Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
czwartek, 29 października 2015

Zamieniłam ledwie dwa słowa z sąsiadką, a już Szopek zdążył dać nogę z placyku i czmychnął w ulicę. Gdy go zobaczyłam, był ze trzy domy dalej, stał przy płocie odwrócony do mnie ogonem i zawąchany po same uszy. Bardziej odruchowo niż z nadzieją, że to coś da zawołałam najpierw Szopek...!, potem jego drugim imieniem – Kozubek...!, a potem znowu Szopek...! Oczywiście nic to nie dało.

 

xx

 

Szopek, kiedy go coś w trawie zainteresuje, głuchnie na wszelkie wołania, prośby i groźby i żadna siła z miejsca go nie ruszy, więc nie darłam się dłużej bezproduktywnie i poszłam, by go na placyk z powrotem sprowadzić. On tymczasem z coraz większym zainteresowaniem przy płocie buszował i obawiać się mocno zaczęłam, że do pożarcia coś znalazł i Bóg jeden wie, jak mu to odbiorę. Bo nie jest łatwo Szopkowi jego zdobycz odebrać. Wszystko, co w jego psim mniemaniu do jedzenia się nadaje, pożera błyskawicznie i wszelkie próby wyrwania mu z pyska tego paskudztwa, które sobie weń napakował torpeduje groźnym warczeniem. Zdrowo też w rękę walnąć potrafi, a zęby ma jeszcze ostre, jak rekin. Toteż nic dziwnego, że szłam po Szopcia dosyć wkurzona i przygotowana na najgorsze...

 

Ale kiedy bliżej podeszłam i zobaczyłam wystającą spod płotu maleńką białą piłeczkę ze zwisającymi dwoma uszkami, z dwoma bystrymi oczkami i jednym czarnym, malutkim jak guziczek noskiem - cała złość uleciała ze mnie w jednej chwili, serce mi zmiękło jak wosk, rymnęłam na kolana i samo się ze mnie zaczęło wydobywać to szczebiotliwe o jejku, jejku, a cio to za ślicna psinecka.... charakterystyczne dla starych ciotek, gdy je widok maleńkich dzieci rozczuli.

 

xx

 

Mogłam sobie szczebiotać do woli. Piesek najmniejszą chwilą uwagi mnie nie obdarzył, cały Szopkiem zajęty i przejęty kombinował tylko jak się pod płotem przecisnąć i z nowo poznanym znajomym przed siebie, na podbój nieznanego świata się wybrać.

 

To przysiadał za płotem i z cicha popiskiwał

 

xx

 

To błagalnie małe łapki wyciągał, wzywając szopkowej pomocy

 

xx

 

To znów rozpłaszczał się pod płotem niczym naleśnik

 

xx

 

I jakaż jest moc w wytrwałości...! Nagle patrzę, a tu - fik! I już jest piesek z naszej strony płotu

 

xx

 

xx

 

Pozwoliłam mu chwilkę nacieszyć się wolnością i towarzystwem Szopka, a potem go hapsłam i odniosłam do domu. Został pod dobrą opieką.

 

xx

 

xx

 

Tagi: psy
23:04, damakier1
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 26 października 2015

xx

 

 

No przecież na tym świat się nie kończy... - powiedział mi Pan Czesio na przywitanie. Uśmiechnęłam się krzywo, ale widać było, że to tylko z uprzejmości i gdzie mi tam do śmiechu...

 

xx

 

Pan Czesio, niezrażony, mówił dalej - wszystko się jakoś ułoży, cztery lata miną szybko... Tylko ramionami wzruszyłam, otworzyłam drzwi i wywaliłam go na dwór.

 

xx

 

W południe pojawił się na werandzie, przyszedł do kuchni i perorował dalej - gorzej bywało i się przetrwało.... przetrzyma się i teraz...

 

xx

 

Nic nie powiedziałam. Pan Czesio przemaszerował przez przedpokój i poszedł na górę.

 

 

xx

 

 

Zszedł na dół pod wieczór. Znów kręcił się wokół mnie, o nogi mi się ocierał i usiłował mnie pocieszyć na wszystkie sposoby i wszelkimi słowy.

 

xx

 

I nadzwyczaj taktownie ani razu nie użył zwrotu "damy radę".

 

xx

 

20:42, damakier1
Link Komentarze (22) »
środa, 21 października 2015

xx

 

 

W ten nerwowy czas przed nadchodzącą niedzielą zapraszam do maleńkiej oazy spokoju...

 

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

22:33, damakier1
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 19 października 2015
czwartek, 15 października 2015

Wprawdzie to nie kto inny, a ja sama dawno już wydałam dekret, że o kota można się martwić dopiero, gdy od jego zniknięcia upłynie doba, ale gdy od wczorajszego obiadu upłynęło parę godzin i uprzytomniłam sobie, że Karolek nie pojawił się ani razu – zaniepokoiłam się nie na żarty. Nie zdarzyło się przecież nigdy, żeby tyle czasu nie zajrzał na przyzlewną półeczkę, a w dodatku ziąb był wczoraj straszny, więc gdzie by się po tym zimnie miał włóczyć?

 

Z każdą upływającą godziną denerwowałam się coraz bardziej, to na placyk wyglądałam, to zerkałam w okno werandy, czy na stole nie siedzi i nie czeka, by go do kuchni wpuścić. Ale ani na placyku, ani na werandzie go nie było.

Obeszłam wszystkie piwnice - nie było go. Poszłam na górę spytać, czy go kto nie widział - nie widzieli. Za to zapytali: A Frania widziałaś?

 

Aż mnie zatkało! No, faktycznie - Franio, który z nadejściem jesieni, jak co roku, na biurko przyfrunął, też przepadł jak kamfora. Nie pokazał się całe popołudnie i teraz go nie ma. Biurko puste.

 

Ubrałam się i zawołałam Szopka. Zawsze, ale to zawsze, kiedy z Szopkiem placyk obchodzimy, natychmiast zjawiają się wszystkie koty i na wyprzódki Szopcia oprowadzają. Zawsze - ale nie teraz...

 

Długo w nocy spać nie szłam. Niby w internecie tak się zasiedziałam, ale tak naprawdę czekałam, że jeszcze chwila, a jak drzwi otworzę, zaraz Franio z Karolkiem do domu wparują. Wstawałam, drzwi otwierałam, wołałam Baryła...! Kocie...!   - i nic.

 

Z samego rana ruszyli na poszukiwania Tatinek z Dorolką. Zaczęli od tego domu, w którym ich kolega generalny remont przeprowadza. Dom pusty, zamknięty na głucho, ale drzwi na taras i okna wielkie no to zaglądają, stukają i wołają... Na próżno! I gdy już, już zrezygnowani do domu wracać mieli, sąsiadka z drugiej połówki tego domu drzwi otworzyła i pyta: A wy co, kota szukacie?

Już dobrze po północy przyuważyła Karolka w piwnicy, ale na ziąb go wyrzucić żal jej było i właśnie teraz szła mu drzwi otworzyć. Dorolka poszła razem z nią, zawołała Karolek... i zaraz z piwnicy rozpaczliwe miauczenie się rozległo. Sąsiadka otworzyła drzwi - Karolek stał w progu z miną ryżo niepewną i wystraszony przestępował z łapy na łapę.

Gdy tylko Dorolka przykucnęła, poderwał się z cichym miaukotem – do mamusi, do mamusi... i wskoczył w jej opiekuńcze ramiona. A wtedy z dalszej części piwnicy dobiegło następne, żałosne miau..., miau..., miau...

Franio siedział wysoko schowany na jakiejś belce pod sufitem. Bał się zejść i płakał by go Dorolka czym prędzej stamtąd zabrała. Gdy podeszła, skwapliwie zsunął się z belki i przycupnął obok Karolka w jej ramionach. Tak, niczym święta Franciszka z Asyżu - z dwoma kotami w objęciach wynurzyła się Dorolka z piwnicy sąsiadów i poniosła swój ciężar do domu...

 

Za to dzisiaj ani Franio, ani Karolek na żadne wycieczki się nie wybierali i cały dzień spędzili tak:

 

xx

 

xx

 

Albo tak:

 

xx

 

xx

 

Lub tak:

 

xx

 

xx

 

Albo znowu tak:

 

xx

 

xx

 

Tagi: koty
00:21, damakier1
Link Komentarze (13) »
wtorek, 13 października 2015

O matko przenajświętsza i wszyscy święci!

Drzwi od werandy szczelnie zamknięte, bo zimno już jak szlag, a z ogrodu jakieś wrzaski, jazgoty i wydzierania się niemożebne dochodzą. Ki diabeł, sobie myślę, wojna, czy co? Nie wytrzymałam i drzwi na ten ziąb otworzyłam. Wyszłam na werandę, spojrzałam w ogród, a tam wielka chmara szpaków w powietrzu nad gruszą się kotłuje. Szarżują zajadle, skrzeczą i wrzeszczą. Latają dookoła drzewa, a co który na gałęzi przysiądzie, zaraz wszystkie gruszki, jakie ma w zasięgu dzioba podziabie. Podziabawszy znowu w górę frunie, skrzydła mu furkocą, pióra z niego lecą, dzioba drze i ze swymi, obok fruwającymi pobratymcami to bije się, to wespół w zespół znowu gruszę atakuje. No powiadam Wam, istny najazd Hunów!

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

 

A to krajobraz po bitwie:

 

xx

 

Tagi: ogród
01:10, damakier1
Link Komentarze (12) »
środa, 07 października 2015

Czy był już przyznany Nobel z zoologii? Bo zdaje się, że odkryłam kolejny, już trzeci, nieznany gatunek kota.

 

Pierwszy był  kot nasamochodowy:

http://wwwtrembil.blox.pl/2014/03/Kot-samochodowy.html

 

Następnie zaobserwowałam, opisałam i sfotografowałam kotka-napłotka, czyli  kota napłotnego:

http://wwwtrembil.blox.pl/2015/08/Wlazl-kotek.html

 

A teraz dotarłam do siedliska i sporządziłam dokumentację absolutnie unikatowego kota napłotnego podwójnego:

 

xx

 

xx

 

xx

 

 

 

Tagi: koty
23:36, damakier1
Link Komentarze (12) »
sobota, 03 października 2015

Wyszłam przed dom zobaczyć, jak idzie mojemu mężowi malowanie parapetów na murkach przy wejściowych schodach. Szło mu bardzo dobrze. Postałam chwilę w ciepłym słońcu, pogapiłam się, udzieliłam paru dobrych rad, gdy usłyszeliśmy ciche miauknięcie. To Zima stał przed furtką i grzecznie mówił dzień dobry. Spojrzeliśmy na siebie ze zgrozą i zgodnym chórem zawołaliśmy: KOTY!

 

xx

 

Przecież to na tym dużym parapecie uwielbiają wylegiwać się w słońcu Franio i Karolek, a parapet po drugiej stronie Maniusia wybrała sobie na miejsce do przesiadywania i obserwowania okolicy. No i od tych właśnie parapetów odbijają się Pan Czesio, Zima i Karolek, skacząc na dach w drodze do kuchni Doroli.

 

No, ładnie...! Już miałam przed oczyma piękne, rude futro Karolka całe pozlepiane ciemną, brązową farbą, a w całym domu, od piwnic po strych, widziałam podłogi malowniczo upstrzone śladami kocich łap.

 

Nie ma co, musisz je wszystkie złapać i zamknąć - zdecydował mój mąż. Ciekawe, jak? - burknęłam, ale poszło nadzwyczaj łatwo:

Zima właśnie i tak, sam z siebie, szedł do domu, więc bez oporów wbiegł po schodach i przepadł gdzieś na strychu.

Pana Czesia zastałam tak, jak się spodziewałam, w rozgrzebanej pościeli na łóżku Antka. Specjalnie go tam Antek codziennie zostawia, żeby na moje marudzenie, czemu nie ścieli rano łóżka, mógł odpowiadać, że przecież nie może budzić Pana Czesia.

 

xx

 

Maniusia siedziała na schodach.

 

xx

 

Frania znalazłam pod płotem na ulicy.

 

xx

 

A na Karolka wystarczyło krzyknąć głośno z werandy - Baryła...! - i zaraz zjawił się na przyzlewnej półeczce.

 

xx

 

No, to już mamy spokój - pomyślałam. Minął jakiś kwadrans – koty pojadły, odpoczęły... i się zaczęło. Pierwszy przyszedł na dół Franio, spojrzał na mnie, spojrzał na drzwi wyjściowe i powiedział miau! Ani drgnęłam. Miau! - powtórzył tak głośno, że Maniusia swym charakterystycznym galopkiem zbiegła po schodach, już od samej góry wołając – ja też wychodzę, ja też...! A tu drzwi zamknięte. Okropnie się Maniusia zdenerwowała. Tyle mam spraw na mieście, tyle spraw...! zawodziła pod drzwiami, aż się Franek wkurzył i pacnął ją w łeb, żeby się tak nie darła.

Przez cały czas, gdy Franio z Maniusią usiłowali drzwiami frontowymi wydostać się na wolność, Karolek  przekonywał mnie, żebym otworzyła w końcu te cholerne drzwi na werandę. Awantura w przedpokoju wywabiła go z kuchni i poszedł zobaczyć, co się dzieje. Maniusia siedziała w kąciku mocno wystraszona, przycupnięta przed napuszonym Franiem. Zaraz Karolek ugryzł go w ogon i poprawił pazurami. Nie to, żeby bronił Maniusi. Po prostu - niech sobie Franek nie myśli! I Franek wcale sobie nie myślał - odwrócił się błyskawicznie i tak zdzielił Karolka przez łeb, że ten w sekundę znalazł się z powrotem na przyzlewnej półeczce. Nie mogło to wszystko nie obudzić Pana Czesia. Zażądał wypuszczenia z pokoju Antka i dołączył do awantury.

 

Przez bitych pięć godzin całe towarzystwo biegało po schodach w tę i z powrotem i tłukło się w korytarzu, by po chwili całą gromadą wyzywać mnie od najgorszych, straszyć Towarzystwem Opieki nad Zwierzętami i domagać się natychmiastowego wypuszczenia na wolność. I kiedy w końcu mój mąż stwierdził, że parapety wyschły i donośnym głosem zawołał: AMNESTIA...! - to chyba nie koty, a ja byłam najbardziej ucieszona.

 

xx

 

xx

 

xx

 

Wcale się tak na tę wolność nie pchały. Wychodziły nieśpiesznie, przystawały na schodach, pospacerowały po parapetach, ale żaden dobrego słowa mojemu mężowi nie powiedział ani nie pochwalił. Nawet nie wiemy, czy im się te odmalowane parapety spodobały.

 

 

Tagi: koty
23:38, damakier1
Link Komentarze (10) »