Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
czwartek, 25 sierpnia 2016

 

xx



818 stron!



Zapowiada się dłuższa przerwa...

 

 

xx



11:46, damakier1
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 sierpnia 2016

xx

 

Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice,

Tyle w pieśniach litewskich sławione l i s i c e,

Co są godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada,

I dziwna; żaden owad na nich nie usiada.

Panienki za wysmukłym gonią b o r o w i k i e m,

Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem.

Wszyscy dybią na r y d z a; ten wzrostem skromniejszy

I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,

Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,

Czy zimą. Ale Wojski zbierał m u c h o m o r y.



xx

 

Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku

Dla szkodliwości albo niedobrego smaku,

Lecz nie są bez użytku: one zwierza pasą

I gniazdem są owadów, i gajów okrasą.

Na zielonym obrusie łąk jako szeregi

Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi

S u r o j a d k i srebrzyste, żółte i czerwone,

Niby czareczki rożnem winem napełnione;

K o ź l a k, jak przewrocone kubka dno wypukłe,

L e j k i, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,

B i e 1 a k i krągłe, białe, szerokie i płaskie,

Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,

I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona

P u r c h a w k a, jak pieprzniczka - zaś innych imiona

Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku,

Od ludzi nie ochrzczone; a jest ich bez liku.

Ni wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy,

A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy,

Zagniewany, grzyb złamie albo nogą kopnie;

Tak szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie.


/A. Mickiewicz: Pan Tadeusz. Księga Trzecia: Umizgi./



Ja nie grzybozbieram już od dobrych dwudziestu lat. Ale od czegóż ma się ludzi...?


xx

 

xx



 



17:55, damakier1
Link Komentarze (6) »
piątek, 12 sierpnia 2016

Pojechaliśmy zaszczepić Szopka, żeby się nie wściekł.

Trochę się bałam, jak to będzie, bo Szopek już od długiego czasu chodzi na spacery najdalej do połowy ulicy i nigdzie nie bywa, a histeryczny i złośliwy zrobił się okropnie i nie wiadomo było, jak się u weterynarza zachowa. Ale jak trzeba, to trzeba...

Ubrać się w wyjściowe szeleczki pozwolił nawet dość chętnie i dość ochoczo pomaszerował do samochodu. Stanął przed otwartymi drzwiami i chyba przypomniały mu się dawne wyprawy na dalekie spacery, bo najwyraźniej miał ochotę wskoczyć do środka. Ale cóż...? Ten próg samochodu, na który jeszcze nie tak dawno zgrabnie hycał, teraz zrobił się tak okropnie wysoki, że biedny Szopek zadzierał tylko łepek wysoko w górę i stał bezradnie, czekając zmiłowania boskiego.


Wprawnym, wielokrotnie ostatnio ćwiczonym sposobem, podłożyłam jedną rękę pod szopciowy brzuszek, drugą pod pupę i zaczęłam ostrożnie unosić go w górę. Bardzo ostrożnie, bo nigdy nie wiadomo, czy podnoszony tak Szopek uśmiechnie się z wdzięcznością, czy przeciwnie – wkurzy się i walnie rękę, która go dźwiga. Poszło pomyślnie - Szopek zadowolony wturlał się na podłogę przed moim fotelem i zajął całą podłogę nie troszcząc się, gdzie postawię nogi. Pojechaliśmy.


Akcja wydobywania Szopka z samochodu na parkingu przed przychodnią weterynaryjną okazała się dość skomplikowana, bo nijak nie byłam w stanie podłożyć mu ręce jednocześnie pod brzuch i kuper i wyjąć go taką samą metodą, jaką wsadziłam go do środka. Jedyne, co mogłam zrobić, to wyciągnąć go do samego progu i prośbą i groźbą nakłaniać do skoku. Ale gdzie tam! Szopcio zapierał się wszystkimi czterema łapami i twardo mówił, że do takiego desperackiego rzucania się w przepaść nikt go namówi.

Nie miałam wyjścia! Pociągnęłam zdecydowanie za smycz i Szopcio wypadł z samochodu. Ale lądował bezpiecznie, bo mój mąż przewidująco zaparkował tak, żeby się wypadało nie na twardy beton, a na przylegający do parkingu trawnik.

Wypadłszy, Szopek się pozbierał, otrzepał i ruszyliśmy. Te jakieś 15 metrów dzielących nas od drzwi przychodni przebyliśmy w niecały kwadrans i weszliśmy do środka.

W pół sekundy Szopek wyprężył się, uszka postawił, ogonek zadarł i z zagubionego, zniedołężniałego staruszka przemienił się w dziarskiego, przystojnego pieska. I nie zdziwiłam się – od dawien dawna wiem, że Szopcio nadzwyczajnie gustuje w dużych blondynach, a tuż przed wejściem do poczekalni leżała ona:


xx



Czas w poczekalni płynął nam szybko i miło, Szopek podrywał blondynę, a ona, jako że dochodziła do siebie po narkozie i była w lekkiej malignie, przyjmowała z radością jego karesy w przekonaniu, że ma przed sobą jakiego psiego Rudolfa Valentino...

 

xx

 

xx



Czar prysnął, gdy znaleźliśmy się w gabinecie. Na stół? - spytał Szopek, gdy pochyliłam się by go podnieść i stanowczo pokręcił głową: - co to, to nie!

Trudno, będzie pani doktor musiała przykucnąć – powiedziałam, bo wiem, że gdy Szopek nie chce żeby go podnosić, to nikt go nie podniesie. Pani doktor przykucnęła, a gdy tylko wyciągnęła rękę, rozległo się kłapnięcie zębami i ledwo, ledwo zdążyła rękę cofnąć.

Siedziałyśmy obie w kucki nad złowrogo sapiącym Szopkiem nie bardzo wiedząc, co dalej. Dotknąć się nie dawał żadnej z nas i w końcu pani doktor wysłała swą asystentkę po kaganiec. Dziewczyna poszła, wróciła z kilkoma kagańcami i dopiero zaczęło się przedstawienie. Ja próbowałam Szopcia przytrzymać, pani doktor próbowała założyć mu kagańczyk, potem próbowała asystentka, potem obydwie, a w końcu mnie się udało od tyłu mu to urządzenie na ryj wcisnąć. Szopek wkurzył się tym razem nie na żarty, paszczę rozdziawił do imentu, a kaganiec zatrzeszczał grożąc pęknięciem. No to poprawiłyśmy jeszcze drugim i tak obezwładniony Szopek – w dwóch kagańcach na mordce, co sił przyciskany przeze mnie do podłogi - został zaszczepiony przeciw wściekliźnie.

Nie wiem, czy to jeszcze był sens skoro najwyraźniej wściekł się już wcześniej …?



xx



 



 

Tagi: psy
23:22, damakier1
Link Komentarze (22) »
wtorek, 02 sierpnia 2016

Jak tylko Wronka spostrzegła, że mam na szyi zawieszony aparat fotograficzny, zaraz skręciła w alejkę prowadzącą na psi wybieg. Podążałam za nią bez słowa, bo rzeczywiście szmat czasu już nie byłyśmy na wybiegu i najwyższa już była pora żeby tej samej Wronce, w tej samej pozie na tym samym daszku milionowe zdjęcie zrobić.

Doszłyśmy, otworzyłam furtkę i Wrońcia posznurowała prosto na daszek.



xx

 

Pstryknęłam, Wronka zgrabnie zeskoczyła z daszku i powędrowała sprawdzić, czy się co na wybiegu nie zmieniło. Chodziła od ławki do ławki, przystawała przed siedzącymi ludźmi w nadziei, że ją ktoś czymś poczęstuje, szukała w trawie patyków do zabawy. Psami się nie interesowała, bo to już nie te czasy, kiedy Wrona wpadała na wybieg i całe psie towarzystwo porywała do szalonego berka. Zrobiła rundę dookoła placu i położyła się obok ławki, na której siedziałam.

Zobaczyłyśmy ją jednocześnie - śliczna kosmata terierka zmierzała od furtki prosto na nas.



xx



Wronia poderwała się, wybiegła kilkanaście metrów naprzeciw kosmatej, położyła się w trawie i czekała.



xx

 

xx

 

Przywitanie było króciutkie, ledwo musnęły się nosami, a potem przypadły na łapy, podskoczyły, wywinęły młynka i pognały – kosmata przodem, a Wrona za nią. A za chwilę na odwyrtkę - Wronia przodem, a z tyłu kosmata.

Kiedy obydwie padły zmordowane przy mojej ławce, chwilę leżały bez ruchu, a potem Wrona długo coś szeptała w ryże kosmate ucho. Potem wstały i poszły w kierunku toru przeszkód. Wrona śmigała jak wiewióra po daszku i - chodź, zobacz, jakie to fajne! - namawiała, ale terierce łapy się rozjeżdżały już na samym wejściu i daszku nie zdobyła.

Za to na kładkę nauczyła ją Wronia wchodzić już przy drugiej próbie i bardzo dumne paradowały w tę i z powrotem.

 

xx



Przyglądałam się temu wszystkiemu z wielką przyjemnością, a gdy patrzyłam na roześmiany ryży pysk kosmatej koleżanki, inny kosmaty ryży pysk mi się przypominał i przez chwilę wydawało mi się, że to z naszą Dadunią Wronka na kładce stoi...

 

xx



O naszej Daduni pisałam na blogu, można wpisać Dadunia w okienko na szpalcie i się znajdzie.



xx



Tagi: psy teriery
22:41, damakier1
Link Komentarze (12) »