Zwierzęta, które miałam, które mam i te, które tylko spotkałam. I co się jeszcze nadarzy.
Kategorie: Wszystkie | Szczecin
RSS
piątek, 16 listopada 2012

Mój mąż jest zawołanym psiarzem. Z tych, co to psy wielbią, a nie lubią kotów. Nie lubią? Nie cierpią i nie znoszą! Żadnego kota! - mawiał mój mąż i żadnego kota w domu nie było, bo przez długie lata był w domu Drop: pies – kotobójca. Kiedy Drop zakończył żywot, zaraz zaczęła Dorolka marudzić, że kotka by strasznie mieć chciała. Ale mąż mój był nieugięty – nie, nie i nie! -  powtarzał i malowniczo opowiadał, co takiemu kotu zrobi jeśli się Dorolka jakiego do domu ośmieli przywlec. Dorolka się oczywiście  ośmieliła i przywlokła ze schroniska malutkie czarne nieszczęście z białym krawacikiem, białymi skarpetkami i białym pędzelkiem na koniuszku ogonka. Przyjechał wtedy mój mąż do mnie do pracy i tragicznym głosem obwieścił: Kot jest w domu! Ale niczego złego mu nie zrobił poza tym, że nazwał go Ogórek. Długo ten Ogóreczek nie pożył, kilka lat zaledwie, bo miał kocią odmianę AIDS. A zaraz jak zabrakło Ogórka, nastał w domu Szopek i razem z Dadunią i Papsiuczką to już były trzy psy i nowego kota specjalnie nie szukaliśmy. Tym bardziej, że z pobliskich działek zaczął przychodzić duży biały kot z szarymi łatami. Podchodził tylko do schodów przy ganku i grzecznie czekał, czy go czymś poczęstuję. Nazwałam go Bolek i urządziłam mu stołówkę na murku nad schodami. Szybko oswoił się na tyle, że w czasie jedzenia mogłam go pogłaskać, ale na nic więcej nie pozwalał. Po pewnym czasie przyprowadził burego kolegę. Oczywiście nazwałam go Lolek. Wystarczyło przed dom wyjść  i Bolek! Lolek! zawołać, a zaraz obydwa od strony działek pędziły, mało sobie łap nie łamiąc. I miałam teraz Bolka i Lolka za stołowników. Ileż ja się nasłuchałam od mego męża, że dom z torbami puszczę,  majątek cały na obce koty trwoniąc. Marudził tak i złorzeczył ilekroć mu do listy zakupów kocią karmę dopisywałam.  A gdy zaczęły się jesienne chłody, zaczął robić ciepłą budę dla kotów. Wyrychtował im nie budę, a pałac prawie i Bolek z Lolkiem  parę zim sobie przemieszkały. Niestety, któregoś lata ktoś wytruł działkowe koty i Bolek z Lolkiem też padły ofiarą tego zbrodniarza.

 

Z naszych obecnych kotów tylko Zima podejrzewa, że być może z tą niechęcią mego męża do kotów coś jest na rzeczy. Przez parter przemyka się dość ostrożnie, a gdy mąż mój spojrzy na niego srogo i jeszcze ruszy groźnie wąsem – wieje na górę aż się kurzy!

Pan Czesio o żadnej niechęci słyszeć nie chce. Przybiega się witać entuzjastycznie, ociera się, wspina na tylnych łapach i łepek  nadstawia aż mężowi memu ręka sama do głaskania się zabiera.

Karolek, rozwalony na stole, puszcza mimo uszu straszne zawołanie – CO??? KOT NA STOLE???!!!, olewa groźby potwornych, grożących mu kar i łaskawie pozwala mojemu mężowi przenieść się delikatnie na poduszkę na fotelu. Po czym odczekuje chwilę i bezczelnie wraca na stół.

Najbardziej mężowska niechęć do kotów objawiła się na przykładzie Frania. To Franiowi właśnie zdarzało się nie raz i nie dwa obsikać nam a to firanki, a to komputer, a to jeszcze co innego. Znowu naszczane! Nie zniosę tego smrodu! pomstował okrutnie mój mąż i pędził Frania na cztery wiatry, wrzeszcząc i tupiąc, gdy tylko Franek się pojawił. Tak przepędzany Franio oczywiście sikał jeszcze częściej i mocniej, bo przecież musiał jakoś pokazać, że tu mieszka. Zapętliło się to wszystko w błędne koło i nie wiadomo jakby się skończyło, gdyby raz i drugi nie zdarzyło się, że gdy zwoływałyśmy z Dorolą koty na noc do domu, wszystkie przychodziły, a Franek nie. Na próżno darłyśmy się Franiu! Franiu! - miał nas w nosie i ani myślał się pokazać. I któregoś razu, gdy tak przez pół nocy na przemian latałyśmy do drzwi wołając go nadaremnie, mój mąż wyjrzał na schody, cichym głosem zawołał Kocie! - a Franek wyskoczył spod żywopłotu i pomaszerował do domu. I tak jest do dzisiaj, wołam Frania i wołam i w końcu męża po niego wysyłam. Pytam potem – przyszedł? - a mąż mój na to tylko ostentacyjnie ramionami wzrusza. Przestał też nazywać Frania Franiem. Zwraca się do niego Kocie i mówi o nim kotkot to, kot tamto...

I choć mój mąż nadal jest zdeklarowanym wrogiem kotów, to myślę, że kota polubił. Bardzo.

 

 

 

 

 

22:05, damakier1
Link Komentarze (27) »
czwartek, 15 listopada 2012

Przyleciała w prezencie od Innej57 i jej Mamci. Jak ją Inna haftowała, można zobaczyć tu:

http://forum.gazeta.pl/forum/w,89075,139354049,139354049,Skad_sie_biora_sowy_.html

Zapakowana sówka była niezwykle profesjonalnie i starannie i długo mordowałam się z rozpakowaniem paczki. A gdy się wreszcie uporałam, znalazłam jeszcze coś, co ucieszyło mnie niezwykle – list ręką własną Innej pisany! Dzisiaj, kiedy nic, tylko maile i esemesy się dostaje, już nawet nie pamiętam kiedy zwykły, ludzki list w ręce zdarzyło mi się trzymać.

Wylądowała nowa sowa w miejscu dawno już dla niej upatrzonym – w małym pokoiku książkowo-komputerowym. Wisi nad fotelem, w którym się  lubię rozsiadać, gdy jaką książkę lub gazetę mam do poczytania. Specjalnie powiesiłam ją dość nisko, żeby sobie mogła zerkać, co czytam. Tuż obok jest biurko z komputerem i kiedy odwrócę głowę od monitora, mogę sobie na  nią spoglądać.

 

 

Ta sowa to już drugi obraz nicią malowany, jaki mam w domu. Pierwszy to piękne maki, haftowane  jeszcze we Lwowie, gdzieś w latach trzydziestych ubiegłego wieku, przez moją teściową.

 

 

 

Sporo różnych haftów zdarzało mi się oglądać, niektóre bardzo piękne, ale tylko maki mojej teściowej zdawały mi się nie haftowane, a malowane właśnie. Tak precyzyjnie odcienie nici dobrać i tak dokładnie nitkę przy nitce układać, żeby obraz namalować to wielka sztuka! Zdawało mi się, że dzisiaj już nikt tak haftować nie umie, a sówka moja tak właśnie jest wyhaftowana.

 

 

Inko!
Sprawiłaś mi wielką radość. Bardzo, bardzo dziękuję Tobie i Szanownej Pani Mamci

 

damakier

 

O mojej sowiej kolekcji przeczytać można tu:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/09/Moje-sowy.html#ListaKomentarzy

 

12:04, damakier1
Link Komentarze (7) »
piątek, 09 listopada 2012

Zaczęło się tak:

 

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/10/Wrona-konkursowa.html

 

Jak się potoczyło, można poczytać w kilku kolejnych wpisach. A dziś przyszła nagroda Wronki za zajęcie 3. miejsca. Nagroda wygląda tak:

 

 

A wyczesana furminatorem Wrona tak:

 

 

Krysiu! - Jeszcze raz dziękujemy Ci za trud włożony w te wszystkie konkursy, pozdrawiamy Cię serdecznie i życzymy dużo zdrowia.

Wrona i damakier

 

 

To są wiosenne kwiatki dla Ciebie na jesienne dni. Biało-czerwone z racji niedzielnego Święta.

 

 

18:30, damakier1
Link Komentarze (19) »
środa, 07 listopada 2012

Nie ma chyba na całym tym świecie drugiego stworzenia tak godności pełnego i przeświadczonego o swej ważności. Podczas gdy inne ptaki kotłują się bezładnie w gałęziach drzew, chaotycznie latają w tę i z powrotem albo przebiegają parkowe alejki, nierzadko idiotycznie podrygując, gawruki  statecznie i systematycznie przemierzają trawniki rozgrzebując twardymi dziobami ziemię. Od czasu do czasu zatrzyma się któryś na dłużej przy starym kretowisku, przyjrzy mu się bacznie, pazurzastą łapą grzebnie i idzie dalej. A choć ich wielka chmara na trawniku się znajduje i tłok wielki czynią, nie wchodzą sobie w paradę i awantur nie wszczynają. No, powiedzmy, że prawie nie wszczynają. Zdarzy się czasem jakiś bardziej krewki młodzik, który staremu z drogi zejść nie chce – napuszy się, dziób głośnym krrraaa!!! rozedrze, ale stary tylko ramionami wzruszy, młodzika na bok odsunie i co najwyżej w  łeb go kujnie. Niezbyt mocno, tak tylko – dla nauczki. Młodzik wtedy otrząśnie nastroszone pióra, dziób zamknie,  rozejrzy się dookoła, czy kumple jego porażki nie widzą i jakby nigdy nic, leżącą w błocie gałązką skrupulatnie się zajmie. A stary, bardzo z siebie zadowolony, skrzydła na plecy założy, głowę do góry zadrze i przechylając się lekko z prawa na lewo i z lewa na prawo, pomaszeruje przed siebie. Tak sobie godnie maszerując na boki będzie zerkał ukradkiem, ale, odwrotnie niż młodzik, wypatrywał będzie, czy wszyscy jego wygraną dokładnie widzieli.

Takie właśnie gawruki obserwowałam wczoraj w parku i zadowolona bardzo byłam, że mam przy sobie aparat i wszystko to obfotografować mogę. Wyciągnęłam aparat z futerału, powolutku w stronę ptasiego stada się skradałam, a gdy już byłam blisko, Wronka jak torpeda przeleciała przez trawnik i ani jeden gawruk do sfotografowania mi nie został. Obsztorcowałam Wronkę, jak święty Michał diabła, przypięłam ją do smyczy, poczekałam aż gawruki z powrotem na trawnik przylecą i znowu, powolutku, zaczęłyśmy podchodzić. W jednej ręce trzymałam smycz, drugą przytykałam aparat do oka i już, już miałam pstryknąć pięknego, dorodnego gawruka, gdy Wrona szarpnęła i wyrwała do przodu. Szczęście, że na nogach udało mi się utrzymać i nie rymnęłam jak długa w błoto, ale gawrukom tylko soli na ogon mogłam nasypać. Ale jej nagadałam! To ja cię z takim oklapniętym uchem ze schroniska przygarnęłam, a ty mi takie świństwa robisz?! - tak jej powiedziałam i trochę mi się głupio zrobiło, bo Wronka popatrzyła na mnie z takim żalem, aż zawstydziłam się, że jej to schronisko i kłapciate uszko wypomniałam.

Pogodziłyśmy się i znowu zaczęłyśmy gawruków wyglądać. Tym razem przywiązałam Wronę do drzewa i czekałyśmy. Przyleciały, ale nauczone poprzednim doświadczeniem były tak czujne, że choć Wronka siedziała pod drzewem cichutka jak myszka, a ja skradałam się wolniutko i nadzwyczaj ostrożnie i tak nie pozwoliły mi zbliżyć się na tyle, by naprawdę dobre zdjęcie zrobić. Musiałam zatrzymać się kawał drogi od gawruków i choć mój aparat wyciągał obiektyw najdalej jak mógł, wyszło tak, jak wyszło:

 

 

 

 

 

 

Jak Wronka goniła gawruki w zeszłym roku można przeczytać tutaj:

http://wwwtrembil.blox.pl/2012/02/Gawruki.html

 

 

 

 

Tagi: gawruki
19:59, damakier1
Link Komentarze (7) »
wtorek, 06 listopada 2012

 

 

19:02, damakier1
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 05 listopada 2012

Kupiliśmy nową szafę. Starą kupowaliśmy gdzieś w początku lat 90. ubiegłego wieku i pół życia i zdrowia mi zmarnowała. Kiedy ją kupowaliśmy, myśleliśmy, że Pana Boga za nogi łapiemy, bo coś kupić jeszcze wtedy było trudno, a była bardzo ładna – w ciekawej jasnej okleinie i miała bardzo oryginalne przesuwane drzwi. Rychło się okazało, że jest stanowczo za płytka i przy otwieraniu zrzuca się z wieszaków połowę ubrań. W dodatku prowadnice do przesuwania bardzo prędko się wyślizgały, drzwi się powypaczały i  przy otwieraniu bardzo lubiły wypadać. Nie wiem, co dzieje się z projektantem tej szafy, mam nadzieję, że żyje sobie w jakim takim zdrowiu, ale przez wszystkie te lata, ilekroć przesuwane drzwi wypadały z hukiem waląc mnie w łeb, życzyłam mu serdecznie nagłej śmierci albo przeciwnie – powolnego konania w długich cierpieniach. No i jak zobaczyłam tę wielką szafę, z po ludzku otwieranymi drzwiami, z których troje miało wstawione wielkie lustra – nie było odwrotu!

Kupiliśmy, a nim ją przywieźli, wywaliłam ze starej wszystkie ubrania, by mąż ją czym prędzej zdemontował i by ślad po niej wszelki zaginął. Wcale się nie spodziewałam, że tyle w niej się mieściło. Sterty ubrań leżały na meblach w pokoju i sypialni, na podłodze poniewierała się rozłożona na części stara szafa i na to wszystko przywieźli nową. Oczywiście też rozłożoną na nadspodziewanie wiele części. Rozgardiasz zrobił się totalny.
Bardzo to zainteresowało Karolka i Pana Czesia. Przyszły, obejrzały całe to wysypisko śmieci i skwapliwie uznały, że oto znalazły świetne nowe miejsconka do spania.

 

 

 

 

 

Na drugi dzień mąż mój przystąpił do montażu nowej szafy. A ledwie zaczął, natychmiast zjawił się Pan Czesio i objął posadę starszego asystenta.

Pilnował narzędzi:

 

 

Badał wytrzymałość podłogi:

 


Dokładnie sprawdził, co jest pod szafą:

 

 

 

 

 

Kiedy już szafa była prawie gotowa, na krótką inspekcję wpadł Franio:

 

 

Chwilę zabawił, pooglądał, pogadał z Karolkiem i poszedł na górę.

 

 

I pewnie powiedział Maszeńce, że na dole można się przeglądać w takich wspaniałych, wielkich lustrach.

 

 

 

*
Wyprawę Pana Czesia pod szafę sfotografowała Dorola.

 

Tagi: szafa
19:43, damakier1
Link Komentarze (19) »
sobota, 03 listopada 2012

 

U nas dość głowę podnieść: ileż to widoków!

Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków!

Bo każda chmura inna: na przykład jesienna

Pełznie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna,

I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi,

Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi;

Chmura z gradem, jak balon szybko z wiatrem leci,

Krągła, ciemnobłękitna, w środku żółto świeci,

Szum wielki słychać wkoło; nawet te codzienne,

Patrzcie państwo, te białe chmurki, jak odmienne!

Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi,

A z tyłu wiatr jak sokół do kupy je pędzi:

Ściskają się, grubieją, rosną — nowe dziwy!

Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy,

Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie

Przelatują jak tabun rumaków po stepie:

Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się… nagle

Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle,

Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie

Cicho, z wolna po niebios błękitnej równinie!

 

/A. Mickiewicz: Pan Tadeusz. Księga III. Umizgi./

 

 

Tagi: chmury
17:18, damakier1
Link Komentarze (10) »
piątek, 02 listopada 2012

Pan Czesio coś upolował



 

Co tam masz? 



 

Nie pokażę!

 

 

Nie, to nie....

 



00:46, damakier1
Link Komentarze (14) »
wtorek, 30 października 2012

 

 

 

 

 

 

17:40, damakier1
Link Komentarze (11) »
niedziela, 28 października 2012

Nasze psy dostają jeść dwa razy dziennie – wczesne śniadanie i późną obiadokolację. Tak ustaliłam, że kiedy Wrona budzi mnie wczesnym rankiem na pierwsze siku, to jeśli jest jeszcze przed godziną szóstą, zaraz kładziemy się spać dalej. A jeśli jest już po szóstej, to od razu robię jej i Szopciowi śniadanie.

Dzisiaj Wronka obudziła mnie bladym świtem, wypuściłam ją  z Szopkiem do ogrodu, a kiedy wróciły i wytarłam im mokre łapy, ustawiła się w swej proszalanej pozie przy kuchennych schodkach, ostentacyjnie patrząc na miskę. Spojrzałam na zegar – No tak - pomyślałam – jest piętnaście po piątej, czyli dawne piętnaście po szóstej, to Wronka ma prawo śniadania się domagać.... Otworzyłam lodówkę i zaczęłam szykować. Skoro już się światło na dole świeciło i ruch w kuchni był, z góry zeszły koty – Pan Czesio i Karolek. Pan Czesio pomaszerował prosto do wyjścia i wypuściłam go na dwór, a Karolek wskoczył na przyzlewną półeczkę i też czekał na śniadanie. Wymieszałam psom ryż z odrobiną pasztetu, Karolkowi pokroiłam drobniutko kawałek bułki z szynką, bo to ostatnio jego przysmak, podetknęłam im miski pod nosy i poszłam spać. Za chwilę usłyszałam szuranie wylizywanych misek i zaraz potem tupanie psich pazurów po podłodze. Szopek umościł się na swym leżącym obok łózka materacyku, a Wronka wskoczyła na środek łóżka, zaparła się łapami o śpiącego mego męża i musiałam przesunąć się, by zrobić jej miejsce. Jak już ułożyłyśmy się wygodnie, Karolek skończył jeść bułeczkę i zapragnął wyjść na dwór. Najpierw skrobał cierpliwie łapką w drzwi i to dawało się zignorować, ale kiedy zaczął przeciągle miauczeć, wstałam, by go wypuścić. Wróciłam. W łóżku było mięciutko i miło, Wronka grzała mnie w plecy, ale wybiłam się ze snu i zaczęłam kombinować – jeśli to jest przejście na czas zimowy i zegarki mamy cofnąć o godzinę, to jak była piąta piętnaście, to tak naprawdę była czwarta piętnaście, a nie szósta piętnaście i Wronka naciągnęła mnie na śniadanie w środku nocy. - No, tak się zeźliłam, aż szturchnęłam ją w bok, ale tylko mruknęła przez sen i spała dalej. A mnie wątpliwości opadły, jak to jest z tą zmianą czasu i w którą stronę się te zegarki przesuwa i kombinowałam na różne sposoby, czy za friko, czy słusznie to śniadanie robiłam i która to stara, a która nowa godzina była. Aż sobie przypomniałam, że przecież wcale nikt zegarków żadnych nie przestawiał i jak była piąta, to była stara piąta, czyli tak, czy siak Wrona mnie naciągnęła. I usnęłam.

Pyrgała mnie Wronka nosem i pyrgała aż otworzyłam oczy. Była szósta. To znaczy na zegarze była, bo która była naprawdę, to już nie wiedziałam. Sikać? - spytałam, a Wronka z radosnym szczekaniem popędziła do kuchni, a za nią Szopek. Wypuściłam, poczekałam aż wrócą, wytarłam osiem mokrych łap, a gdy się w stronę misek zapędziły - A czujcie się! - powiedziałam i poszłam spać dalej. Co nie oznacza, że kiedy na zegarze zrobiła się siódma, czyli szósta (a może ósma?), a Wronka z Szopkiem nadal stały nad swymi miskami, nie załamałam się i nie zaczęłam robić kolejnego śniadania. Zwłaszcza, że na werandzie pokazał się Karolek. Siedział na stole, patrzył w okno i najwyraźniej czekał na kawałek bułeczki z szynką.

 

11:42, damakier1
Link Komentarze (21) »