchennych schodkach, nade mną stali współczująco mój mąż i Dorola. Na kuchennym blacie leżały rozsypane astry, obdarta ze skóry cebula i moja ręka z paluchem schowanym w cebulowych plastrach. Bardzo malownicze.

 

Się stałam małą dziewczynką... Wbiegłam radośnie do sypialni moich rodziców, tuż za progiem odbiłam się energicznie od podłogi i wylądowałam pośrodku małżeńskiego łóżka, dokładnie na spacerującą po pościeli osę. Siedzenie piekło mnie jak wszyscy diabli, darłam się, jakby mnie ze skóry obdzierali, a wyrwani ze snu moi rodzice długą chwilę dojść nie mogli, co za nieszczęście mnie dopadło.

Potem leżałam pupą do góry na kolanach mego taty, a mama układała grubo krojone plastry cebuli na piekących mnie bąblach. Pochlipywałam, ale był już we mnie spokój i ta cudowna pewność, że wszystko jest, jak być powinno i że na całe zło zawsze jakaś cebula się znajdzie.

 

Od tamtej pory wiem, że najlepsze na ukąszenia owadów są cebulowe plastry, a zapach świeżo krojonej cebuli nieodmiennie z dzieciństwem mi się kojarzy. I nawet, jak osa mnie walnie, to do pewnego stopnia jest jakoś przyjemne...

 

astry w krowie

21:24, damakier1
Link Komentarze (13) »