Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
sobota, 14 stycznia 2017

xxx

 

Pojawił się znowu! Wypuszczałam bladym świtem nasze koty, zbiegały po schodach kolejno: Zima, Pan Czesio, Karolek i Franio, a zza płotu, na przygiętych łapach, gotów w każdej chwili do ucieczki, wyglądał on i z nadzieją zerkał w moją stronę. Nasze koty minęły go obojętnie i powędrowały na placyk. Wyniosłam na murek miseczkę karmy. Kota pod furtką już nie było, ale kiedy sprawdziłam za jakąś godzinę, karmy nie było również. Dobra nasza...! - pomyślałam, a dodatkowo cieszyło mnie to, że kot nadszedł od strony domku Barczystego, więc mam nadzieję, że może w nim zamieszkał.

 

Po paru dniach, gdy otwierałam rankiem drzwi, kot siedział na murku przy schodach. Zeskoczył i zwiał błyskawicznie, ale później jedzenie z pozostawionej miseczki znikło bez śladu. Wiem na pewno do czyjego brzucha trafiło, bo to było bardzo wcześnie i nasze koty siedziały jeszcze w domu.

 

Jak tak, to już teraz miseczkę na murku napełniam systematycznie.

No i Dorolka nadała temu kotu imię. Nazywa się Escobar.

 

 

O domku Barczystego jest tutaj:

http://wwwtrembil.blox.pl/2014/11/Domek-dla-Barczystego.html

 

 

PS. To już jutro!

 

xxx

 

12:49, damakier1
Link Komentarze (10) »
czwartek, 12 stycznia 2017

xxx

 

Od razu go poznałam. Takim pięknym czarnym futrem, pręgowanym w misterny wzór, obleczony mógł być tylko ten kot:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2016/04/Obcy.html

 

Był na werandzie i patrzył mi w oczy, gdy ja, z drugiej strony drzwi, przyglądałam się jemu. Bez większej nadziei, że jeszcze tam będzie poszłam po aparat. Był nadal. Nie tylko nie uciekł, ale wskoczył na stolik i zwyczajem naszych kotów zaglądał przez okno do kuchni. Pozwolił się sfotografować po czym zeskoczył ze stolika, zatrzymał się na środku werandy, jeszcze raz spojrzał mi w oczy i ruszył ku schodom. Tam jeszcze raz obejrzał się na pożegnanie i poszedł.

 

xxx

 

Odczekałam chwilkę i wypuściłam Karolka, który przez cały ten czas awanturował się w kuchni, że koniecznie musi wyjść do ogrodu. Wypadł jak ruda strzała, ledwo wyrobił na zakręcie przy schodach i jak szybko wypadł, tak szybko wrócił ze zwisającymi przy uchu wyrwanymi kłakami i całkiem sporą szramą za uchem.

 

To wszystko działo się jeszcze w grudniu tuż po świętach i wtedy też zamierzałam opowiedzieć o tym na blogu. Ale kiedy wrzuciłam do komputera zdjęcia i zaczęłam je przygotowywać, zauważyłam przycięte ucho naszego gościa. Takie przycięte ucho to znak, że to wolno żyjący kot, który został odłowiony i wykastrowany w ramach działalności TOZ.

 

xxx

 

Strasznie głupio mi się zrobiło. Takie ten kot miał piękne futro, taki był dorodny, że do głowy mi nie przyszło, że mógłby potrzebować pomocy. Pewna byłam, że odbywa po prostu wycieczkę krajoznawczą, jakie z pewnością odbywają również nasze koty, a Pan Czesio to już na pewno.

 

Jeszcze raz, już w tym roku, zobaczył go mój mąż przez moment na werandzie. I ja widziałam go raz przy furtce na placyku. Zostawiłam otwarte drzwi i poszłam po trochę kociej karmy, ale gdy wróciłam śladu już po nim nie było.

 

xxx

 

I tak zwlekałam z tym wpisem w nadziei, że może przyjdzie i uda mi się go nakarmić i powiedzieć, że zawsze może wpaść i liczyć na solidny posiłek. Ale choć wyglądam i od strony ogrodu, i od ulicy nie widziałam go już więcej.

Sama siebie usiłując pocieszyć, mówiłam Dorolce – może on rzeczywiście nie jest bezdomny i przychodzi tu tylko na spacer? - a ona, podła, mi na to, że na pewno przeze mnie zamarzł na mrozie. Tak wiem, wiem, że to żartem, ale...

 

xxx

 

 

 

Tagi: koty
12:50, damakier1
Link Komentarze (8) »
piątek, 06 stycznia 2017



xxx

 

xxx

 

Xxx

 

Xxx

 

xxx

 

xxx

 

 

Jak to pięknie napisał mistrz Konstanty? -

 

A za oknami śnieg. Wron[a] na śniegu.”

 

xx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

 

 

Tagi: psy wrona zima
21:06, damakier1
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 02 stycznia 2017

Odkąd nie ma z nami Daduni sylwestry nie są już takim ciężkim czasem do przetrwania. Wronka petard się nie boi. Jak która za głośno huknie, to na nią naszczeka, ale nie ze strachu tylko żeby nam pokazać, że nas pilnuje i możemy być spokojni. Koty drzemią po kątach i całą tą strzelaniną niespecjalnie się przejmują. Pod warunkiem, że są w domu. Bo co przeżywa nieszczęśnik, którego oślepiający blask i potworny hałas wybuchających fajerwerków dopadną na dworze, nie wiemy nic. Dlatego Dorolka z Tatinkiem bardzo pilnują, żeby ostatniego dnia w roku najdalej w południe wszystkie koty były pod kluczem.

A oto krótka relacja, jak nasze koty spędziły sylwestra:

Maniusia sylwestra spędzała tak, jak spędza wszystkie dni począwszy od pierwszych jesiennych chłodów, jak spędziła pierwszy dzień nowego roku i najwyraźniej tak samo zamierza spędzić dni następne:

 

xx

 

xxx

 

 

Franio z Karolkiem zeszli na dół gdy szykowałam śniadanie dla Wronki. Ustawili się w kolejce do przyzlewnej półeczki, poczekali aż wrzucę im coś w miseczki, pojedli i stanęli pod drzwiami. Wybiegli na dwór, ale wrócili jeszcze szybciej, jak wybiegli. Wystrzałów jeszcze o tej porze żadnych nie było i myślę, że po prostu kocie dupy im zmarzły...

 

Franio ułożył się na biurku pod lampą i najwidoczniej bardzo dobrze mu się tam leżało, bo pomrukując i pochrapując, ani razu ani jednego oka nie otworzywszy, przeleżał do późnego popołudnia.

 

xxx

 

 

Dopiero kiedy zza okna zaczęły dochodzić coraz głośniejsze huki petard doszedł do wniosku, że ciepełko ciepełkiem, wygoda wygodą, ale sytuacja staje się niepewna i lepiej zająć miejsce w pobliżu miseczki.

 

xxx

 

Wkrótce zniknął i z tego miejsca i poszedł zaszyć się w jakimś bezpieczniejszym kątku, ale nie martwiliśmy się o niego, bo wiedzieliśmy, że jest w domu i żadna krzywda mu się nie stanie.

Karolek spał na piecu. Nie wiem skąd mu się wzięło, że już kolejną zimę z upodobaniem na piecu przesypia choć ani tam miękko, ani ciepło. Być może to jego pradziadowie, z pokolenia na pokolenie przekazali mu w genach informację, że w zimowe dni koty najbardziej ze wszystkiego lubią wylegiwać się na piecu. A może po prostu przeczytał o tym w internecie.

 

xxx

 

 

Dopiero tuż przed północą, kiedy waliło, błyskało i huczało już na dobre, otworzył Karolek oczy i nastawił uszy. Nie jest bezpiecznie stwierdził i usiłował się ukryć za ciężką rzeźbioną głową ustawioną na piecu. Z niezbyt dobrym skutkiem, bo jakby nie próbował, zawsze jakiś jego kawałek zza głowy wystawał.

 

xxx

 

xxx

 

 

Zimy i Pana Czesia nie było. Od samego południa Dorolka i Tatinek na zmiany zbiegali po schodach i naprzemiennie Zimek! Zimka! / Panie Czesiu! darli się na całe Pogodno i nic. Nie pojawił się żaden.

 

Dotrwaliśmy do północy, z ulgą pożegnaliśmy stary rok, z nadzieją powitaliśmy nowy. Poszłam spać, a nim zasnęłam słyszałam co jakiś czas, jak schodzi ktoś z góry po schodach i Panie Czesiulku...! Zimka...! w czarną noc woła.

Obudziłam się w chwili, gdy zegar wybił godzinę drugą. Omotałam się szczelnie kołdrą i już, już miałam zasnąć, gdy przed oczyma mi stanęli zmarznięci i przerażeni Zimek z Panem Czesiem. Wstałam.

W przedpokoju był Zima! Nie wyglądał na zmarzniętego ani przerażonego. Siedział na dywaniku pod schodami, spoglądając w górę z miną trochę kpiącą, a trochę rozbawioną. Gdy weszłam odwrócił łeb, uśmiechnął się najszczerszym i najszerszym z uśmiechów i w radosnych pląsach wbiegł na schody.

 

xxx

 

xxx

 

 

Na Pana Czesia natknęłam się zupełnym ranem, kiedy wszystko co żywe odsypiało już sylwestrową noc. Ależ ten biedak wyglądał...! Cylinder na łebku miał przekrzywiony, poły fraczka podarte i uszargane w błocie, szalik zmięty. Spoglądał na mnie spod półprzymkniętych powiek i ledwo słaniał się na łapach... Och, jaka to straszna noc dla tego biedaka być musiała... - pomyślałam i schyliłam się, by podnieść go i pocieszyć. I w tym momencie doleciał do mnie chuch tak straszny, że gdybym miała na głowie cylinder, na pewno przekrzywiłby mi się bardziej niż na panaczesiowym łbie. Upuściłam go czym prędzej i wróciłam do łóżka nie troszcząc się, jak na tych chwiejnych, poplątanych łapach zdoła pokonać schody.

Zdjęcia poniżej są z mego archiwum. Taka okrutna, żeby w pierwszym noworocznym wpisie pokazać Pana Czesia w tak opłakanym stanie, to już nie jestem.

 

xxx

 

xxx

 

 

 

 

 

 

 

20:57, damakier1
Link Komentarze (11) »
sobota, 31 grudnia 2016

Dawno nie było tak okropnego roku, jak ten Dwa Tysiące Szesnasty! Z kim bym nie rozmawiała, każdy mówi beznadziejny rok... niech już sobie pójdzie!

Działał ten Dwa Tysiące Szesnasty podstępnie i wrednie na wszystkich frontach - mnie osobiście doświadczył chorobą, ojczyznę naszą gnębił dobrą zmianą, a jak się dobrze rozejrzeć to widać, że i na całym świecie swoje zrobił.

No i na dodatek tylu Wspaniałych Ludzi w tym tym roku odeszło...



Jedyna pociecha, że Dwa Tysiące Siedemnasty na pewno będzie lepszy, bo gorszy już być nie może.



xxx

Obrazek z FB – użytkownika Mafalda po polsku



Kochani Czytacze moi!

Życzę Wam by w Nowym Roku polityka nie psuła Wam życia, żebyście zaznali dużo szczęścia, zdrowia i dostatku wśród najbliższych Wam ludzi i zwierząt.




A Waszym zwierzętom życzę by żyło im się jak najlepiej w Waszych dobrych domach, żeby dzisiejszej nocy czuły Waszą troskę i opiekę i nie bały się nic, a nic.



No to przyszła pora na wspomnienie Sylwestrów z Dadunią:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Sylwestry-z-Dadunia-Sylweter-2009.html



Tagi: nowy rok
10:56, damakier1
Link Komentarze (11) »
wtorek, 27 grudnia 2016

Choinka w tym roku odziana była nader skromnie.



xxx

 

 

xxx

 

Na szczęście pod choinką było hojniej.

 

xxx



Od samego wigilijnego rana aż do wieczora Franio trwał na straży.



xxx



Maniusia pomagała:



xxx



A w Święta Franio urządził dyskotekę przy choince.

 

xxx



Tagi: choinka koty
14:12, damakier1
Link Komentarze (7) »
piątek, 23 grudnia 2016

xxx

 

Dobrych Świąt - Wszystkim!!!



A dodatkowe nakrycie na moim wigilijnym stole będzie też dla tych posłów, którzy tegoroczne Święta spędzą w sali plenarnej Sejmu. Na znak mojej solidarności.


xxx

 

 

czwartek, 22 grudnia 2016

Całe życie na Boże Narodzenie robiło się bigos, a na Wielkanoc studzininę. Wiadomo, nie ma to, jak po powrocie z mroźnego spaceru rozgrzać się solidną porcją bigosu, a przy wielkanocnym śniadaniu zakąsić kieliszek zmrożonej wódki kawałkiem studzininy.

Aż tu nagle, rok czy dwa lata temu, przed Bożym Narodzeniem mąż mój świńskich nóżek nakupił i oświadczył, że w święta studzinina być musi. I że zrobi. No i robił.

Ale w tym roku nie dość, że przez moją chorobę mnóstwo obowiązków na niego spadło, to jeszcze głowę miał zaprzątniętą nowym meblem do zrobienia i ciągle po coś do Castoramy musiał jeździć. Wszystko przez Zimę.

Było tak: weszłam tuż nad ranem z sypialni do pokoju, coś spod okna smyrgnęło do przedpokoju, zdążyłam dostrzec, że to Zima i nagle, jak nie huknęło! Jak się z wieży radiowej snop iskier nie posypał! Zamiast przytomnie rzucić się wyciągnąć wtyczkę z gniazda, stałam osłupiała i darłam się Rysiek! Rysiek!, jak jaki głupol. Na szczęście wszystko ucichło i tylko smród spalenizny pozostał.

Poszedł amplituner i odtwarzacz. Oszczędzę Wam przytaczania mowy, jaką wygłosił mój mąż, kiedy wyciągnął spalone sprzęty obficie oblane kocim sikiem.

Na szczęście teraz na Allegro można kupić wszystko, bardzo szybko to, co trzeba się znalazło i paczka przyszła już przedwczoraj. Mojemu mężowi humor się poprawił, porzucił myśl o zabijaniu Zimy i wszystkich kotów i w chwilach wolnych od innych zajęć poświęcił się projektowaniu mebla na wieżę i czarne płyty takiego, że żaden sukinkot naszczać do środka nie zdoła. No i w związku z tym co chwilę jeździ do Castoramy, żeby zgromadzić cały materiał i zacząć budować zaraz, jak drugi dzień świąt się skończy.

Po tej przydługiej dygresji przejdę do adremu. Kiedy się chłopina po jakieś patyczki do Castoramy udał, pomyślałam sobie, ze zrobię mu tę studzininę. Wyciągnęłam z zamrażarki stadko świńskich nóżek, kawał wołowiny, kawał kury, nakroiłam włoszczyzny, wrzuciłam do gara, zalałam wodą i zabrałam się za przyprawianie. Wiadomo, w przyprawianiu cała sztuka i sens gotowania...

Posoliłam, dodałam pieprzu, angielskiego ziela, liści laurowych, czosnku, czosnku i czosnku i sypnęłam łychę słodkiej mielonej papryki. Kiedy mój mąż wrócił wszystko to radośnie pyrkotało w garnku. Nastawiłam ci studzininę - zawołałam - spróbuj, czy dobra...

Podszedł do kuchenki, podniósł pokrywkę i - A to nie barszcz? - zapytał.

Potem się mnie pytał, co mi przyszło do głowy, żeby do studzininy sypać paprykę, a ja się upierałam, że do tej pory zawsze paprykę dodawałam. Choć po prawdzie, to nie jestem pewna, czy kiedykolwiek wcześniej sama tę studzininę gotowałam.

Najważniejsze, że dziś na kolację mój mąż pierwszą michę zdegustował i studzinina okazała się bardzo dobra i jeszcze na dodatek ładna. Bo wiadomo: co czerwone, to ładne.


xxx

 

xxx



PS. Dla Ewy: Części do wieży dostarczono w bardzo ładnym pudle, co natychmiast docenił Pan Czesio.

 

xxx

 

xxx



Tagi: studzinina
23:57, damakier1
Link Komentarze (10) »
sobota, 17 grudnia 2016

Rozglądam się i aż oczom nie wierzę - czyżby już nadchodziła...?

 

xx

 

xx

 

xx

sobota, 10 grudnia 2016

Nie raz i nie dwa zastanawialiśmy się nad nadzwyczajną zdolnością Pana Czesia do pokazywania się w wielu miejscach jednocześnie. Przypadłość ta najdokładniej opisana jest tutaj

http://wwwtrembil.blox.pl/2013/07/Czesio-tu-Czesio-tam.html

ale i wielu innych miejscach znaleźć można rozważania, czy aby na pewno Pan Czesio występuje w zaledwie jednej osobie.


I oto dzisiaj udało mi się naocznie przekonać, że Pan Czesio jest co najmniej podwójny:

 

xx

 

xxx

 

xxx

 

xxx

 

xxx



Tagi: koty
17:35, damakier1
Link Komentarze (10) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71