Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
niedziela, 28 września 2014

Pan Czesio postanowił zadbać przed zimą o swą kondycję fizyczną i uczęszcza na siłownię:

 

Raz...!

 

... i dwa!

 

/fot.: dorola/

Tagi: koty
21:55, damakier1
Link Komentarze (14) »
piątek, 26 września 2014



Julian Tuwim: Skakanka

"Żeby kózka nie skakała,
Toby nóżki nie złamała".
Prawda!

Ale gdyby nie skakała,
Toby smutne życie miała.
Prawda?



Wracałyśmy z Wronką z długaśnego spaceru idąc skrajem ruchliwej drogi, przy której z jednej strony jest stadion „Arkonii”, a z drugiej stoi drewniana karczma. Przy karczmie jest letni ogródek, a obok zobaczyłam jakąś dziwną, niewielką klatkę z usypaną górką kamieni pośrodku. Tuż przy klatce Wronka się srodze najeżyła, a na górkę kamieni wyhycnęła z komórki kózka. Afrykańska, taka, jakich wiele widuje się w ogrodach zoologicznych.

Niepotrzebnie się Wronka wystraszyła i futro stroszyła, bo kózka bardzo sympatyczna się okazała i, najwyraźniej towarzystwa spragniona, koniecznie się chciała z nami zaprzyjaźnić. Zasmuciłam się i żal mi się kózki zrobiło, bo choć niby ciepłą komórkę przy klatce miała, wikt i opierunek zapewniony i jeszcze tę kupkę kamieni na osłodę, to w tej ciasnej klateczce, tuż przy ruchliwej ulicy i wielkim parkingu, sama jedna - na pewno szczęśliwa nie była.

Tak sobie dumałam, a tymczasem kózka tuż do samych krat klatki podeszła i wroni nos, między pręty wsunięty, skrupulatnie obwąchiwała. Wronka już się nie bała, futrzasty swój kołnierz wygładziła i też kozi nos wąchała z zapałem, by się lepiej nawzajem poznać mogły.

Widać było, że bardzo sobie do gustu przypadły. Ledwo Wronę od klatki odciągnęłam, wcale iść dalej nie chciała, przystawała co krok i oglądała się za biedną kózką, smętnie patrzącą za nami ze swego kamiennego pagórka.

 

ostrożne podejście

 

troszkę śmielej...

 

... i już się znamy

 

To było dość dawno, dobrych parę tygodni temu. A przypomniało mi się w związku z tą paranoiczną histerią wokół poznańskich osiołków. Bo w całej tej historii najbardziej przykro mi się zrobiło, kiedy już nastąpił happy end i dyrektor ZOO znowu rozłączone osiołki połączył. Obwieścili to triumfalnie w telewizji i pokazali osiołki, znowu razem, na wybiegu. Ciasnym i byle jakim. Całkiem, jak klatka naszej kózki.

kózka

17:30, damakier1
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 22 września 2014

Nasza cała ulica to w sumie 9 domów – bliźniaków wybudowanych krótko przed wojną. Powstały według jednego projektu i poza drobnymi szczegółami wszystkie są jednakowe. Do każdego wchodzi się po niewielkich schodach prowadzących na ganek. To znaczy tak było kiedyś, bo gdzieś w połowie ubiegłego wieku, któryś z sąsiadów, nie pomnę już który, zabudował ganek i przerobił go na coś w rodzaju sionki i potem w większości domów te ganki tak samo poprzerabiano. Również moi rodzice tej modzie ulegli z tym, że u nas nie sionka, a cała sień powstała, bo ten dawny ganek, przez wyburzenie kawałka frontowej ściany, z dawnym malutkim korytarzykiem przy wejściu połączono. Owszem, kawał wielkiej przestrzeni się z tego zrobił, ale więcej wad niż zalet ta cała przeróbka miała. Przede wszystkim tandetnie to wszystko było zrobione, bez żadnego ocieplenia i zimą piździło w sieni, jak w kieleckim. A tym bardziej uciążliwe to było, że do kibelka właśnie przez sień trzeba było przechodzić, co w mroźne zimowe noce równoznaczne z wychodzeniem za stodołę się wydawało. Przez te wszystkie lata mówiło się, że coś z tym zrobić trzeba, ale w końcu na zwykłych, porządkowych remontach się kończyło.

A w te wakacje mój mąż się zawziął, dziurę po wyburzonej niegdyś ścianie zabudował stolarką i wstawił w nią te drzwi, które przedpokój od sieni oddzielały, dzięki czemu kibelek z sionki znowu do mieszkania powrócił. Teraz wszystkie drzwi, okno, boazeria w sieni i pawlacz jednolitą całość stanowią, a jako wisienka na torcie, na ścianie przy kibelku, od wczesnego popołudnia do rana świeci się niewielki kinkiecik. Dzięki temu nikt już po Szopku, zawsze na środku przedpokoju rozłożonym, nie depcze i żadnych łomotów ani awantur po nocach nie słychać.

Tak teraz, po pracowitych wakacjach mojego męża, nasza sień wygląda:

wstawione drzwi

 

wejście do przedpokoju

 

Szopek zawsze na środku

 

światło specjalnie na Szopka

 

drzwi

 

Tyle, że nikt jej teraz nazwać sienią się nie ośmieli, bo teraz w naszej rodzinie obowiązuje nazwa westybul.



18:52, damakier1
Link Komentarze (36) »
piątek, 19 września 2014

Ledwo skończyły się nasze pieczarki, jeszcze w pamięci miałam ich smak, zaczęły pojawiać się opieńki. Wyłaziły z trawy przy porozrzucanych w trawie plastrach z pnia starej, dawno wyciętej sosny – z początku nieśmiało wystawiając maleńkie rude łebki, by któregoś dnia wyskoczyć znienacka w całej okazałości:

 

opieńki

 

opieńki

 

Wyglądały pięknie, ale zapamiętane przez nas pyszne opieńki, które kiedyś zbieraliśmy w lesie wyglądały jakoś inaczej. Nie próbowaliśmy ich zbierać na obiad, zostawiliśmy je tym ohydnym, gołym ślimorom – pomrowikom.

 

ślimak - pomrowik

 

ślimak i opieńki

 

Lesw

Król Borowik Prawdziwy szedł lasem
postukując swym jednym obcasem,
a ze złości brunatny był cały,
bo go muchy okrutnie kąsały.

Wreszcie usiadł strudzony pod dębem
i na alarm rozkazał bić w bęben.

- Hej, grzyby, grzyby!
Przybywajcie do mojej siedziby,
przybywajcie, skoro świt, z chorągwiami,
wyruszamy na wojnę z muchami.

Odezwały się pierwsze opieńki:
- Opieniek jest maleńki,
a tu trzeba skakać na sążeń,
gdzie nam, królu, do takich dążeń.

/Jan Brzechwa: Grzyby/

Tagi: ogród
14:42, damakier1
Link Komentarze (17) »
wtorek, 16 września 2014

Wszystkie koty są równe, ale Karolek jest równiejszy. Wszyscy wiedzą, że tylko jemu na przyzlewnej półeczce przysmaki w miseczce ustawiam i innym kotom od nich wara! No, jeszcze Frania, kiedy w kuchni się zjawi, mogę czymś smacznym ugościć, ale wtedy ustawiam mu miskę na kuchennych schodkach, bo półkę przy zlewie Karolek ma na wyłączność. Inna rzecz, że reszta kotów nie za bardzo to sobie bierze do serca i nie dość, że karolkową miseczkę napełniać, to jeszcze przed zakusami innych chętnych bronić jej muszę. Obrywa mi się za to zewsząd, bo kiedy przysmaków do miseczki nakładę i rozanielona patrzę, jak Karolek ze smakiem zajada - zaraz mój mąż Wronkę i Szopka na świadków do kuchni woła i dramatycznie wykrzykuje: Widzicie???!!! Od ust nam odejmuje i daje kotu...!!! A kiedy jakiego intruza z półki od miski przepędzę, Antek na ręce go bierze, po całym domu obnosi i w kocie ucho mu syczy: Zła babcia... Zła...!

 

Otworzyłam kocią szaszetkę, włożyłam do miseczki, nadrobiłam na to kawałek pieczeni ze śliwką, przyozdobiłam posiekanym plasterkiem szynki, ustawiłam na półeczce – patrzę, a Karolka nie widać. Wyjrzałam na werandę – nie widać. Zawołałam Kaaroooleeek! - nie przylazł. No cóż, myślę sobie, zje, jak przyjdzie... i postawiłam miseczkę na osączarce do naczyń – wysoko, żeby kto Karolkowi czego nie podwędził. I rozsiadłam się przed komputerem w małym pokoiku. A po chwili Dorolka, idąc z ogrodu przez werandę, zagadnęła - a tę miseczkę to tak wysoko przed kim schowałaś? - i poszła. Ale tknęło mnie coś, bo głos miała kpiący i minę dosyć głupawą. Wstałam i poszłam do kuchni, a tam:

 

Pan Czesio

 

Pan Czesio

 

Pan Czesi

 

Pan Czesio

 

Pan Czesio

 

Pan Czesio

 

Pan CzesioPan Czesio

 

Pan Czesio

 

Pan Czesio

Pan Czesio i Karolek

t

S

Tagi: koty
21:23, damakier1
Link Komentarze (12) »
niedziela, 14 września 2014

Do naszego ogrodu wchodzi się przez drewnianą furtkę. Parę lat temu obluzowała się w niej i wypadła jedna z deseczek. Najpierw marudziłam mojemu mężowi żeby to naprawił, a później polubiłam przed wejściem do ogrodu zatrzymać się na chwilę i spojrzeć przez powstałe w furtce okienko. A kiedy trawa jest świeżo skoszona, krawędzie przy klombach wystrzyżone podkaszarką, podeschnięte badyle powycinane, a ja umordowana, ale zadowolona z efektu - to nawet specjalnie wychodzę z ogrodu po to, żeby tuż za furtką odwrócić się i przez okienko popatrzeć.

To już jedna z ostatnich okazji do popatrzenia na letni ogród. Jesień za progiem.

 

zaglądam do ogrodu...

 

Tagi: ogrody
17:09, damakier1
Link Komentarze (14) »
piątek, 12 września 2014

Wczoraj po południu trochę się po obiedzie po kuchni krzątałam, gdy usłyszałam z ogrodu potworny wrzask obdzieranego ze skóry kota. To pewnie czarny Maksim od sąsiadów ktoregoś naszego morduje przemknęło mi przez głowę i wybiegłam na ratunek. Ale to był Pan Czesio z Karolkiem. Stały pod magnolią naprzeciw siebie - Pan Czesio ciut skonfundowany, w lekkim przykucu, a Karolek buńczucznie nad nim wyprostowany. Ryja darły obydwa jednakowo pod same niebiosa. Cofnęłam się po aparat, pstryknęłam z werandy zdjęcie i wróciłam do kuchni.

 

pod magnolią

 

Jeszcze nie zdążyłam aparatu odnieść na miejsce, jak koci krzyk rozległ się stokrotnie zwielokrotniony, rozpaczliwy i straszny zarazem. Wybiegłam. Pod magnolią już ich nie było, przemieściły się na koniec ogrodu pod laurowiśnię. Pan Czesio przycupnął skulony, a Karolek zmierzał ku niemu krokiem zdecydowanym, niczego dobrego nie wróżącym. Gdy dotarł tuż przed Pana Czesia, zatrzymał się i obaj zamarli w bezruchu, tylko ni to wyć, ni to miauczeć, ni zawodzić rozpaczliwie nie przestawali ani na chwilę.

 

pod laurowiśnią 1

 

pod laurowiśnią 2

 

pod laurowiśnią 3

 

Aż nagle Pan Czesio dziób zamknął, porzucił swą bojową postawę, przysiadł najnormalniej w świecie i z zapałem wielkim drapać się zaczął, bo go pewnie jakaś mrówa, czy inne hadztwo użarło. Jak tak, to i Karolek się przymknął, przestał się puszyć, przysiadł i uprzejmie czekał aż Pan Czesio drapanie zakończy. Dalej nie działo się nic, więc się zabrałam i poszłam do domu.

 

przerwa na drapanie

 

Jak tam, ładnie wyszły zdjęcia? - zapytał dziś Karolek zeskakując po śniadaniu z przyzlewnej półeczki. A chwilę później, Pan Czesio, przechodząc przez przedpokój rzucił niedbale - Jest może co nowego na blogu?

 

Coś mi tak chodzi po głowie, czy ta cała wczorajsza kocia awantura to nie była przypadkiem ustawka?

 

Tagi: koty
18:26, damakier1
Link Komentarze (13) »
piątek, 05 września 2014



Już czas! Już czas!

Po prostu brak mi tchu,

już dawno dawno mam być tam,

a ciągle jeszcze jestem tu...

 

  • tak sobie pod nosem mamrotał biały królik z Alicji w krainie czarów, ale tym razem to czarnemu królikowi się śpieszyło...

Szłyśmy sobie działkową alejką, Wronka, jak zwykle, w poszukiwaniu wrześniowych jeżyn mocno do przodu się wysforowała i nagle stanęła, jak wryta. Dosłownie ją zamurowało - wyciągnięta niczym struna, z uniesioną czujnie jedną łapą, ani drgnęła. Tylko z wielkiego zdumienia raz w lewo, raz w prawo leciutko łeb przekrzywiała. I nic dziwnego, że była taka zdumiona, bo takich zwierząt jeszcze w swym psim życiu nie widziała - za płotem kicały sobie po grządce dwa króliki, czarny i biały i skubały jakieś zielone roślinki.

 

czarny i biały

 

Och, żebyś tylko w tym bezruchu, Wronko kochana, wytrzymała... - prosiłam ją w duchu i powoli, ostrożnie podchodziłam z przygotowanym aparatem. Ale gdy tylko się zbliżyłam, czarny królik zakrzyknął Nie mam czasu!, uszy po sobie położył i szalonymi kicami pognał w krzaki.

 

Za to śliczna biała trusia pozowała mi z wielkim zapałem niczym najprawdziwsza gwiazda filmowa.

 

trusia raz

 

i trusia dwa

21:25, damakier1
Link Komentarze (9) »
czwartek, 04 września 2014

ten ryży kot



A gdybym go tak kijaszkiem....? - pyta mój mąż, kiedy Baryła rozsiada się na przyzlewnej półeczce i pałaszuje śniadanie. Albo, kiedy Baryła, wygrzewając się w słońcu drzemie na okiennym parapecie – zastanawia się głośno, patrząc na trzymany w ręce śrubokręt – a jakbym go tak kujnął znienacka? Innym znów razem, gdy Baryła wkracza do kuchni z nazbyt ostentacyjnie rozpostartym nad sobą ogonem, chwyta mój mąż nożyczki i - jakbym go tak w plasterki...? - nie wiadomo – sam siebie, czy mnie zapytuje.

To taka nasza gra i na wszystkie te pytania odpowiadam stanowczo i niezmiennie – ty to przed tym kotem co najwyżej uklęknąć i pomodlić się możesz. A Baryła na przyzlewnej półeczce ani nawet łba znad miski nie podniesie, rozwalony na parapecie oka nie otworzy, a wkraczając do kuchni ogona ani na milimetr niżej nie opuści.

 

Ten ryży kot to jest najdoskonalszy przykład mania w dupie... zaczął mój mąż przychodząc z ogrodu. A co takiego? - zapytałam uprzejmie. Wyobraź sobie, poszedłem zwijać przewód od kosiarki, a tam na fotelu leży ryży. Na poduszce! - No, na poduszce, sama mu położyłam, żeby miał mięciutko - przerwałam. A pod głową ma zielonego robala! - kontynuował wzburzony mój mąż. No ma, naszykowałam mu, żeby miał wygodniej - przerwałam znowu, ale mój mąż na moje uwagi nie zważał i opowiadał dalej: to ja go tym przewodem dręczyć zacząłem... (Nie, nie, nie pod prądem dodał szybko, widząc me spojrzenie) – majtałem mu przed nosem, smyrałem go po brzuchu, plątałem mu łapy, owijałem ogon... i w końcu, w końcu....

I co? Co, w końcu? - zapytałam. Ziewnął - odpowiedział mój mąż.

 

no odczep się...!

 

Tagi: koty
14:37, damakier1
Link Komentarze (21) »
wtorek, 02 września 2014

Spojrzeliśmy któregoś ranka przez murek werandy, a tam...

 

nasz ogród

 

Zbiegliśmy ze schodów przyjrzeć się z bliska i było tak:

 

na naszym trawniku

 

Pieczarki łąkowe! - zawołał mój mąż, po czym poleciał śpiewnie Starszymi Panami: Na grzyby – w aromatów pełen las / Na grzyby - … i dodał - Ale będziemy mieli obiad! Odśpiewałam mu Młynarskim – No i przez te grzybki, chłód rodzinnej kryptki... i kategorycznie stwierdziłam – Po moim trupie!

Następnie rozpoczął mój mąż akcję rozmiękczania. Chodź tu, babo nieskromna, co i rusz mnie wołał i wynajdował mi w komputerze co raz to nowe egzemplarze pieczarki łąkowej, porównywał je z muchomorem szatanem i udowadniał, że nasze ogrodowe pieczarki pieczarkami łąkowymi są jak najbardziej, a muchomorami szatańskimi ani trochę. I faktycznie. Przekonujące to było, ale byłam jak skała i opoka razem wzięte.

 

W niedzielę mieliśmy gości i zaraz ich mój mąż na trawnik zaprowadził, a moja przyjaciółka, na wsi wychowana, krzyknęła z zachwytem – O, pieczarki łąkowe! I zaczęła snuć sentymentalne wspomnienia, jak to u niej na wsi tak się wysypywały pieczarki na łące, że tata jej kosą je kosił, a mama na blasze pieczarkowe kapelusze smażyła. A mąż jej z zapałem potwierdzał, że tak, tak – pamięta, bo też mu teściowa ten niebywały przysmak kiedyś, gdy przyjechali w odwiedziny, zrobiła.

 

W poniedziałek jakoś się pieczarkami nie zajmowaliśmy, ale późno w nocy, kiedy mój mąż już spał, jeszcze raz do komputera zasiadłam, zdjęć przeróżnych pieczarek łąkowych się naoglądałam i sama najwyraźniej zobaczyłam, że wszystkie – od najmniejszych z pękatymi jasnymi kapelusikami, po te wyrośnięte, z rozklapanymi kapeluchami na brązowo pociemniałymi - są identyczne, jak w naszym ogrodzie.

 

pieczarka mała

 

trochę większa

 

i największe

 

To potem jeszcze przepisów na potrawy z pieczarek łąkowych zaczęłam szukać. Było całe mnóstwo, wszystkie brzmiały bardzo smakowicie, ale najbardziej do mnie przemawiało zwykłe obsmażenie na patelni z dodatkiem soli, pieprzu i odrobiny czosnku. A to, że autorki dwóch różnych przepisów nadmieniły, że do potrawy użyły pieczarek ze swych ogrodów, bardzo mnie zastanowiło.

 

I kiedy dzisiaj mój mąż, jak gdyby nigdy nic, poszedł do ogrodu pieczarki zrywać, słowa nie rzekłam. Kiedy je potem na werandzie czyścił i na półmisku układał, powiedziałam, że najlepiej je będzie usmażyć na tej wielkiej patelni, którą ostatnio kupiliśmy. Później on smażył, a ja kroiłam chleb i zrobiłam herbatę.

 

Pyszny mieliśmy dziś obiad. Niewykluczone, że ostatni.

 

a to już tylko smażyć

21:50, damakier1
Link Komentarze (16) »