Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
sobota, 29 września 2012

Pierwsza przysiadła na gzymsie w przedpokoju:

 

 

Za jakiś czas natrafiłam u faceta, który na rynku handlował starociami, na malutką sówkę z brązu. Kupiłam i zaczęliśmy z mężem rozglądać się za sowami

 



 

 

 

Ta okrągła na górnym zdjęciu, to podobno gałka od łóżka, a to żelazko z sówką na dolnym – to prezent od Dorolki. Bo, gdy już miałam sów małą gromadkę, zaczęłam je dostawać w prezencie. Piękną sowę siedzącą na szklanej kuli dostałam od męża. Dorolka z Tatinkiem podarowali mi sowę tak wielką, że wylądowała na specjalnej półeczce koło kanapy, gdzie siedzi razem z drewnianą sówką od Antka.

 

 

 

I tak sowa do sowy i zastawiłam całą górę kredensu:

 

 

Oprócz figurek, mam też różne rzeczy z sowami związane.

Piękny talerz ceramiczny, ręcznie malowany, w mosiężnej oprawie:

 

 

Bransoletka:

 

 

Wisior na szyję (bardzo pięknie odrobiony, wszyscy mnie pytają, czy to rodzinna pamiątka po jakiej prababce, a w rzeczywistości kupiłam go za pięć złotych w sklepie Wszystko po 5 złotych):

 

 

Torba:

 

 

Termoforek i sówka rozgrzewająca:

 

 

Ta malutka sówka wypełniona jest czymś dziwnym. W zimowe mrozy, przed wyjściem z domu można ją na chwilę wrzucić do wrzątku, a potem wsadzić w kieszeń i rozgrzewać sobie na dworze zziębnięte ręce. Starcza na parę godzin.

 

A przed paroma dniami dostałam piękną sowę w prezencie od Ave.duce, połówki Xenofanta z Forum ze Dworum, które uważam za swój  internetowy dom.

http://forum.gazeta.pl/forum/f,89075,Forum_ze_Dworum.html

 

Sówka jest przepiękna, górną jej część można zdjąć, włożyć do środka malutką świeczkę i ustawić na stole. Jest też niezwykle cudzoziemska, bo, jak mi napisała Ave:  jest z Japonii de domo, ale przyleciała do mnie z Kanady, a kupiona na Jamajce ;)

 

 

Z Ave nigdy nie spotkałyśmy się osobiście i pomyślałam sobie, że skoro pamiętała o mym sowim zbieractwie i taką nadzwyczajną sowę, rodzinną pamiątkę, zechciała mi podarować, to najwyraźniej musiała mnie przez ten internet polubić. I ucieszyłam się bardzo, bo dowiedzieć się, że polubił nas ktoś, kogo sami bardzo lubimy – to wielka radość!

I chciałam się tą radością podzielić. Stąd się wzięła moja dzisiejsza opowieść o sowach.

 

Ave, Twoja sówka ma się dobrze.
Pozdrawiamy Cię obydwie :)

 

Tagi: sowy
23:14, damakier1
Link Komentarze (13) »
piątek, 28 września 2012

 

Różne miejsca:

 

Ognisko

 

 

Grill

 

 

 

 

Salka wykładowa

 

 

Plac ćwiczeń

 

 

 

Ogród warzywny

 

 

 

Lonżownia

 

 

 

Wejście do ujeżdżalni

 

 

Tak to wygląda dziś. A plany są ambitne i imponujące:

 

 

To, po czym razem spacerowaliśmy, przedstawione jest na pierwszym planie w kolorze zielonym.

To wszystko w kolorze czarnym, to wizja przyszłości. Nie wątpię, że będzie zrealizowana i że będziemy mieć piękne „swoje” miejsce na długie lata.

 

 

 

czwartek, 27 września 2012

Stajnie.

Sfotografowałam tylko stajnie, ale jest jeszcze ujeżdżalnia i lonżownia.  Budynek lonżowni pokażę jutro, a ujeżdżalnia była zamknięta, więc tylko opowiem, jak zapamiętałam z zeszłego roku. Cały środek budynku zajmuje wysypany piaskiem plac, tak ogromny, by konie mogły dobrze się rozpędzić i przetrenować wszystkie rodzaje końskiego chodu od stępa po cwał. Najciekawsze jest to, że wszystko, co dzieje się w ujeżdżalni można obserwować  z przylegającej do niej restauracji. Tuż przy barze urządzona jest galeria, której jedna ściana ma okna wychodzące na plac treningowy. Można sobie siedząc przy stoliku podziwiać trenujące konie.

A to są stajnie:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jutro będzie cz. 4. i ostatnia.

 

Tagi: Stajnie
21:01, damakier1
Link Komentarze (6) »
środa, 26 września 2012

Nacieszaliśmy się Franią i nacieszali, aż się nacieszyliśmy i powędrowaliśmy dalej. Najpierw do wielkiego budynku, gdzie w zagródkach  mieszkały: osiołek, cielaczki, spasione niemożebnie świntuszki wietnamskie i dziwne, czterorogie owce. Całe to towarzystwo witało się z nami entuzjastycznie i pchało się z pyskami do głaskania. Tylko świnki wcisnęły się w najciemniejszy kąt zagródki i dlatego ich zdjęcie jest dość beznadziejne.

 

 

 

 

 

Wyszliśmy z budynku i rozleźliśmy się po całym terenie. Choć w sumie całość nie jest taka znowu wielka, krajobraz zmieniał się co chwilę tworząc małe enklawy, a w nich znowu spotykaliśmy zwierzęta:

 

 

 

 

 

 

 

 

A jakby tego było mało, wysoko nad nami leciał  klucz dzikich gęsi.

 

 

A całym dobytkiem rządził kot Maniek. Też norweski, jak Karolek.

 

 

Jutro cz. 3. - Stajnie.

 

 

 

21:17, damakier1
Link Komentarze (8) »
wtorek, 25 września 2012

Przyjechała amerykańska siostra Tatinka i uznaliśmy, że to dobra okazja, by znów odwiedzić Folwark Skarbimierz.

 

 

 

Pogoda była piękna, jak w zeszłym roku, gdy byliśmy po raz pierwszy, tyle że już po sezonie, więc kawiarnie i restauracja nieczynne. Ale za to teren bardzo się powiększył i nowych zwierząt sporo przybyło. Zaraz za bramą, po lewej stronie jest królestwo nutrii,  a po prawej  miasteczko królików:

 

 

 

 

 

Tuż obok są budynki ze zwierzętami, ale my zostawiliśmy je sobie na później i śpiesznie popędziliśmy odwiedzić Franię, szopkę-praczkę, która w zeszłym roku zachwyciła nas i oczarowała:

 

 

 

 

O pierwszym naszym spotkaniu z szopką-praczką Franią można przeczytać tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Szop-pracz.html

 

Reszta folwarcznych zwierząt będzie w cz. 2., jutro.

 

Narobiła zamieszania Maniusia, oj narobiła! A wszystko nie tak jest, jak sobie wyobrażaliśmy. Przede wszystkim, pomni jak to się Franio na długie tygodnie wyprowadził nastaniem Karolka zdegustowany, najbardziej o niego się martwiliśmy i długo przed nim obecność Maszki ukrywaliśmy. Tymczasem, gdy drzwi Maszeńce na stałe otworzyliśmy i z całym zwierzyńcem się poznała, najprędzej właśnie z Franiem się dogadała. Nie, żeby od razu jakaś przyjaźń, ale jeden Franek na Manię nie nafukał i nawet z jednej miski zgodnie z nią zajada, co nigdy przedtem z żadnym kotem mu się nie zdarzyło.

A Zima przez tę Mańkę się na Dorolę obraził! Wcale na górę chodzić nie chce, kręci mi się na dole pod nogami, w oczy zagląda i  użala się pomiaukując żałośnie, że sobie jego pani jakąś pstrokatą chudzinę sprowadziła. Z Dorolą wcale gadać nie chce i mocno się ona musi naprosić, żeby choć spać na górę na noc poszedł. Najwięcej zrozumienia i pociechy Zimek u Szopka znajduje i jak już mu bardzo smutno, to właśnie do niego idzie na czułe mizianki.

 

 

Najwięcej zamieszania się narobiło z nakarmieniem całego kociego towarzystwa. Masza, póki zamknięta była, jadała osobno to, co jej Dorolka wydzieliła. Musiała mieć wydzielane, bo wcinała jak bulimiczka ile się dało aż zwracała to, co się już nie mieściło. A kiedy po całym domu swobodnie chodzić zaczęła, kocia stołówka, w której zawsze jest sucha karma stanęła przed nią otworem. No i Maszka nic, tylko stołować się dzień cały chodziła. Mało tego, pędziła też ilekroć usłyszała, że się któremuś kotu „mokre” z puszki nakłada. Jak wypadało na Franka – zajadały razem, a Pan Czesio i Zimka kociczce ustępowały i głodne od miski odchodziły. Karolek jeden od miski nie dawał się jej odpędzić, ale on i tak głównie u mnie, na przyzlewnej półeczce jada. Skutek jest taki, że teraz w kociej stołówce nic do jedzenia stać nie może, Dorolka pilnować
musi kiedy jaki kot do domu przychodzi, Maszkę łapać, zamykać  i dopiero kota karmić. A jak z jednym się to wszystko przetoczy, to przychodzi drugi i trzeci...  Pocieszam Dorolkę, że Wrona też na początku tak potwornie żarłoczna była, a jak się trochę podtuczyła i kondycji nabrała, wszystko wróciło do normy. Maszeńka też odżywić się porządnie i kociego ciała nabrać musi. Ale na razie jest cieniutka, jak niteczka.

 

01:08, damakier1
Link Komentarze (10) »
niedziela, 23 września 2012

 

Dzisiaj na spacerze, gdy tylko do wiadomej działki z Wroną się zbliżyłyśmy, zaraz zza węgła wyskoczyła kura i  jak rozpędzona lokomotywa do płotu pędziła. Wściekła taka, że z grzebienia już z daleka czerwona łuna jej biła. Nastroszona, jak nie wiem co, do płotu przypadła, jedną tylko żądzą ogarnięta, by mnie z Wronką na śmierć zadziobać. Odważne za solidnym płotem, nic sobie z tego nie robiłyśmy, a nawet trochę sobie pokpiwałyśmy z bezsilnej zajadłości kury.

 I wtedy z domku na działce wyszedł gospodarz. Przepędził kurę od płotu, chwilę pogadaliśmy i wyjawił nam o niej całą prawdę. Otóż to wcale  nie jest kura, tylko kogut!

 

 

Poprzednie spotkanie z kurą, a właściwie z kogutem, jest tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/09/Wkurzona-kura.html

I tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/09/Polowanie-na-kure.html

 

Tagi: kogut kura
11:32, damakier1
Link Komentarze (10) »
piątek, 21 września 2012

Blisko mego domu są działki, gdzie chadzamy z Wronką na spacery. Działki nie byle jakie, bo imienia aż samego Tadeusza Kościuszki! Gdyby Kościuszko zechciał patrzeć na nas z Nieba, to w ten ostatni dzień lata widok na działki miałby taki:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 





 

środa, 19 września 2012

Co to robale – jest tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/tagi_b/96031/robale.html

 

Kupiłam wczoraj na szmatach nowego robala. Uśmiechał się do mnie z okiennego parapetu, nad główką zawadiacko sterczały mu różki, albo może czułki, zakończone zielonymi kuleczkami. I to już było wszystko, bo poza główką i różko-czułkami nic więcej robal nie miał. Od razu pomyślałam, że będzie świetny dla Wronki, bo jak piłkę do aportowania rzucać go można jej będzie.

 

O, robal! Robal! - zawołała Wrona ledwo tylko weszłam do domu. Jak zwykle, nie wiadomo skąd wiedziała, że prezent jej niosę, zanim zdążyłam otworzyć torebkę. Pyrgała mnie niecierpliwie nosem, podskakiwała, a kiedy wreszcie wyciągniętego z torby robala podrzuciłam wysoko w górę, śmignęła błyskawicznie i zgrabnie w locie go pochwyciła. Złapanego już nikomu tknąć nie pozwoliła, tylko obnosiła go w pysku po całym domu i ogrodzie, podrzucała i łapała, albo groźnie warcząc potrząsała nim z całych sił, jakby mu chciała przetrącić kark, którego nie miał.

 

 

Przygotowałam obiad i siedliśmy na werandzie, bo dzień był  piękny i ciepły. Jedliśmy pogadując i gapiąc się na rozsłoneczniony ogród, gdy nagle spod stołu rozległ się przeraźliwy śmiech, donośny niebotycznie i tak zaraźliwy, że choć w pierwszej chwili aż podskoczyliśmy wystraszeni, zaraz sami równie głośno i głupio rechotać zaczęliśmy. Zajrzeliśmy pod stół, a tam robal aż się zatacza i śmiechem zanosi, czułkami, czy tez różkami wywija we wszystkie strony, a w dodatku w zielonych kuleczkach czerwone światełka mu mrugają! Wronka siedziała lekko skonfundowana, głowę raz w prawo, raz w lewo przechylała szalonego śmiechu słuchając i nie bardzo wiedziała, czy robala złapać, czy raczej wycofać się z godnością. W końcu robal się wyśmiał, czerwone lampki mu zgasły, zielone różki oklapły i zamilkł. A mój mąż oszalał – rzucił się pod stół, robala Wronie sprzed nosa złapał i gorączkowo nim  miąchać i naciskać go na różne sposoby zaczął. Bardzo szybko upiorne śmianie znalazł i z powrotem uruchomił, a kiedy się skończyło, uruchomił znowu, i znowu, i znowu...

Wronka z początku próbowała robala odzyskać, ale mąż mój ani myślał go jej oddawać i sam bawił się w najlepsze. A gdy mu powiedziałam, że chyba zgłupiał, odparował bezczelnie – A kto go kupił?

Ciężkie to było popołudnie i wieczór, bo albo mąż mój, albo Wronka w najmniej spodziewanych momentach robala włączali i cieszyli się, jak dwa głupki, a ja podskakiwałam, jak trzecia kretynka, bo zawsze mnie nagły rechot zaskakiwał i przestraszał. Zabrałam go wreszcie i schowałam, żeby nas upiorny śmiech w środku nocy nie obudził, gdyby sobie Wronka o nim przypomniała. I tak go znalazła, ale szczęśliwie nie włączyła przez noc ani razu, a dzisiaj już się oboje trochę włączaniem śmiechu  znudzili i tak nie szaleli. Czasem tylko, gdy Wronka robala niosąc zębem na śmiechowy włącznik natrafiła, rozlegało jej się z pyska to rechotanie straszliwe. I mężowi mojemu jeszcze czasem wpadało do głowy, by robala włączyć. Ale to już nie to, co wczoraj się działo. No i ja już się przyzwyczaiłam. Dało się przeżyć.

00:32, damakier1
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 17 września 2012

 

Niby wszystko idzie zgodnie z planem – byli dziś rano z Masią u weterynarza i wszystko dobrze. Maszeńka zdrowa, troszkę już podtuczona no i  jutro rano ją zawożą do sterylizacji. Jak ta drobinka zniesie narkozę i operację, dużo przecież poważniejszą, niż kocurów kastrowanie?
No, zniesie, zniesie. Tak, jak tysiące kotek przed nią zniosło i tysiące po niej znosić będą – odpowiadam sama sobie i zaraz samo mi się dopowiada –  Ale żadne inne takie maciupeńkie nie były....

Dobrze chociaż, że zabieg rano, a odbierać Maszkę wieczorem dopiero będą,  już porządnie  wybudzoną. Przynajmniej  nie będzie w domu przez cały dzień leżeć jak zmięty gałganek tak, jak  z Karolkiem było. Już  znowu warować i w nerwach czekać, czy oko otworzy i na łapki wstanie, drugi raz bym nie chciała. 

Siedzę tak  i kombinuję, podczas gdy Mania, niczego nieświadoma śpi w łóżku Antka na górze. Nic nikomu nie mówię, bo już i bez tego cała rodzina za czarnowidztwo mnie tępi. Szczęście, że tego bloga mam, to sobie  to napisałam i przeczytałam. A jak przeczytałam, to sama zobaczyłam, jakie głupoty wypisuję. Bo wszystko się dobrze skończy i Maszka cała i zdrowa jutro wieczorem będzie w domu.
Prawda?

 

 
1 , 2