Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
niedziela, 04 września 2016

Kiedy Antek wyjechał wakacjować się nad morzem, Pan Czesio zniknął. Nie, nie zginął, ale z kota, który jest wszędzie, zamienił się w kota, którego nie widać. Nie słyszałam rano tupotu jego łap na schodach, nie zaglądał na kocią półeczkę, nie skradał się do dużego pokoju do stojaka z płytami, nie było go w ogrodzie. Jedyne miejsce, gdzie można go było czasem zobaczyć, to mały korytarzyk na górze. Siadywał tam spoglądając melancholijnie na tabliczkę na drzwiach, z nadzieją, że ktoś go wpuści do środka.


xx

 

A gdy wreszcie ktoś się ulitował i uchylił drzwi, zrywał się na równe łapy, wpadał do pokoju i stanąwszy w progu rozglądał się dookoła. W miarę, jak Antka coraz bardziej nie było, postawa Pana Czesia stawała się coraz bardziej zrezygnowana, opadał mu łeb i ogon, smętnie zwieszały się wąsy i uszy, wzdychał i łapa za łapą wlókł się na łóżko, by jakoś przedrzemać ten smętny czas.


Na szczęście wakacje się skończyły, Antek wrócił i jeśli ktoś ma ochotę popatrzeć na szczęśliwego kota, to proszę bardzo:



xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx



Tagi: koty
14:11, damakier1
Link Komentarze (23) »
czwartek, 01 września 2016

xx

 

 

Tak sobie myślałam, gdy zaczynałam, że na koniec napiszę parę słów o książce, która okazała się świetna i fascynująca. Ale w trakcie lektury coraz bardziej fascynowało mnie nie tyle to, co w książce, ile samo jej czytanie. I coraz większa rosła we mnie potrzeba, by opowiedzieć o moim czytaniu.



xx



Jest w naszym starym rodzinnym albumie zdjęcie, na którym siedzę zaczytana przy biurku, a podpis pod spodem, napisany ręką mego Taty, głosi – namiętność Małgosi, czytanie. I to była prawda, czytanie było wszechobecne w moim dzieciństwie i mnóstwo wspomnień z tamtego czasu łączy się z czytanymi wówczas książkami.

Z dzieciństwa weszłam w młodość, a pasja do książek poszła ze mną. W szkole średniej i na studiach czytało się mnóstwo, całe towarzystwo było rozczytane, wymienialiśmy się książkami, wspólnie się niektórymi zachwycaliśmy, a o niektóre kłóciliśmy się do upadłego.

A potem moją pracą, nie pierwszą, ale jedną z pierwszych, stała się praca w bibliotece Klubu Garnizonowego. Choć klub był garnizonowy, to biblioteka była biblioteką publiczną dla mieszkańców całego Pogodna.

To była praca wymarzona dla namiętnej czytelniczki. Niełatwo było w tamtym czasie zdobyć dobrą książkę, ale ja, jako bibliotekarka, prędko wyrobiłam sobie znajomości w księgarniach co było o tyle łatwe, że wojsko było dość hojne w finansowaniu zakupów. Bardzo atrakcyjne były też godziny pracy - od 14:00 do 20:00. W soboty i niedziele również, za to poniedziałek wolny. Moje dni w tamtym czasie przebiegały w jednostajnym rytmie – od 14. do 20. praca, potem do czytelni schodziła się grupka mych przyjaciół, niby na próby kabaretu, który założyłam głównie po to, żeby pozwolono nam siedzieć w czytelni po godzinach pracy i prowadzić życie towarzyskie. Do domu wracałam koło północy, z torbą pełną nowości, kładłam się na kanapie w mym małym pokoiku i czytałam resztę nocy aż za ścianą zaczynałam słyszeć mych rodziców, krzątających się przed wyjściem do pracy. Wtedy odkładałam książkę i zasypiałam do czasu, gdy sama musiałam się szykować do pracy na czternastą...

Wtedy bardzo często moje czytanie nie było takim sobie zwykłym czytaniem. Najprościej mówiąc, nie czytałam książki, a czytałam książkę. To znaczy, czytanie było najważniejsze, wpadałam w książkę cała, wynurzałam się niechętnie, we wszystkim innym towarzyszyła mi niecierpliwość, by jak najszybciej do książki powrócić.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego tak dobrze wspominam tamten czas - wtedy właśnie poznałam mojego męża, który przyszedł zapisać się do biblioteki i, jak twierdzi, postanowił ożenić się ze mną w momencie, gdy podał mi swoje nazwisko, a ja zapisałam je bezbłędnie już za pierwszym razem. Wierzę mu, bo noszę to nazwisko już kilkadziesiąt lat i ciągle mi je przekręcają wszelkie urzędniczki i panie rejestratorki, choćbym powtarzała i dziesięciokrotnie. Czasem mnie to bawi, często denerwuje i z sentymentem wspominam swoje proste, zaledwie czteroliterowe panieńskie nazwisko, z którym nie było żadnych kłopotów. (Nie, nic z tych rzeczy – ani Dupa, ani Duda).


Potem wyszłam za mąż, zmieniłam pracę, urodziła się Dorolka, życie zrobiło się dorosłe i czytanie zrobiło się zwykłym czytaniem. Już nie zachłannym, a zwyczajnym i coraz rzadszym. Na emeryturze to sobie znowu poczytam... obiecywałam sobie, ale kiedy przyszła emerytura wcale tak się nie stało. Trochę pewno przez internet, do którego dorwałam się dość łapczywie i książki zeszły na drugi, a może i trzeci plan, ale przede wszystkim przez to, że choćby mi Dorolka nie wiem co nowego (a Dorolka zawsze ma coś nowego) podsunęła do czytania, zawsze na koniec miałam takie poczucie, że nie jest to wcale takie nowe i że coś podobnego już kiedyś czytałam...


Stopniowo porzuciłam beletrystykę i czytam raczej biografie, wspominki, czasem reportaże, ale to jest już takie zwykłe czytanie, jakże dalekie od czytania...


Kiedy Dorolka powiedziała przyniosłam ci książkę i zobaczyłam na biurku grubaśne tomiszcze, pomyślałam, że takiej cegle rady nie dam. A wieczorem siadłam i po paru stronach wpadłam w tę książkę po same uszy, zamieszkałam w niej i wychodziłam tylko na chwilę dla załatwienia podstawowych i koniecznych spraw życiowych. Czytałam i czytałam, a kiedy skończyłam, żałowałam, że to już koniec.

I największą radością z tej lektury jest to, że przywróciła mi tę dawną umiejętność czytania. A może wcale jej przez te lata nie straciłam tylko nie natrafiałam na odpowiednią książkę?



PS. Gosianko, nie bój się. Wprawdzie są w tej książce rzeczy straszne, ale sama książka straszna nie jest.


PS. PS. Dalej już będzie normalnie... ;)

 

xx



Tagi: czytanie
23:17, damakier1
Link Komentarze (7) »