Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
piątek, 29 lipca 2016

Było upalne, leniwe popołudnie. Pan Czesio siedział na najwyższym stopniu schodów i gapił się na ogród. A ja gapiłam się na Pana Czesia.

 

 

xx

 

 

Nadszedł Karolek. Przywitał się i dołączył do Pana Czesia.

 

 

xx

 

 

Teraz gapiłam się na obydwóch i przysłuchiwałam się ich rozmowie:

 

 

KAROLEK



Cóż tam, panie, w polityce?

Chińcyki trzymają się mocno!?



PAN CZESIO



A, mój miły gospodarzu,

mam przez cały dzień dosyć Chińczyków.



KAROLEK



Pan polityk!



PAN CZESIO



Otóż właśnie polityków

mam dość, po uszy, dzień cały.



KAROLEK



Kiedy to ciekawe sprawy.



PAN CZESIO



A to czytaj, kto ciekawy;





xx



sobota, 23 lipca 2016
wtorek, 19 lipca 2016

xx

Nie wiem, co mnie tknęło, że przerwałam robotę i wyszłam na werandę. Zagapiłam się chwilę na ogród i usłyszałam głośne ziajanie, sapanie i stękanie przerywane żałosnym skomleniem. Dobiegało z wejścia do piwnicy, tuż przy schodach na werandę. Wyjrzałam, a tam uwięziony Szopek!

 

To wejście do piwnicy to nie są drzwi tylko takie duże okno – takie, jak robi się w suterenach. Sięga sporo poniżej poziomu gruntu i jest przed nim dość głęboka dziura w ziemi, ukształtowana w taki jakby zakopany w ziemię balkonik. Zasadniczo, powinna nad tym być położona ochronna kratka, ale to duże okno pozwala na łatwe wnoszenie na zimę ogrodowych mebli, wystawianie kosiarki i na wychodzenie z piwnicy do ogrodu bez łażenia dookoła do drzwi właściwych. No więc kratki nie ma i teraz właśnie w betonowej dziurze sapał, jęczał, płakał i miotał się Szopek.

Czym prędzej zbiegłam do piwnicy i otworzyłam okno od wewnątrz. Szopek miotał się, jak oszalały, a spanikowany był tak bardzo, że choć wykrzykiwałam mu nad uchem swe imię, nazwisko, a nawet pesel, nie poznawał mnie wcale i na każdą próbę dotknięcia, rzucał się na mnie z wściekłym atakiem.

Stanęłam chwilę bez ruchu, dając mu czas by ochłonął. Po chwili zaprzestał bezładnego dreptania, przystanął i już nie skomlał, tylko sapał – z nerwów i ze zmęczenia. Powoli, uważnie bacząc na groźne zęby, wyciągnęłam rękę i ostrożnie położyłam na szopciowym łebku. W pierwszym momencie szarpnął się w popłochu, ale zaraz się uspokoił, opuścił uszka, spojrzał i najwyraźniej mnie poznał. Głaskałam go jeszcze przez dłuższą chwilę, a potem delikatnie wsunęłam mu jedną rękę pod brzuch, drugą pod pupę, uniosłam i wystawiłam do ogrodu.

Popędził przed siebie ile sił w bylełapkach, a ja wygramoliłam się z piwnicy i poszłam za nim. Dobrze, że poszłam, bo z tych nerwów zabłądził i kręcił się w kółko po trawniku. Zaprowadziłam go do domu i dałam mu na pociechę trochę serka waniliowego, którym, gdy się ta cała awantura zaczęła, smarowałam naleśniki. Zjadł, oblizał się i chyba się nawet uśmiechnął.

Ho, ho, ho, Szopciu - powiedziałam - byłeś dzisiaj najprawdziwszym hohoniem! W odpowiedzi kiwnął ogonkiem, ale nie sądzę, żeby zrozumiał, o co mi chodziło...

 

xx

 

Tagi: psy
16:58, damakier1
Link Komentarze (10) »
niedziela, 17 lipca 2016

Dokładnie w chwili, gdy Maniusia wyszła przed furtkę, z przeciwnej strony placyku pojawił się Franio.

 

xx

 

xx

 

 

Na jego widok Maniusia czym prędzej fajtnęła na plecki i wyczyniając najprzeróżniejsze wygibasy, zaśpiewała:

 

Jestem taka słodka kotka

I ślicznotka, i pieszczotka,

Gnę swe ciało z wielkim wdziękiem

I jeszcze śpiewam piosenkę:

 

Jestem taka...

 

 

xx

 

 

Franio  usiadł, zasłuchał się i zapatrzył...

 

xx

 

 

wreszcie podszedł

 

xx

 

 

i było mi dane być świadkiem niezwykle romantycznego powitania

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

 

W końcu - Pójdę już - szepnął Franio Maniusi do uszka.

 

xx

 

I poszedł. A Maniusia została.

 

xx

 

 

 

 

 

 

Tagi: koty
13:16, damakier1
Link Komentarze (14) »
środa, 13 lipca 2016

Młoda kapustka była. Szparagi były. Była fasolka szparagowa i był kalafior. Bób jest codziennie. Dzisiaj miał być chłodnik litewski, ale ogórki wepchały się bez kolejki i chłodnik był ogórkowy, do ziemniaków z jajkami sadzonymi i skwarkami. No to litewski będzie niebawem...

 

 

xx

 

xx

 

 

Na rynku widziałam już kurki i zaraz  trzeba je będzie smażyć na maśle i posypywać pachnącym koperkiem.

O! I pokazały się jagody, więc pierogi z jagodami... To znaczy wystarczy dobry makaron polać rozgotowanymi jagodami, śmietaną i posypać cukrem. Pyszne tak samo, ale o ile mniej roboty! A liczy się za pierogi.

 

 

xx

 

xx

 

 

Później będę robić na obiad leczo, a potem pokażą się śliwki i może się zdobędziemy na knedle ze śliwkami?

 

 

xx

 

xx

 

 

A kiedy mój mąż wyniesie na werandę świeżo upieczony, trochę jeszcze ciepły placek ze śliwkami do popołudniowej herbaty, będziemy sobie mogli powiedzieć, że lato mamy zaliczone.

 

 

xx

 

xx

 

 

 

Tagi: lato ogrody
20:55, damakier1
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 11 lipca 2016

xx

 

xx

 

xx

 

 

Nie, nie, nie..., nie budźcie mnie...!

 

xx

Tagi: koty
18:04, damakier1
Link Komentarze (7) »
środa, 06 lipca 2016

Prawie każdej nocy, tuż nad ranem, doświadczam działania zespołu niespokojnych nóg. Zaczyna się nawet przyjemnie – niespokojne nogi, podrygując leciutko, muskają delikatnie moje plecy i wchodzą nieśmiało do mego snu. Ale trwa to tylko krótką, króciutką chwilę – nim zdążę się obudzić nabierają rozpędu, pedałują zajadle po prześcieradle i raz po raz walą mnie niespodziewanie, a boleśnie w plecy. Przeczekam – myślę sobie i leżę w bezruchu w nadziei, że zespół wkrótce się zmęczy i da mi jeszcze trochę spokojnie pospać. Nic z tego! Nogi przechodzą w gwałtowny galop i nie mam innej rady, jak pochwycić je z całych sił i przekręcić w kierunku mojego męża. Niewiele to daje, bo od szalonego galopu trzęsie się już całe łóżko i o dalszym spaniu nie ma już mowy. Przez moment obserwuję, jak teraz mój mąż doświadcza działania zespołu niespokojnych nóg, wstaję i idę do kuchni zrobić kawę.

Po chwili przychodzi mój mąż, pijemy poranną kawę, a kiedy zaglądamy do sypialni, zespół niespokojnych nóg śpi w najlepsze i ani drgnie.

 

xx

 

Ale niespokojny bywa i za dnia:

 

xx

 

piątek, 01 lipca 2016

xx

 

Kości

Ludwik Jerzy Kern



 

Przyszedł kiedyś do mnie mój pies

z oczami pełnymi miłości.

Zajrzał mi aż do duszy,

a potem nadstawił uszy

i spytał:

- Gdzie są te kości?

Możliwe, że nieco zbladłem,

jak wszyscy nagle pytani.

- Ja - odparłem - kości nie zjadłem...

Idź, spytaj, może pani?...

Ale on westchnął głęboko

i nawet nie drgnął, fujara,

a potem, zmrużywszy oko,

mruknął:

- Zna pan Cezara?

- Cezara? - rzekłem, nie zmieniając tonu. -

Tego od rzeźnika?

- Nie, tego od Rubikonu...

Czy wszystko jest już wytłumaczone,

Czy jasne jest?

Czy nie?

Skoro ktoś krzyczy:

"Kości rzucone!",

to niech psom, psiakrew, powie gdzie.




Wszystkim Psom życzymy dobrych ludzi, wygodnych kanap, dłuuugich spacerów i znalezienia tych kości :)))


damakier oraz koty

 

xx

 

Na śmierć zapomniałam o dzisiejszym święcie i gdyby nie komentarz Eulaliji w poprzednim wpisie, musiałabym spalić się ze wstydu.

 

Eulalijo, dziekuję!

 

xx

 

 

Tagi: Dzień Psa
19:29, damakier1
Link Komentarze (15) »
wtorek, 28 czerwca 2016

Gdzie jest duża drabina? - spytał Antek i jeden rzut oka na jego minę mi wystarczył by zrozumieć, że nie jest dobrze. Co się stało? - zawołałam, a Antek: Koty na dach uciekły!

 

Mój mąż poszedł wyprowadzić samochód z garażu żeby się dostać do drabiny, a ja poleciałam po aparat. Już, już go miałam w ręce, gdy głos rozsądku huknął mi prosto w ucho - Zgłupiałaś?! Trzeciego zawału chcesz z nerwów dostać? Się tu nie denerwuj, tylko zabieraj dupę w troki! Odłożyłam aparat i obwieściłam, że nie mam sił na to wszystko patrzeć i idę na rynek.

 

Idź, idź...! - zawołali wszyscy, szczęśliwi, że zaoszczędzone im będzie moje bieganie pod drabiną, udzielanie dobrych rad i dodawanie otuchy zawołaniami typu: O, matko boska!, Zaraz spadną!, Zabiją się!, A nie mówiłam...?!

 

No to poszłam. Wchodząc w ulicę tylko raz obejrzałam się za siebie – Dorolka, przewieszona przez parapet, trzymała tuż przy rynnie kotenerek przytroczony do kija od szczotki. Z rynny sterczały dwa szaro bure łebki.

 

Chodziłam między straganami wypatrując ładnej fasolki szparagowej, a przed oczyma miałam, a to jednego tymczaska kurczowo uczepionego do rynny malutkimi łapinkami, bezradnie machającego nóżkami nad przepaścią, a to zwłoki drugiego, nabite na gałęzie rosnącego przed domem ostrokrzewu. Kiedy ujrzałam stojącą na placyku karetkę pogotowia i sanitariuszy wyciągających Antka spod drabiny, w kieszeni zabrzęczała mi komórka. Już po wszystkiem...! - zaświergotała Dorolka. Kupiłam fasolkę i wróciłam do domu.

 

W domu Dorolka siedziała na kanapie. Na kolanach miała Burego, a w kotenerku obok siedział Szary (albo odwrotnie). Odetchnęłam i zażądałam – opowiadaj!

 

xx

 

One to już dawno musiały mieć zaplanowane i przemyślane, bo gdy dostały rano śniadanie, tak się ostentacyjnie zabrały do jedzenia, tak się niczym innym nie interesowały, aż zwiedziona tym Dorolka postanowiła to wykorzystać i na tę chwilę szeroko otworzyć okno i porządnie wywietrzyć bez łapania kotków do kotenerka. Dla pewności ustawiła Antka pod oknem i otworzyła... W tej sekundzie obydwa podniosły łebki znad miski, a w następnej już były za oknem!

 

Szczęściem za tym oknem nie ma przepaści i nieboraki wypadły na dach. Przestraszone  nie na żarty, kręciły się bezradnie  nie zwracając najmniejszej uwagi na błagalne kici kici, którym Dorolka usiłowała zwabić je z powrotem. Na koniec zjechały po dachu i zatrzymały się w rynnie. Tam, coraz bardziej wystraszone, zapłakały cichutko, skryły się pod gałęziami rosnącej tuż przy domu wysokiej jodły i kiedy Antek wspiął się na górę po drabinie, ani myślały wyleźć. Na próżno nawoływał, na próżno wymachiwał saszetką z pysznym jedzonkiem – żaden spod jodły ani noska nie wyściubił, tylko płakały żałośnie...

 

xx

 

I nagle, do tego cieniutkiego, piskliwego pomiaukiwania dołączyło donośne, porządne miauu...! Najpierw jedno, a potem drugie. To Franio z Zimką, którzy z dołu obserwowali całe zajście, włączyli się do akcji. Antek twierdzi, że sprowokowało ich szeleszczenie saszetki z żarciem, ale ja z Dorolką uważamy, że wzruszył ich płacz maluchów i chciały im dodać odwagi. I tej wersji będziemy się trzymać.

 

Długo nie trwało, a po paru miauknięciach Frania i Zimy, wyjrzał spod jodły Szary, a po chwili Bury (albo odwrotnie). Antek łapał je kolejno, ładował do kotenerka i podawał czekającej w oknie Dorolce.

 

UFFF!!!! I to by było na tyle...

 

PS. 1: Szary i Bury mają nowe imiona. Szary nazywa się teraz Fin, a Bury Pad (albo odwrotnie).

 

PS. 2: Najlepsza wiadomość jest taka, że kotki mają nowy dom. Obydwa weźmie kolega z klasy Antka.

 

*Tytuł do tego wpisu podpowiedział mi Tatinek.

 

 

czwartek, 23 czerwca 2016

Rosną i mądrzeją. Opanowały perfekcyjnie:

 

  1. Przybieganie do pełnych miseczek

  2. Korzystanie z kuwety

  3. Wdrapywanie się na łóżko Antka

  4. Wspinanie się po wszystkim

  5. Galopady po pokoju o 4-tej nad ranem i tupanie, jak stado słoni

  6. I jeszcze sto przeróżnych, a nadzwyczajnych umiejętności

 

Każdej rodzinie taki koteczek przyniesie moc radości i szczęścia. A dwa, dwa razy tyle!

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xx

 

xxxx

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 71