Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
piątek, 28 października 2016

xx

 

To zdjęcie mojej ulicy jest z 1922 roku. Jak się dobrze przyjrzeć, przed każdym domem widać wiotkie drzewka przymocowane do grubych palików. To młode brzózki. Kiedy wprowadziliśmy się tutaj, wyrosły już na dorodne, piękne drzewa i piękna była obsadzona nimi ulica.

 

Najpiękniejsza była wiosną, gdy na długich, zwieszających się gałęziach brzóz pojawiały się młode listki zielone tak niesamowicie delikatną zielenią, że nie było się pewnym, czy to rozedrgane na wietrze listki powiewają nad głową, czy na gałęziach migocą seledynowe światełka.


xx



Z nadejściem lata listki ciemniały, a pośród nich pojawiały się pozlepiane w długie sznurki nasiona. A potem, od końca lata do początków jesieni, nasiona z moich brzóz sypały się jak wściekłe i przez cały ten czas, obojętnie ile bym się nazamiatała, ulica przed domem, podjazd, weranda i każdy zakamarek mieszkania zasypane był drobnymi gwiazdkami nasion. W tym czasie moja miłość do brzóz nieco słabła.


xx



W pełni jesieni, właśnie o tej porze, nad naszą ulicę nadciągały gawruki. Obsiadały całe korony drzew i darły dzioby prowadząc długie gawruków rozmowy.


xx

 

 

Parę lat tamu zauważyliśmy, że nasze uliczne brzozy wyraźnie się postarzały – po każdej wichurze znajdowaliśmy na ulicy połamane konary i co jakiś czas któryś z sąsiadów decydował się na ścięcie brzozy w swym ogrodzie.


Teraz przyszła kolej na nasze. Mieliśmy je dwie – przed domem między garażem a posesją sąsiada. Pierwsze duże gałęzie zaczęły spadać jakieś dwa lata temu, ale nic nie robiliśmy w nadziei, że co miało spaść, spadło i brzozy przetrwają. Niestety, w tym roku zaczęło już być groźnie - z jednej zaczęły się sypać konary na podjazd jednego sąsiada, a w pniu drugiej, niebezpiecznie pochylonej na dach domu drugiego, tuż przy ziemi odkryliśmy głębokie, spróchniałe dziury. No i po sąsiedzkiej naradzie zapadł wyrok...


xx

 

xx

 

Xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

 

I tak drzewa, które towarzyszyły mi przez całe życie, które kochałam i uważałam za nieśmiertelne w parę chwil runęły i umarły.


W zeszłym roku czereśnia,


xx



a teraz brzozy

 

xx



W poniedziałek ma się rozpocząć moja terapia.



Tagi: brzozy drzewa
22:07, damakier1
Link Komentarze (14) »
wtorek, 25 października 2016

 

Dziś Dzień Kundelka -

wszystkim Kundelkom składam najlepsze życzenia,

a tym schroniskowym życzę,

by znalazły dobre, ciepłe domy na nadchodzącą zimę i na całe życie.



xx



A to kochane Kundelki - towarzysze mojego życia - dawni i obecni:



Pierwszy był Florek. Było to tak dawno, że ani o komputerach, ani o fotografii cyfrowej nikomu się nie śniło. Nie mam zdjęcia, ale przypomnę, co kiedyś na blogu o Florku pisałam:


Florek – malutki, biały piesek, jeszcze mój „panieński”. Wzięłam go ze schroniska. Wyglądał jak biała niewinna maskotka, a okazał się zabijaką, który rządził na całej dzielnicy i nawet największe psie bandziory czuły przed nim respekt. Kiedy wyszłam za mąż, długo trwało nim Florek uznał, że już kto inny został przewodnikiem stada. A gdy urodziła się Dorolka, pilnował jej przed wszystkimi  obcymi, ale kiedy podrosła i już raczkowała po podłodze, patrzył, czy nikt nie widzi i złośliwie szczypał ją w pupę. Nie wiadomo ile Florek miał lat, gdy go brałam do domu, ale u nas był lat 17 i w ostatnich latach, choć nie chorował, a humor i apetyt mu dopisywały, widać było, że żywot jego zbliża się do końcówki. Oślepł i ogłuchł prawie całkowicie, dnie i noce prawie w całości przesypiał, tylko na chwilę wyprowadzany do ogrodu na sikanie. I zdarzyło się tak, że pewnej wiosny, kiedy zima postanowiła nie ustąpić i sypnęła ostro śniegiem, Dorola zachorowała na anginę. Wstałam w nocy podać jej antybiotyk, a Florek podniósł się z materacyka i podreptał pod drzwi. Otworzyłam pewna, że siknie pod schodami i zaraz wróci i zajęłam się Dorolką. Dałam jej lekarstwo, a psa nie było. Ubrałam się, wylazłam do ogrodu w sypiący śnieg – ani śladu. Obudziłam męża, wzięliśmy latarki, jeszcze raz obeszliśmy cały ogród, całą ulicę – bez skutku. Doczekaliśmy dnia – sprawdziliśmy na działkach, w ogrodach i piwnicach sąsiadów. Szukały Florka wszystkie okoliczne dzieci, dowiadywaliśmy się w schronisku, pisaliśmy ogłoszenia... Kamień w wodę! Najwyraźniej nie chciał Florek kłopotu nam sprawiać i poszedł sobie umrzeć.

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/03/Wiosna-a-mnie-naszly-wspominki-i-mysli-o-umieraniu.html



Potem był Drop i Papsiuka:


xx



Później Dada. Dadunia wprawdzie była bardzo rasowa, ale kochana była, jak kundelek i tak ją kochaliśmy.


xx



Potem pojawił się Szopek:


xx



I na końcu Wronka:

 

xx

Tagi: kundelki psy
15:10, damakier1
Link Komentarze (12) »
piątek, 21 października 2016

Że się oczko odlepiło temu misiu wiedzą wszyscy i niczego nadzwyczajnego w tym nie ma, ale żeby się uszko podziurawiło temu kotku?


Gdy już się mnie wszyscy na wszystkie strony nawitali, do kuchni wkroczył Karolek. Wskoczył na przyzlewną półeczkę, siadł wyprostowany, owinął się ogonem i radośnie zamruczał - Nnnooo, nareszcie będzie w tym domu jakaś przyzwoita szyneczka...

Podeszłam by go pogłaskać i cofnęłam się czym prędzej, tak strasznie od Karolka śmierdziało. Popatrzyłam, a jedno uszko całe czarne, oblepione obrzydliwą, czarną mazią, z której ten obrzydliwy smród ni to ropy, ni to zgnilizny się wydobywa.

Tłumaczyła mi potem Dorolka, że zauważyli to chore uszko tuż przed moim powrotem, że Karolka najwyraźniej to nie boli i mu nie przeszkadza, ale oczywiście zaraz w poniedziałek rano pojadą z nim do weterynarza.


W poniedziałek pojechali. Weszli do gabinetu, postawili kotenerek na stole i otworzyli. Karolek wyszedł, przeciągnął się i usiadł. O, jaki piękny...! - zawołały chórem trzy panie weterynarki, urzędujące w gabinecie.

Pierwsza weterynarka podeszła do stołu i wyciągnęła rękę. Natychmiast dosięgnęła jej ryża łapa i przejechała pazurem. Druga weterynarka podeszła z drugiej strony i tym razem ryża łapa równie błyskawicznie nauczyła ją moresu. Trzecia już nie próbowała.

Nie, Karolek nie płakał, nie wyrywał się ani nie uciekał. Karolek walczył.

Po naradzie weterynarki wyciągnęły z szafy wielki ręcznik, zarzuciły go Karolkowi na grzbiet, usiłując owinąć go nim i unieruchomić. Wydobył się bez trudu. Omotały go drugim, wylazł znowu. Dopiero gdy zarzuciły na niego trzy ręczniki, udało się go jakoś omotać i obezwładnić.

Teraz na zmianę dwie weterynarki półleżały na zawiniętym w ręczniku Karolku, a trzecia zmywała z ucha tę obrzydliwą maź, która rzeczywiście okazała się zaschniętą ropą. Potem jeszcze uszko ogoliły i pośrodku pokazała się idealnie okrągła, całkiem spora dziura:


xx


Nie było czego zszywać ani bandażować, pozostało tylko dziurę dobrze zdezynfekować i tak też zrobiono. Dostał jeszcze Karolek antybiotyk i wrócił do domu z zakazem wychodzenia na dwór aż do czwartku. Ile nas trudu i nerwów kosztowało, by go w domu utrzymać i nie dać zwiać na dwór, to już opisać sił nie mam. W każdym razie jakoś się udało, siedział Karolek w domu, jadł antybiotyk i gdy nadszedł czwartek, śmignął na dwór z pięknie wygojonym uszkiem. A kiedy ma dobry humor, to pozwala nam przez dziurkę w uszku zerkać za okno,


xx



a nawet oglądać telewizję.


xx

 

xx



Tagi: koty
19:40, damakier1
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 17 października 2016

Ze szpitala wróciłam w piątek i zaraz strasznie mi się chciało powitanie z Wronką opisać, ale sił miałam tak mało, że tylko po troszeczku, dzień po dniu opowieść mogłam ściubić...


Trochę miałam stracha, że jak się na mnie rzuci taki walec drogowy z oklapniętym uchem, to mnie na śmierć rozjedzie, ale Dorolka wszystko świetnie przygotowała. Wysłała Antka z Wronką na działki i gdy mój mąż przywiózł mnie do domu, droga była wolna. Spokojnie się rozebrałam, rozejrzałam po mieszkaniu, usiadłam przy biurku i zadzwoniliśmy do Antka, że mogą wracać.

Czekaliśmy wszyscy – Dorolka, Tatinek, mój mąż i ja - w małym pokoiku. Wrócił Antek, a z nim Wronka. Wpadła do pokoju, rozejrzała się i zaczęłą bezładnie biegać od mojego męża do Tatinka, od Dorolki do Antka – każdemu właziła na łeb i ni to wyła, ni piszczała niczym dusza potępiona. Mnie skrupulatnie omijała. Zrobiła tak parę rundek i nagle stanęła jak wryta przed moim krzesłem. No nie wiem, czy to był szloch, czy to był śmiech, czy jeszcze coś innego – w każdym razie nigdy wcześniej takiego głosu z psiej paszczy wydobytego nie słyszałam. A potem Wrońcia wsadziła mi śnupę w ucho, naszeptała i naszeptała mnóstwo przeróżnych powitań i znów rzuciła się w bieganie między wszystkimi w pokoju, każdemu na łeb właziła i wyśpiewywała - wróciła, wróciła, wróciłaaaa....!


xx

 

A kiedy wszyscy ochłonęliśmy i wszyscy porozchodzili się po domu, usiadłam wygodnie w tym fotelu, co to nie do końca jest pewne, czy jest mój, czy Wronki. Wronka natychmiast skoczyła i stanęła nade mną osłaniając mnie przed wszelkim złem świata tego.



xx



Wiesz - tłumaczyła mi - wymyśliłam, że na noc wyniesiemy pościel twojego męża na kanapę i ja osobiście będę warować koło ciebie i pilnować, żeby jaki kot nocą do sypialni nie wlazł...

Ależ, Wronko - zaprotestowałam - ostatecznie to jest mój mąż, nie musimy go na kanapę z łóżka wywalać.


Wronka na to tylko ramionami wzruszyła - To bardzo niehigienicznie...!


I kiedy po poobiedniej drzemce, późnym piątkowym wieczorem otworzyłam oczy, mojego męża obok nie było. Za to Wronka wytrwale pilnowała, by nikt nie zakradł się do sypialni.

 

xx



Tagi: psy
19:08, damakier1
Link Komentarze (20) »