Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
niedziela, 29 września 2013

Fajnie było latem ze zrybkami, ale teraz, kiedy chłodne jesienne dni nastały, coraz częściej  ja na mojego męża, a mąż na mnie zaczęliśmy spoglądać, które pójdzie po rannej rosie zrybki nakarmić. I dzisiaj powiedziałam, że nie ma co czekać – pogoda piękna, sąsiedzi są w domu – niech je mąż łapie i,  jak było umówione, sąsiadom zaniesie.

Spodziewaliśmy się, że łatwo się zrybki złowić nie dadzą i szykował się na nie mój mąż niczym Santiago na marlina, a tu wystarczyło dwa razy sitkiem machnąć i już siedziały w wiaderku.

 

machanie sitkiem i...

 

najpierw jedna

 

potem druga

 

i obydwie

 

Przeprowadziliśmy małą debatę, jakby tu je oznaczyć żeby wiedzieć, które na wiosnę odbierać – czy zakolczykować, czy podpisać, czy może odcisk płetwy zrobić, aż mnie olśniło, że przecież niczego robić nie trzeba, bo przecież zrybki to zrybki, a rybki to rybki i zawsze łatwo się odróżni. No to poszliśmy. Wychlupnął mój mąż zrybki z wiaderka, zatrzymały się przez moment w kępie wodorostów, ani się za nami nie obejrzały i poooszły!

 

Chlup!

 

w wodorostach

 

popłynęła pierwsza

 

popłynęła druga

 

A tak wygląda ta emigracja, którą zrybkom załatwiliśmy. Obawiam się, że już na ogrodu naszego łono wiosną wrócić nie zechcą.

 

nowe koleżanki

 

nowy wspaniały świat

 

czwartek, 26 września 2013

Włączyłam sobie sobotnim rankiem telewizor, a tu na ekranie napis: brak sygnału. No to pstrykam pilotem od dekodera i pstrykam, a brak sygnału jak na ekranie siedział, tak siedzi.
Zawołałam męża. Pooglądał telewizor od tyłu, czy się końcówka od dekodera z gniazdka nie wysmyknęła, ale nie. W szafce, na której stoi telewizor jest malutka półeczka, akurat na dekoder  –   wyciągnęliśmy go, a na samym wierzchu wielka kałuża. Ewidentnie na-szcza-ne!

 

Karolek na czatach

 

A to ryży skur...!  -  zawołał mój mąż, a ja natychmiast odparowałam: Karolek na pewno nie! To Franek. - Na pewno Karol, na to mój mąż, on teraz ciągle rano na oknie siedzi. Zresztą gdyby to Franek, to by śmierdziało. Faktycznie, Franio jak już gdzieś nasika, to czuje się od razu. Ale jak ktoś na oknie siedzi, wcale nie znaczy, że w pokoju sika. W takim razie stwierdziliśmy, że to Zima.  -   Zima???? Nigdy w życiu!  -   krzyknęła zaraz z góry Dorola i musieliśmy jej rację przyznać, bo Zima tylko z dworu na górę przez przedpokój się przemyka i na pokoje prawie nie zagląda. Ostatecznie stanęło na Panu Czesiu.

 

Zimka

 

Całą sobotę i niedzielę nie mieliśmy telewizji i całą sobotę i niedzielę wymyślaliśmy, co Pana Czesia za to szczanie spotka: nie damy mu jeść ani pić, nie wpuścimy do domu i nogi z dupy mu powyrywamy! A, że cień niepewności, czy to aby na pewno Pan Czesio zawinił, w nas drzemał – dla sprawiedliwości postanowiliśmy tak zrobić z całą resztą.

 

Franio i Pan Czesio

 

W poniedziałek zadzwonił mój mąż w sprawie kupna nowego dekodera, a miły pan konsultant sprawdził nasz numer abonenta, stwierdził, że nasz dekoder jest jeszcze na gwarancji i kazał przyjść, wymienić go na nowy. Tak też się stało. I tylko dlatego te koty z życiem uszły.

 

Tagi: dekoder
23:12, damakier1
Link Komentarze (21) »
sobota, 21 września 2013

obserwują nas ptaki

 

Szumi zarośnięta strużka

 

Mijają nas nie tylko psy:

 

One też na psi wybieg?

 





17:12, damakier1
Link Komentarze (16) »
czwartek, 19 września 2013

Zaledwie wczoraj Karolek od czarnego Maksyma wpiernicz, jak w kaczy kuper brał, jeszcze się po ogrodzie powyrywane ryże kłaki szwendają, a już dzisiaj, ledwo oczy otworzyłam i w okno spojrzałam,  co zobaczyłam???

 

Karolek wisi

 

W te pędy na drugą stronę ulicy pobiegłam z bliska zobaczyć, jak naprawdę sytuacja wygląda i czy jeszcze dla nieszczęśnika jaka szansa została. Zadarłam głowę do góry i widzę, że wisi ta nieszczęsna kocina w dwie gałęzie zakleszczona. Wysoko. Bardzo wysoko. Łeb na dół spuścił i gapi się na mnie z góry, jak cielę na malowane wrota.

Męża mojego nie było w domu, ale na szczęście przed chwilą właśnie pojawił się Tatinek i zaraz do akcji ratowniczej go ściągnęłam. Poszliśmy najpierw do garażu po drabinę. Trochę trwało, bo trudno ją było zza samochodu wyciągnąć, ale jakoś poszło i zataszczyliśmy drabinę pod drzewo. Karolek w górze tak jak go zostawiłam, tak tkwił nadal.

 

wisi nadal

 

Jeszcze się trochę pomęczyliśmy z rozstawieniem drabiny, Tatinek  dzielnie się wspiął i Karolka wyswobodził.

 

Tatinek w akcji

 

już po wszystkim

 

 

Chwała Bogu, że już Gropa z urlopu wróciła, bo nie wiadomo, w jakie by tu jeszcze tarapaty popadł Karolek bez jej czujnej opieki.

 

 

PS. Gdy mąż mój do domu wrócił  i tę historię mu opowiedziałam, tryumfował bardzo: widzisz, a tak nie chciałaś  kupić tej drabiny! Faktycznie, bardzo się ta drabina przydatna okazała. Na razie wyłącznie do ratowania kotów.

 

23:13, damakier1
Link Komentarze (15) »
środa, 18 września 2013

Strzygłam żywopłot na tyłach ogrodu, gdy zza płotu rozległ się łomot i przeraźliwy wrzask koci. Oho – pomyślałam – kot sąsiadki jakiemuś intruzowi wpiernicz spuszcza! Ten kot to ogromne czarne kocisko, któremu jego właścicielka, stuletnia już prawie matrona o rosyjskich korzeniach, nadała dźwięczne imię Maksym. Wieść gminna niesie, że to na cześć rosyjskiego pisarza Maksyma Gorkiego, ale nie wiem, czy to prawda. W każdym razie, każdego wieczoru  rozlega się na całe Pogodno dźwięczne, śpiewnie z rosyjska zaciągane zawołanie: Maksim...! Maksiim...! Maksiiim...!!! - to sąsiadka czarnucha do domu zwołuje.

Kocia awantura robiła się coraz większa, wrzaski zza płotu dobiegały coraz głośniejsze, ale nie przejmowałam się tym zbytnio dopóki nie spojrzałam pod krzak tui, pod którym jeszcze niedawno śpiącego Karolka widziałam. No właśnie – widziałam! Teraz Karolka pod tują nie było. Natychmiast mi się to wszystko podobać przestało. Zaczęłam odgarniać gęste gałęzie żywopłotu by coś w sąsiednim ogrodzie dojrzeć, ale gdzie tam! Tylko wrzaski i parskania słyszałam przeokropne.

W końcu, gdy  mały prześwit udało mi się znaleźć, awantura nagle ucichła i na ścieżce ukazał się Karolek. Nie, nie niósł nad sobą powiewającego dumnie ogona. Przeciwnie, wlókł go za sobą niczym rozwiązane sznurowadło. Łeb miał nisko zwieszony, spluwał czymś zawzięcie, a nad nim, dookoła unosiły się fruwające w powietrzu rude kłaki. Karolku! - zawołałam serdecznie, lecz ani głowy nie podniósł, ani nie spojrzał, ani kroku nie przyśpieszył... Łapa za łapą dowlókł się do płotu, usiadł i wtedy dopiero smętnie spojrzał na mnie po czym okropnie się rozkaszlał. Kaszlał i kaszlał i pluł dookoła wyrwanymi kłakami. Aż mi serce pękało na widok tego nieszczęścia choć pewną pociechą było, że wśród wypluwanych kłaków były i czarne.

Ponawypluwał Karolek, co tam miał do wyplucia i wtedy dopiero łeb do góry zadarł i zamiauczał. No i mieliśmy problem, bo siatka gęsta, płot wysoki i jak ma biedny Karolek do domu wrócić? Zupełnie nie wiedziałam, jak mu pomóc. Jedynie przemawiać czule mogłam i zapewniać go, że wstrętnego Maksyma przepędzę jeśli tylko na ścieżce się pokaże.

I trwaliśmy tak czas jakiś w tej mocno patowej sytuacji – on markotnie pod płotem siedzący i ja bezradne słowa pociechy mu mówiąca, gdy nagle Karolek przycupnął troszeczkę i jednym pięknym, miękkim susem przesadził wysoki płot i wylądował obok mnie na trawniku. Ogon natychmiast mu spuszyściał i wystrzelił w górę, głowa uniosła się dumnie nad grzbietem i Karolek dziarskim krokiem poprowadził mnie do kuchni. Tam zaraz wskoczył na przyzlewną półeczkę, a kiedy jadł, pozaczesywałam mu „na pożyczkę” wszystkie łyse placki po wyrwanych kłakach.

I żaden nasz kot o tej strasznej Karolka przygodzie nawet się nie dowiedział.

 

W tym wpisie nie umieszczam żadnego zdjęcia. Taka podła, żeby sponiewieranego Karolka całemu światu pokazać, to już nie jestem.

 

23:32, damakier1
Link Komentarze (17) »
niedziela, 15 września 2013

Z całego roku najbardziej lubię końcówkę lata. Wszystko jest spokojne, dojrzałe i stateczne. Takie, jakie miało być. Zieleń osiąga ten stopień zieloności, do którego od początku wiosny zmierzała, a co miało być czerwone, czerwienieje najpiękniejszą czerwienią.

 

nie wiem, jak sie ten krzew nazywa

 

czerwona miechunka

 

ognik

 

Ogród teraz najwięcej wytchnienia daje – trawa rośnie nieśpiesznie i ciągłego koszenia się nie domaga, ranna rosa, nawet gdy deszcz długo nie pada, z powodzeniem kwiaty na rabatach napoi i podlewaniem głowy sobie nie trzeba zawracać. Starczy od czasu do czasu tu coś skubnąć, tam przyciąć, ówdzie podgrabić i już można z kawką w słoneczku się rozsiąść, plusku wody w oczku posłuchać i na zrybki popatrzeć.

 

zrybki

 

W ogrodzie jest jeszcze dużo kwiatów, ich kolory i zapach żadnych myśli o jesiennych słotach, chłodach i o nieuchronnym czasu przemijaniu nie dopuszczają. Słońce grzeje akuratnie tak, jak trzeba. Nie męczy upałem, można sobie siedzieć długo, pogadywać spokojnie o tym i owym, a jakby się za ciepło zrobiło, starczy dwa kroki do cienia przejść i dalej się lenistwu oddawać.

 

lawenda

 

to nie wiem co

 

A jeśli się komu podziwianie dorodnej roślinności znudzi, może sobie popatrzeć na kota.

 

Śpiącego:

 

Karolek śpi

 

Albo czuwającego:

 

Pan Czesio czuwa

22:36, damakier1
Link Komentarze (15) »
czwartek, 12 września 2013

Przez długi czas nasza weranda się marnowała. Niby latem jakiś stolik i foteliki tam stały, niby jakąś kawę się od czasu do czasu na niej wypiło, a nawet i obiad zjadło, ale dość zapuszczona i paskudna była. Ciągle mówiliśmy, że trzeba by było za tę werandę się zabrać, ale najpierw, wiadomo – niczego kupić nie było można, a potem zawsze jakieś pilniejsze wydatki były i doczekać się remontu weranda nie mogła. Aż w końcu mój mąż powiedział, że już na to wstrętne lastryko, jeszcze „za Niemca” kładzione, patrzeć nie może i kiedy zobaczyliśmy w „Castoramie” tanie i bardzo ładne płytki, zaraz kupiliśmy i mąż nową podłogę na werandzie położył. Jak nowa  podłoga, to i nowe malowanie. Jak świeżo pomalowane, to i na ścianę by się coś przydało. Wypatrzył mój mąż piękny duży kafel – ni to w meksykańskim, ni to  w peruwiańskim stylu - oprawił i na ścianie werandy powiesił. Tatinek stary samowar nam z dawnego swego domu przytaszczył, ja  doniczki kupiłam i kwiatki poustawiałam. I tak, ani się spostrzegliśmy, jakeśmy na tle przyozdabiania werandy doznali pierdolca. Od Doroli ze strychu podwozie starej maszyny do szycia ściągnęliśmy na śliczny stolik podręczny. Mąż wynalazł w piwnicy mosiężną wagę, która Bóg wie, ile tam przeleżała, wybłyszczył ją, na ścianie zawiesił i za kwietniczek na lobelie przez lato nam służyła. I nawet do tego się mój mąż w zdobniczym zapale posunął, że umocowany na ścianie alarm strzegący garażu, zamiast zwykłą skrzyneczką, zasłonił zmajstrowanym przez siebie domkiem dla ptaków. A przed wejściem do domku, na żerdce posadził jedną z moich sów!

Już wtedy zaistniała obawa, że się wkrótce pod granicę wybierzemy na specjalny jarmark dla Enerdowców i gipsowego krasnala przywieziemy. Ale wszystko dobrze szło dopóki mi kuzynka torebki nie podarowała. Torebka ze szmateksu, bardzo ładna i oryginalna tyle, że przy zamknięciu umocowane miała takie coś ohydne. Wcale to to nie pasowało do reszty. Ciężkie, toporne, z jakiegoś błyszczącego metalu – najbardziej kłódkę przypominało. Prezent wzięłam, nic nie powiedziałam, bo darowanej torebce nie zagląda się w zęby, ale od razu sobie pomyślałam, że to ohydne wywalę.

No i poszedł mój mąż do piwnicy, do warsztatu, to coś od torebki odłączyć. Po chwili wrócił, wszedł na werandę z torbą w jednej a cosiem w drugiej ręce i już miał wejść do kuchni, by cosia do śmieci wywalić, gdy zauważył mały gwoździk. Tkwił ten mały, pusty gwoździk w ścianie werandy, tuż przy drzwiach. To co zrobił mój mąż? - tę ohydkę na nim zawiesił. - Zgłupłeś chyba! - zawołałam, ale mój mąż powiedział, że bardzo ładnie tak jest i ma wisieć, to nie utonie.

 

to coś

 

No i dobra, pożartowaliśmy, pośmialiśmy się i to coś wisiało sobie do wieczora i na noc zostało.

Rano, przy śniadaniu pomyślałam, że trzeba by to zdjąć, ale potem zajęłam się czymś innym. Dopiero pod wieczór mi się przypomniało, to coś zdjęłam i na ścianie zrobiło się tak okropnie pusto, że natychmiast powiesiłam z powrotem. I kupę radości z tego cosia odtąd mieliśmy. Jaki to on ohydny sobie opowiadaliśmy i że tylko tak dla zgrywy, na chwilę wisi – oko do siebie puszczaliśmy.

Wróciła z wakacji Dorola z Antkiem i jako suwenira przywieźli nam śliczne holenderskie wiatraczki na małych kafelkach namalowane. Właśnie z myślą o naszej  werandzie je kupowali i zaraz poszliśmy odpowiedniego miejsca dla nich szukać.

Wiadomo, że Dorolka za artystyczną duszę w naszym domu robi, toteż ledwo to takie coś na ścianie zobaczyła, najpierw oniemiała, a za chwilę – coście tu powiesili??? - zapiszczała. Natychmiast ruszyliśmy z mężem do boju: Bardzo to jest ładne – oświadczył mój mąż. I bardzo tu pasuje – dodałam ja. A kiedy Dorolka stwierdziła, że – chyba nie mówicie tego poważnie – i dorzuciła – zdejmijcie to! - stało się jasne, że póki my żyjemy, to coś takie ohydne na werandzie wisieć będzie!

 

kafel

 

domek dla sowy

 

się nazbierało...

 

widok ogólny

Tagi: weranda
01:10, damakier1
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 09 września 2013

W komentarzu do ostatniego wpisu Gropa napisała:

Damo droga, w środę udaję się na wywczasy i będę odcięta od Karolka. Poproszę więc o zdjęcie kota cud urody (wiesz o kogo mi chodzi :)) na drogę, bo inaczej będę miała zepsuty urlop. Dziękuję.

Takiej prośbie nie sposób odmówić, siadłam więc przed komputerem i zdjęcia Karolka zaczęłam przeglądać. Dużo tego się nazbierało, wybrać było trudno i zawołałam Karolka na pomoc. Przyszedł, popatrzył i jak się nie żachnie! - To ty jakimś starym zdjęciem chcesz się wykręcić??!! Zeskoczył z biurka bardzo oburzony, stanął przed lustrem, włos zaczesał, wąsa podkręcił, usadowił się na stole na werandzie i fotografować się mi kazał.

Gropo Najmilsza! Urlopuj sobie jak najlepiej i wypoczęta i zadowolona wracaj na bloga mego łono.

 

Gropo baw się dobrze ;)

 

Karolek

21:21, damakier1
Link Komentarze (17) »
sobota, 07 września 2013

Pan Czesio 

 

Robi się coraz chłodniej, zmierzch zapada wcześniej i nawet Pan Czesio, który całe letnie noce przebalować potrafił, woli teraz wieczorem telewizję spokojnie w domu pooglądać. Jak mnie tylko w fotelu  przyuważy, zaraz na kolana mi wskakuje, układa się wygodnie i oglądamy razem. Bardzo to przyjemne jest, bo w kolano, które jeszcze ciągle mi dokucza, fajnie mnie grzeje no i jest z kim komentować  te głupoty, które w telewizorze wygadują. To znaczy – jest przyjemne do czasu. Bo Pan Czesio przez chwilę tylko leży spokojnie i zaraz mruczeć zaczyna. Zrazu lirycznie, potem głośniej i głośniej, aż w zmysłowe tony popada i tak się tym mruczeniem roznamiętnia, że zaczyna się przeciągać, szponiaste ręce przed siebie wyciąga i w końcu wbija mi pazury w nogę. Jak je już porządnie zakotwiczy, wtedy rytmicznie łapami przebierać zaczyna, na co podobno kociarze mówią, że kot ciasto miesi. Z początku lekkie tylko ukłucia czuję, ale w miarę, jak Pan Czesio coraz głośniej swe mruczando wyśpiewuje i coraz mocniej oczy przymyka, pazury wbijają mi się w nogę niczym sztylety i wrzeszczeć z bólu zaczynam, co niczego nie zmienia, gdyż Pan Czesio najmniejszej na to nie zwraca uwagi. Pozbyć się go w żaden sposób nie mogę, bo ucapia się mojej nogi tak mocno, że połowę uda musiałabym sobie razem z nim wyrwać. Jedyne, co mi pozostaje, to pilotem od telewizora ile sił Pana Czesia w łeb walnąć. Dziś wieczorem już drugiego pilota połamałam. Chyba sobie obok telewizora położę dyżurny młotek.

 

na razie mruczy

 

już sie roznamiętnił

00:27, damakier1
Link Komentarze (24) »
czwartek, 05 września 2013

Kiedy pisałam, jak byliśmy z Szopkiem u doktora, nie napisałam o najważniejszym. Ten kaszel i całe to chorowanie mało ważne się okazało, a nakrzyczała na mnie pani wetka strasznie za to, że Szopek taki gruby jest. Sama wiem, że jest za gruby i już nieraz postanawiałam sobie żeby go jakoś odchudzić. Tyle, że postanawiałam, postanawiałam i tak jakoś schodziło... Ale teraz, kiedy mnie tak okropnie pani wetka skrzyczała (a moralne prawo miała, bo sama jak niteczka cienka była) postanowiłam już naprawdę poważnie. Zaraz po przyjściu do domu cały internet przeszukałam w poszukiwaniu karmy takiej, co to by dla piesków starych, małych i grubych jednocześnie była najlepsza. Jak już znalazłam, poszłam do zaprzyjaźnionego sklepu zoologicznego, żeby mi niedużą paczkę sprowadzili na próbę, czy Szopek będzie jadł.
Dzisiaj karmę ze sklepu odebrałam. Tylko niech pani mu daje dokładnie według zaleceń producenta i ani grama więcej – nakazała pani wetka, gdy o zamiarze kupna specjalnej na odchudzanie karmy powiedziałam i to samo powtórzyła sprzedawczyni w sklepie. No to przeczytałam na opakowaniu, co tam zalecają i przy pomocy wagi elektronicznej, odważyłam skrupulatnie co do grama i nasypałam Szopciowi do miseczki. Szopek jadł.  Zjadł i popatrzył wymownie raz na mnie, raz na pustą miseczkę. Byłam jak głaz. Szopek, jeszcze w dobrym humorze, podreptał do miski Wrony. Tak robi zawsze, bo Wrona ma bardzo skomplikowany system spożywania posiłków – mniej więcej połowę zjada normalnie – chap, chap, chap – a później roznosi wyciągnięte z miski chrupki po całym mieszkaniu, układa z nich przeróżne wzory, potem chodzi od jednej kupki do drugiej, część chrupek zjada, część tylko przestawia i ma z tym tyle roboty, że w międzyczasie Szopek zdąży pozostawione w misce chrupki wtranżolić. I teraz był pewien, że sobie od Wronki doje, a tu dupa, sałata! - miska na wiaderku z psim żarciem stoi i za wysokie progi na Szopka nogi!

 

to dla Szopka za wysoko

 

Westchnął na to Szopcio ciężko i podreptał do łazienki napić się wody. Ułożył się na dywaniku  na poobiednią drzemkę, a gdy się obudził, mocno nerwowo się zrobiło. Co się kto ruszył, Szopek przed niego wypadał i do kuchni prowadził. Mnie na różne sposoby próbował  do lodówki zaciągnąć, a w oczy patrzył mi z takim wyrzutem, że aż mi się słabo robiło. Już mi się sama ręka do drzwi lodówki wyciągała, ale zaraz mi się surowa pani wetka przypominała i złamać się nie dawałam. W końcu, gdy mi Szopek oświadczył, że za chwilę na środku kuchni z głodu zdechnie, uległam i na pocieszenie dałam mu marchewkę do pochrupania. A co to ja, osioł jestem? - zapłakał, ale marchew wziął...

 

marchew? dla psa???

 

beznadziejnie.... 

 


 

 

 
1 , 2