Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
wtorek, 25 października 2016

 

Dziś Dzień Kundelka -

wszystkim Kundelkom składam najlepsze życzenia,

a tym schroniskowym życzę,

by znalazły dobre, ciepłe domy na nadchodzącą zimę i na całe życie.



xx



A to kochane Kundelki - towarzysze mojego życia - dawni i obecni:



Pierwszy był Florek. Było to tak dawno, że ani o komputerach, ani o fotografii cyfrowej nikomu się nie śniło. Nie mam zdjęcia, ale przypomnę, co kiedyś na blogu o Florku pisałam:


Florek – malutki, biały piesek, jeszcze mój „panieński”. Wzięłam go ze schroniska. Wyglądał jak biała niewinna maskotka, a okazał się zabijaką, który rządził na całej dzielnicy i nawet największe psie bandziory czuły przed nim respekt. Kiedy wyszłam za mąż, długo trwało nim Florek uznał, że już kto inny został przewodnikiem stada. A gdy urodziła się Dorolka, pilnował jej przed wszystkimi  obcymi, ale kiedy podrosła i już raczkowała po podłodze, patrzył, czy nikt nie widzi i złośliwie szczypał ją w pupę. Nie wiadomo ile Florek miał lat, gdy go brałam do domu, ale u nas był lat 17 i w ostatnich latach, choć nie chorował, a humor i apetyt mu dopisywały, widać było, że żywot jego zbliża się do końcówki. Oślepł i ogłuchł prawie całkowicie, dnie i noce prawie w całości przesypiał, tylko na chwilę wyprowadzany do ogrodu na sikanie. I zdarzyło się tak, że pewnej wiosny, kiedy zima postanowiła nie ustąpić i sypnęła ostro śniegiem, Dorola zachorowała na anginę. Wstałam w nocy podać jej antybiotyk, a Florek podniósł się z materacyka i podreptał pod drzwi. Otworzyłam pewna, że siknie pod schodami i zaraz wróci i zajęłam się Dorolką. Dałam jej lekarstwo, a psa nie było. Ubrałam się, wylazłam do ogrodu w sypiący śnieg – ani śladu. Obudziłam męża, wzięliśmy latarki, jeszcze raz obeszliśmy cały ogród, całą ulicę – bez skutku. Doczekaliśmy dnia – sprawdziliśmy na działkach, w ogrodach i piwnicach sąsiadów. Szukały Florka wszystkie okoliczne dzieci, dowiadywaliśmy się w schronisku, pisaliśmy ogłoszenia... Kamień w wodę! Najwyraźniej nie chciał Florek kłopotu nam sprawiać i poszedł sobie umrzeć.

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/03/Wiosna-a-mnie-naszly-wspominki-i-mysli-o-umieraniu.html



Potem był Drop i Papsiuka:


xx



Później Dada. Dadunia wprawdzie była bardzo rasowa, ale kochana była, jak kundelek i tak ją kochaliśmy.


xx



Potem pojawił się Szopek:


xx



I na końcu Wronka:

 

xx

Tagi: kundelki psy
15:10, damakier1
Link Komentarze (12) »
piątek, 21 października 2016

Że się oczko odlepiło temu misiu wiedzą wszyscy i niczego nadzwyczajnego w tym nie ma, ale żeby się uszko podziurawiło temu kotku?


Gdy już się mnie wszyscy na wszystkie strony nawitali, do kuchni wkroczył Karolek. Wskoczył na przyzlewną półeczkę, siadł wyprostowany, owinął się ogonem i radośnie zamruczał - Nnnooo, nareszcie będzie w tym domu jakaś przyzwoita szyneczka...

Podeszłam by go pogłaskać i cofnęłam się czym prędzej, tak strasznie od Karolka śmierdziało. Popatrzyłam, a jedno uszko całe czarne, oblepione obrzydliwą, czarną mazią, z której ten obrzydliwy smród ni to ropy, ni to zgnilizny się wydobywa.

Tłumaczyła mi potem Dorolka, że zauważyli to chore uszko tuż przed moim powrotem, że Karolka najwyraźniej to nie boli i mu nie przeszkadza, ale oczywiście zaraz w poniedziałek rano pojadą z nim do weterynarza.


W poniedziałek pojechali. Weszli do gabinetu, postawili kotenerek na stole i otworzyli. Karolek wyszedł, przeciągnął się i usiadł. O, jaki piękny...! - zawołały chórem trzy panie weterynarki, urzędujące w gabinecie.

Pierwsza weterynarka podeszła do stołu i wyciągnęła rękę. Natychmiast dosięgnęła jej ryża łapa i przejechała pazurem. Druga weterynarka podeszła z drugiej strony i tym razem ryża łapa równie błyskawicznie nauczyła ją moresu. Trzecia już nie próbowała.

Nie, Karolek nie płakał, nie wyrywał się ani nie uciekał. Karolek walczył.

Po naradzie weterynarki wyciągnęły z szafy wielki ręcznik, zarzuciły go Karolkowi na grzbiet, usiłując owinąć go nim i unieruchomić. Wydobył się bez trudu. Omotały go drugim, wylazł znowu. Dopiero gdy zarzuciły na niego trzy ręczniki, udało się go jakoś omotać i obezwładnić.

Teraz na zmianę dwie weterynarki półleżały na zawiniętym w ręczniku Karolku, a trzecia zmywała z ucha tę obrzydliwą maź, która rzeczywiście okazała się zaschniętą ropą. Potem jeszcze uszko ogoliły i pośrodku pokazała się idealnie okrągła, całkiem spora dziura:


xx


Nie było czego zszywać ani bandażować, pozostało tylko dziurę dobrze zdezynfekować i tak też zrobiono. Dostał jeszcze Karolek antybiotyk i wrócił do domu z zakazem wychodzenia na dwór aż do czwartku. Ile nas trudu i nerwów kosztowało, by go w domu utrzymać i nie dać zwiać na dwór, to już opisać sił nie mam. W każdym razie jakoś się udało, siedział Karolek w domu, jadł antybiotyk i gdy nadszedł czwartek, śmignął na dwór z pięknie wygojonym uszkiem. A kiedy ma dobry humor, to pozwala nam przez dziurkę w uszku zerkać za okno,


xx



a nawet oglądać telewizję.


xx

 

xx



Tagi: koty
19:40, damakier1
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 17 października 2016

Ze szpitala wróciłam w piątek i zaraz strasznie mi się chciało powitanie z Wronką opisać, ale sił miałam tak mało, że tylko po troszeczku, dzień po dniu opowieść mogłam ściubić...


Trochę miałam stracha, że jak się na mnie rzuci taki walec drogowy z oklapniętym uchem, to mnie na śmierć rozjedzie, ale Dorolka wszystko świetnie przygotowała. Wysłała Antka z Wronką na działki i gdy mój mąż przywiózł mnie do domu, droga była wolna. Spokojnie się rozebrałam, rozejrzałam po mieszkaniu, usiadłam przy biurku i zadzwoniliśmy do Antka, że mogą wracać.

Czekaliśmy wszyscy – Dorolka, Tatinek, mój mąż i ja - w małym pokoiku. Wrócił Antek, a z nim Wronka. Wpadła do pokoju, rozejrzała się i zaczęłą bezładnie biegać od mojego męża do Tatinka, od Dorolki do Antka – każdemu właziła na łeb i ni to wyła, ni piszczała niczym dusza potępiona. Mnie skrupulatnie omijała. Zrobiła tak parę rundek i nagle stanęła jak wryta przed moim krzesłem. No nie wiem, czy to był szloch, czy to był śmiech, czy jeszcze coś innego – w każdym razie nigdy wcześniej takiego głosu z psiej paszczy wydobytego nie słyszałam. A potem Wrońcia wsadziła mi śnupę w ucho, naszeptała i naszeptała mnóstwo przeróżnych powitań i znów rzuciła się w bieganie między wszystkimi w pokoju, każdemu na łeb właziła i wyśpiewywała - wróciła, wróciła, wróciłaaaa....!


xx

 

A kiedy wszyscy ochłonęliśmy i wszyscy porozchodzili się po domu, usiadłam wygodnie w tym fotelu, co to nie do końca jest pewne, czy jest mój, czy Wronki. Wronka natychmiast skoczyła i stanęła nade mną osłaniając mnie przed wszelkim złem świata tego.



xx



Wiesz - tłumaczyła mi - wymyśliłam, że na noc wyniesiemy pościel twojego męża na kanapę i ja osobiście będę warować koło ciebie i pilnować, żeby jaki kot nocą do sypialni nie wlazł...

Ależ, Wronko - zaprotestowałam - ostatecznie to jest mój mąż, nie musimy go na kanapę z łóżka wywalać.


Wronka na to tylko ramionami wzruszyła - To bardzo niehigienicznie...!


I kiedy po poobiedniej drzemce, późnym piątkowym wieczorem otworzyłam oczy, mojego męża obok nie było. Za to Wronka wytrwale pilnowała, by nikt nie zakradł się do sypialni.

 

xx



Tagi: psy
19:08, damakier1
Link Komentarze (20) »
niedziela, 04 września 2016

Kiedy Antek wyjechał wakacjować się nad morzem, Pan Czesio zniknął. Nie, nie zginął, ale z kota, który jest wszędzie, zamienił się w kota, którego nie widać. Nie słyszałam rano tupotu jego łap na schodach, nie zaglądał na kocią półeczkę, nie skradał się do dużego pokoju do stojaka z płytami, nie było go w ogrodzie. Jedyne miejsce, gdzie można go było czasem zobaczyć, to mały korytarzyk na górze. Siadywał tam spoglądając melancholijnie na tabliczkę na drzwiach, z nadzieją, że ktoś go wpuści do środka.


xx

 

A gdy wreszcie ktoś się ulitował i uchylił drzwi, zrywał się na równe łapy, wpadał do pokoju i stanąwszy w progu rozglądał się dookoła. W miarę, jak Antka coraz bardziej nie było, postawa Pana Czesia stawała się coraz bardziej zrezygnowana, opadał mu łeb i ogon, smętnie zwieszały się wąsy i uszy, wzdychał i łapa za łapą wlókł się na łóżko, by jakoś przedrzemać ten smętny czas.


Na szczęście wakacje się skończyły, Antek wrócił i jeśli ktoś ma ochotę popatrzeć na szczęśliwego kota, to proszę bardzo:



xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx



Tagi: koty
14:11, damakier1
Link Komentarze (23) »
czwartek, 01 września 2016

xx

 

 

Tak sobie myślałam, gdy zaczynałam, że na koniec napiszę parę słów o książce, która okazała się świetna i fascynująca. Ale w trakcie lektury coraz bardziej fascynowało mnie nie tyle to, co w książce, ile samo jej czytanie. I coraz większa rosła we mnie potrzeba, by opowiedzieć o moim czytaniu.



xx



Jest w naszym starym rodzinnym albumie zdjęcie, na którym siedzę zaczytana przy biurku, a podpis pod spodem, napisany ręką mego Taty, głosi – namiętność Małgosi, czytanie. I to była prawda, czytanie było wszechobecne w moim dzieciństwie i mnóstwo wspomnień z tamtego czasu łączy się z czytanymi wówczas książkami.

Z dzieciństwa weszłam w młodość, a pasja do książek poszła ze mną. W szkole średniej i na studiach czytało się mnóstwo, całe towarzystwo było rozczytane, wymienialiśmy się książkami, wspólnie się niektórymi zachwycaliśmy, a o niektóre kłóciliśmy się do upadłego.

A potem moją pracą, nie pierwszą, ale jedną z pierwszych, stała się praca w bibliotece Klubu Garnizonowego. Choć klub był garnizonowy, to biblioteka była biblioteką publiczną dla mieszkańców całego Pogodna.

To była praca wymarzona dla namiętnej czytelniczki. Niełatwo było w tamtym czasie zdobyć dobrą książkę, ale ja, jako bibliotekarka, prędko wyrobiłam sobie znajomości w księgarniach co było o tyle łatwe, że wojsko było dość hojne w finansowaniu zakupów. Bardzo atrakcyjne były też godziny pracy - od 14:00 do 20:00. W soboty i niedziele również, za to poniedziałek wolny. Moje dni w tamtym czasie przebiegały w jednostajnym rytmie – od 14. do 20. praca, potem do czytelni schodziła się grupka mych przyjaciół, niby na próby kabaretu, który założyłam głównie po to, żeby pozwolono nam siedzieć w czytelni po godzinach pracy i prowadzić życie towarzyskie. Do domu wracałam koło północy, z torbą pełną nowości, kładłam się na kanapie w mym małym pokoiku i czytałam resztę nocy aż za ścianą zaczynałam słyszeć mych rodziców, krzątających się przed wyjściem do pracy. Wtedy odkładałam książkę i zasypiałam do czasu, gdy sama musiałam się szykować do pracy na czternastą...

Wtedy bardzo często moje czytanie nie było takim sobie zwykłym czytaniem. Najprościej mówiąc, nie czytałam książki, a czytałam książkę. To znaczy, czytanie było najważniejsze, wpadałam w książkę cała, wynurzałam się niechętnie, we wszystkim innym towarzyszyła mi niecierpliwość, by jak najszybciej do książki powrócić.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego tak dobrze wspominam tamten czas - wtedy właśnie poznałam mojego męża, który przyszedł zapisać się do biblioteki i, jak twierdzi, postanowił ożenić się ze mną w momencie, gdy podał mi swoje nazwisko, a ja zapisałam je bezbłędnie już za pierwszym razem. Wierzę mu, bo noszę to nazwisko już kilkadziesiąt lat i ciągle mi je przekręcają wszelkie urzędniczki i panie rejestratorki, choćbym powtarzała i dziesięciokrotnie. Czasem mnie to bawi, często denerwuje i z sentymentem wspominam swoje proste, zaledwie czteroliterowe panieńskie nazwisko, z którym nie było żadnych kłopotów. (Nie, nic z tych rzeczy – ani Dupa, ani Duda).


Potem wyszłam za mąż, zmieniłam pracę, urodziła się Dorolka, życie zrobiło się dorosłe i czytanie zrobiło się zwykłym czytaniem. Już nie zachłannym, a zwyczajnym i coraz rzadszym. Na emeryturze to sobie znowu poczytam... obiecywałam sobie, ale kiedy przyszła emerytura wcale tak się nie stało. Trochę pewno przez internet, do którego dorwałam się dość łapczywie i książki zeszły na drugi, a może i trzeci plan, ale przede wszystkim przez to, że choćby mi Dorolka nie wiem co nowego (a Dorolka zawsze ma coś nowego) podsunęła do czytania, zawsze na koniec miałam takie poczucie, że nie jest to wcale takie nowe i że coś podobnego już kiedyś czytałam...


Stopniowo porzuciłam beletrystykę i czytam raczej biografie, wspominki, czasem reportaże, ale to jest już takie zwykłe czytanie, jakże dalekie od czytania...


Kiedy Dorolka powiedziała przyniosłam ci książkę i zobaczyłam na biurku grubaśne tomiszcze, pomyślałam, że takiej cegle rady nie dam. A wieczorem siadłam i po paru stronach wpadłam w tę książkę po same uszy, zamieszkałam w niej i wychodziłam tylko na chwilę dla załatwienia podstawowych i koniecznych spraw życiowych. Czytałam i czytałam, a kiedy skończyłam, żałowałam, że to już koniec.

I największą radością z tej lektury jest to, że przywróciła mi tę dawną umiejętność czytania. A może wcale jej przez te lata nie straciłam tylko nie natrafiałam na odpowiednią książkę?



PS. Gosianko, nie bój się. Wprawdzie są w tej książce rzeczy straszne, ale sama książka straszna nie jest.


PS. PS. Dalej już będzie normalnie... ;)

 

xx



Tagi: czytanie
23:17, damakier1
Link Komentarze (7) »
czwartek, 25 sierpnia 2016

 

xx



818 stron!



Zapowiada się dłuższa przerwa...

 

 

xx



11:46, damakier1
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 sierpnia 2016

xx

 

Grzybów było w bród: chłopcy biorą krasnolice,

Tyle w pieśniach litewskich sławione l i s i c e,

Co są godłem panieństwa, bo czerw ich nie zjada,

I dziwna; żaden owad na nich nie usiada.

Panienki za wysmukłym gonią b o r o w i k i e m,

Którego pieśń nazywa grzybów półkownikiem.

Wszyscy dybią na r y d z a; ten wzrostem skromniejszy

I mniej sławny w piosenkach, za to najsmaczniejszy,

Czy świeży, czy solony, czy jesiennej pory,

Czy zimą. Ale Wojski zbierał m u c h o m o r y.



xx

 

Inne pospólstwo grzybów pogardzone w braku

Dla szkodliwości albo niedobrego smaku,

Lecz nie są bez użytku: one zwierza pasą

I gniazdem są owadów, i gajów okrasą.

Na zielonym obrusie łąk jako szeregi

Naczyń stołowych sterczą: tu z krągłymi brzegi

S u r o j a d k i srebrzyste, żółte i czerwone,

Niby czareczki rożnem winem napełnione;

K o ź l a k, jak przewrocone kubka dno wypukłe,

L e j k i, jako szampańskie kieliszki wysmukłe,

B i e 1 a k i krągłe, białe, szerokie i płaskie,

Jakby mlekiem nalane filiżanki saskie,

I kulista, czarniawym pyłkiem napełniona

P u r c h a w k a, jak pieprzniczka - zaś innych imiona

Znane tylko w zajęczym lub wilczym języku,

Od ludzi nie ochrzczone; a jest ich bez liku.

Ni wilczych, ni zajęczych nikt dotknąć nie raczy,

A kto schyla się ku nim, gdy błąd swój obaczy,

Zagniewany, grzyb złamie albo nogą kopnie;

Tak szpecąc trawę, czyni bardzo nieroztropnie.


/A. Mickiewicz: Pan Tadeusz. Księga Trzecia: Umizgi./



Ja nie grzybozbieram już od dobrych dwudziestu lat. Ale od czegóż ma się ludzi...?


xx

 

xx



 



17:55, damakier1
Link Komentarze (6) »
piątek, 12 sierpnia 2016

Pojechaliśmy zaszczepić Szopka, żeby się nie wściekł.

Trochę się bałam, jak to będzie, bo Szopek już od długiego czasu chodzi na spacery najdalej do połowy ulicy i nigdzie nie bywa, a histeryczny i złośliwy zrobił się okropnie i nie wiadomo było, jak się u weterynarza zachowa. Ale jak trzeba, to trzeba...

Ubrać się w wyjściowe szeleczki pozwolił nawet dość chętnie i dość ochoczo pomaszerował do samochodu. Stanął przed otwartymi drzwiami i chyba przypomniały mu się dawne wyprawy na dalekie spacery, bo najwyraźniej miał ochotę wskoczyć do środka. Ale cóż...? Ten próg samochodu, na który jeszcze nie tak dawno zgrabnie hycał, teraz zrobił się tak okropnie wysoki, że biedny Szopek zadzierał tylko łepek wysoko w górę i stał bezradnie, czekając zmiłowania boskiego.


Wprawnym, wielokrotnie ostatnio ćwiczonym sposobem, podłożyłam jedną rękę pod szopciowy brzuszek, drugą pod pupę i zaczęłam ostrożnie unosić go w górę. Bardzo ostrożnie, bo nigdy nie wiadomo, czy podnoszony tak Szopek uśmiechnie się z wdzięcznością, czy przeciwnie – wkurzy się i walnie rękę, która go dźwiga. Poszło pomyślnie - Szopek zadowolony wturlał się na podłogę przed moim fotelem i zajął całą podłogę nie troszcząc się, gdzie postawię nogi. Pojechaliśmy.


Akcja wydobywania Szopka z samochodu na parkingu przed przychodnią weterynaryjną okazała się dość skomplikowana, bo nijak nie byłam w stanie podłożyć mu ręce jednocześnie pod brzuch i kuper i wyjąć go taką samą metodą, jaką wsadziłam go do środka. Jedyne, co mogłam zrobić, to wyciągnąć go do samego progu i prośbą i groźbą nakłaniać do skoku. Ale gdzie tam! Szopcio zapierał się wszystkimi czterema łapami i twardo mówił, że do takiego desperackiego rzucania się w przepaść nikt go namówi.

Nie miałam wyjścia! Pociągnęłam zdecydowanie za smycz i Szopcio wypadł z samochodu. Ale lądował bezpiecznie, bo mój mąż przewidująco zaparkował tak, żeby się wypadało nie na twardy beton, a na przylegający do parkingu trawnik.

Wypadłszy, Szopek się pozbierał, otrzepał i ruszyliśmy. Te jakieś 15 metrów dzielących nas od drzwi przychodni przebyliśmy w niecały kwadrans i weszliśmy do środka.

W pół sekundy Szopek wyprężył się, uszka postawił, ogonek zadarł i z zagubionego, zniedołężniałego staruszka przemienił się w dziarskiego, przystojnego pieska. I nie zdziwiłam się – od dawien dawna wiem, że Szopcio nadzwyczajnie gustuje w dużych blondynach, a tuż przed wejściem do poczekalni leżała ona:


xx



Czas w poczekalni płynął nam szybko i miło, Szopek podrywał blondynę, a ona, jako że dochodziła do siebie po narkozie i była w lekkiej malignie, przyjmowała z radością jego karesy w przekonaniu, że ma przed sobą jakiego psiego Rudolfa Valentino...

 

xx

 

xx



Czar prysnął, gdy znaleźliśmy się w gabinecie. Na stół? - spytał Szopek, gdy pochyliłam się by go podnieść i stanowczo pokręcił głową: - co to, to nie!

Trudno, będzie pani doktor musiała przykucnąć – powiedziałam, bo wiem, że gdy Szopek nie chce żeby go podnosić, to nikt go nie podniesie. Pani doktor przykucnęła, a gdy tylko wyciągnęła rękę, rozległo się kłapnięcie zębami i ledwo, ledwo zdążyła rękę cofnąć.

Siedziałyśmy obie w kucki nad złowrogo sapiącym Szopkiem nie bardzo wiedząc, co dalej. Dotknąć się nie dawał żadnej z nas i w końcu pani doktor wysłała swą asystentkę po kaganiec. Dziewczyna poszła, wróciła z kilkoma kagańcami i dopiero zaczęło się przedstawienie. Ja próbowałam Szopcia przytrzymać, pani doktor próbowała założyć mu kagańczyk, potem próbowała asystentka, potem obydwie, a w końcu mnie się udało od tyłu mu to urządzenie na ryj wcisnąć. Szopek wkurzył się tym razem nie na żarty, paszczę rozdziawił do imentu, a kaganiec zatrzeszczał grożąc pęknięciem. No to poprawiłyśmy jeszcze drugim i tak obezwładniony Szopek – w dwóch kagańcach na mordce, co sił przyciskany przeze mnie do podłogi - został zaszczepiony przeciw wściekliźnie.

Nie wiem, czy to jeszcze był sens skoro najwyraźniej wściekł się już wcześniej …?



xx



 



 

Tagi: psy
23:22, damakier1
Link Komentarze (22) »
wtorek, 02 sierpnia 2016

Jak tylko Wronka spostrzegła, że mam na szyi zawieszony aparat fotograficzny, zaraz skręciła w alejkę prowadzącą na psi wybieg. Podążałam za nią bez słowa, bo rzeczywiście szmat czasu już nie byłyśmy na wybiegu i najwyższa już była pora żeby tej samej Wronce, w tej samej pozie na tym samym daszku milionowe zdjęcie zrobić.

Doszłyśmy, otworzyłam furtkę i Wrońcia posznurowała prosto na daszek.



xx

 

Pstryknęłam, Wronka zgrabnie zeskoczyła z daszku i powędrowała sprawdzić, czy się co na wybiegu nie zmieniło. Chodziła od ławki do ławki, przystawała przed siedzącymi ludźmi w nadziei, że ją ktoś czymś poczęstuje, szukała w trawie patyków do zabawy. Psami się nie interesowała, bo to już nie te czasy, kiedy Wrona wpadała na wybieg i całe psie towarzystwo porywała do szalonego berka. Zrobiła rundę dookoła placu i położyła się obok ławki, na której siedziałam.

Zobaczyłyśmy ją jednocześnie - śliczna kosmata terierka zmierzała od furtki prosto na nas.



xx



Wronia poderwała się, wybiegła kilkanaście metrów naprzeciw kosmatej, położyła się w trawie i czekała.



xx

 

xx

 

Przywitanie było króciutkie, ledwo musnęły się nosami, a potem przypadły na łapy, podskoczyły, wywinęły młynka i pognały – kosmata przodem, a Wrona za nią. A za chwilę na odwyrtkę - Wronia przodem, a z tyłu kosmata.

Kiedy obydwie padły zmordowane przy mojej ławce, chwilę leżały bez ruchu, a potem Wrona długo coś szeptała w ryże kosmate ucho. Potem wstały i poszły w kierunku toru przeszkód. Wrona śmigała jak wiewióra po daszku i - chodź, zobacz, jakie to fajne! - namawiała, ale terierce łapy się rozjeżdżały już na samym wejściu i daszku nie zdobyła.

Za to na kładkę nauczyła ją Wronia wchodzić już przy drugiej próbie i bardzo dumne paradowały w tę i z powrotem.

 

xx



Przyglądałam się temu wszystkiemu z wielką przyjemnością, a gdy patrzyłam na roześmiany ryży pysk kosmatej koleżanki, inny kosmaty ryży pysk mi się przypominał i przez chwilę wydawało mi się, że to z naszą Dadunią Wronka na kładce stoi...

 

xx



O naszej Daduni pisałam na blogu, można wpisać Dadunia w okienko na szpalcie i się znajdzie.



xx



Tagi: psy teriery
22:41, damakier1
Link Komentarze (12) »
piątek, 29 lipca 2016

Było upalne, leniwe popołudnie. Pan Czesio siedział na najwyższym stopniu schodów i gapił się na ogród. A ja gapiłam się na Pana Czesia.

 

 

xx

 

 

Nadszedł Karolek. Przywitał się i dołączył do Pana Czesia.

 

 

xx

 

 

Teraz gapiłam się na obydwóch i przysłuchiwałam się ich rozmowie:

 

 

KAROLEK



Cóż tam, panie, w polityce?

Chińcyki trzymają się mocno!?



PAN CZESIO



A, mój miły gospodarzu,

mam przez cały dzień dosyć Chińczyków.



KAROLEK



Pan polityk!



PAN CZESIO



Otóż właśnie polityków

mam dość, po uszy, dzień cały.



KAROLEK



Kiedy to ciekawe sprawy.



PAN CZESIO



A to czytaj, kto ciekawy;





xx



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71